Wydanie bieżące

1 lipca 13 (301) / 2016

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

RYNEK, SZTUKA I MORDERCZE TEMPO (JACEK DEHNEL: 'KRIVOKLAT')

A A A
W maju 2016 roku premierę miał „Krivoklat, czyli ein Österreichische Kunstidyll”, kolejna powieść Jacka Dehnela. Można śmiało uznać Dehnela za przodownika pracy literackiej w Polsce – w ostatnim czasie autor regularnie wypuszcza na rynek kolejne książki, od „Matki Makryny” (2014) począwszy, przez napisaną wspólnie z Piotrem Tarczyńskim „Tajemnicę domu Helclów” oraz „Dziennik roku chrystusowego” (2015), po „Krivoklata...” (2016), tymczasem właśnie ogłosił na facebookowym profilu, że prace nad kontynuacją przygód doktorowej Szczupaczyńskiej zostały ukończone. Zaiste, imponujące tempo. Czy jednak przy takim tempie można utrzymać kondycję i nie dostać zadyszki?

Głównym bohaterem i zarazem narratorem „Krivoklata...” jest Austriak o tym właśnie nazwisku, pacjent Centrum Medycznego Zamek Immendorf. Powieść stanowi jego nieprzerwany monolog. Austriacka prasa obwołała go „Kwasowym Wandalem”, gdyż po śmierci ukochanej żony, z którą uwielbiali odwiedzać muzea, odnalazł swoją życiową misję, którą nazwał „zadaniem”. Polega ono na oblewaniu stężonym kwasem siarkowym arcydzieł malarstwa zgromadzonych w rozmaitych europejskich muzeach. Inspiracją dla stworzenia tej postaci był Hans-Joachim Bohlmann, który po śmierci żony dokonywał ataków kwasem na arcydzieła malarstwa, przekonywał lekarzy, że jest zupełnie wyleczony ze swojej manii, po czym przystępował do kolejnego ataku.

Krivoklat nie robi tego z nienawiści do sztuki bądź z tęsknoty za utraconą żoną – wprost przeciwnie, jak tłumaczy, jego motywacją jest właśnie troska o sztukę i jej społeczny odbiór. Swoim działaniem chce udowodnić wyjątkowość arcydzieła, to, że jest ono niezastąpione w swojej arcydzielności, chce obudzić społeczeństwo, które, jego zdaniem, jest stępione i nie odbiera malarstwa jak należy. Krivoklat jest przy tym czystej wody mizantropem – ceni tylko dwójkę ludzi, swoją zmarłą żonę oraz pacjenta tego samego zakładu, Zeyetmayera. Szczerze nienawidzi pozostałych pensjonariuszy Centrum Medycznego Zamek Immendorf, którzy reprezentują austriackie drobnomieszczaństwo, pracujących w Centrum pielęgniarek oraz lekarzy psychiatrów wpędzających chorych w jeszcze głębsze choroby. Zarzuca im celowe działanie na szkodę pacjentów oraz, co gorsza, dyletantyzm w sprawach sztuki, powtarzanie znanych klisz i wiedzę bazującą na albumach typu „Sto najważniejszych obrazów malarstwa europejskiego”. Spośród lekarzy najbardziej znienawidzonym jest ekspert od terapii przez sztukę, którego koncepcje sprytnie jednak wykorzystuje do otrzymania przepustki – po lekturze jego książki o terapii przez sztukę modelowo realizuje wszystkie opisane w niej etapy, stając się wzorowym pacjentem dr. Immervolla i żywym potwierdzeniem skuteczności jego metod terapeutycznych, co pozwala mu na uzyskanie kilkudniowego pozwolenia na opuszczenie zakładu. Swoją przepustkę planuje, jak zwykle, wykorzystać na oblanie kolejnego arcydzieła kwasem siarkowym. Poza innymi pacjentami, pielęgniarkami i lekarzami Krivoklat nienawidzi: pracowników muzeów, dziennikarzy piszących o wartości dzieła rozumianej rynkowo i komercyjnie, miłośników sztuki, którzy konsumują ją bezrefleksyjnie, a najbardziej ze wszystkich nienawidzi Renoira i jego malarstwa. Z monologu mizantropa wyłania się obraz społeczeństwa, które konsumuje, zamiast przeżywać: konsumuje sztukę, konsumuje ciastka w muzealnych kawiarniach, kupuje etui na okulary zadrukowane motywem z arcydzieła, nie rozumie innej wartości, niż wartość finansowa. W oczach Krivoklata społeczeństwo składa się z łajdaków i półgłówków, którzy słuchają objaśnień malarstwa z audioprzewodników i masowo odwiedzają Luwr. Parodiując Bernhardowską zgryźliwość wobec filisterstwa i kołtuństwa, których pisarz upatrywał w austriackim mieszczaństwie, Dehnel komentuje współczesną masową turystykę, status arcydzieła w społeczeństwie konsumpcyjnym, a może po prostu daje upust swojej niechęci do Renoira i sklepów pamiątkarskich.

Dehnel konsekwentnie trzyma się obranej strategii twórczej, znanej choćby z „Balzkianów”, „Saturna” czy „Matki Makryny” – „chwyta” się pisarza, stylu, jakiejś mniej znanej historii, postaci schowanych na drugim planie, za sławnym malarzem albo w cieniu Wielkiej Emigracji, a następnie nadpisuje nad tak znalezionym tematem swoją historię. Dla „Krivoklata...”, podobnie jak dla „Balzakianów”, taką „zahaczką” niosącą opowieść jest pastisz stylu Thomasa Bernharda, co, dla ułatwienia czytelnikowi zadania, zaznaczono na czwartej stronie okładki oraz w trzech mottach, z „Kalkwerku,”, „Korekty” i „Partyjki”. Nie można przy tym odmówić Dehnelowi absolutnego mistrzostwa w rzemiośle, „Krivoklat...” jest doskonale napisany, a autor panuje nad chwiejnymi, piętrowymi konstrukcjami zdaniowymi. Próbka możliwości pisarskich i stylizatorskich Jacka Dehnela: „Sam pomysł tej kawiarni odpychający, naturalnie, nie ma nic bardziej odrażającego w muzeach i kolekcjach sztuki niż muzealne kawiarnie, nic więc dziwnego, że tak zwani miłośnicy sztuki, którzy mówią o sobie, że mogliby jeść sztukę łyżkami, tak naprawdę jeść łyżkami mogą tylko ciastka i torty, i to siedząc wewnątrz wielkiego cesarskiego tortu (...)”, zdanie to rozpoczyna się na stronie 203, a kończy na stronie 206. Od kawiarni muzealnych narrator-bohater przechodzi do swojej niechęci do tego typu przybytków, wspomina żonę, postuluje wprowadzenie pożywnego, obiadowego menu do muzeów, bo spotkanie z dziełem wyczerpuje, następnie daje wyliczenie deserów w oszklonych gablotach, które nazywa „nieznośnie polukrowaną Austrią”, uderza w drobnomieszczańskie urządzenie muzeum oraz gusta pogardzanych miłośników sztuki, następnie kolejny raz na kartach powieści obrywa się Renoirowi, po czym całe zdanie spina klamra – powrót do ciastek z kawiarni muzealnych. „Krivoklat...” składa się z takich brawurowych szarż składniowych, nawiązujących do Bernharda i zarazem imitujących monolog maniaka, ogarniętego pasją pacjenta kolejnych klinik, a zarazem zgorzkniałego mizantropa, nieustannie dążącego do wypełniania swojego „zadania”, jak nazywa oblewanie arcydzieł malarstwa stężonym kwasem siarkowym. Co jednak Dehnel chce nam powiedzieć, kreując Krivoklata i popisując się formalną wirtuozerią? Czy „Krivoklat...” jest czymś więcej, niż elegancką, literacką błyskotką, misternie wykonanym, ale wyłącznie dekoracyjnym drobiazgiem?

Raczej nie posądzałabym Dehnela o przebranie się w bernhardowski kostium Krivoklata, aby dać upust swojej niechęci do Renoira, audioprzewodników i zorganizowanego wokół muzeów przemysłu. Na to parodia posunięta jest zbyt daleko, w tekście można wyczuć zbyt wiele ironii, aby brać go serio. Trudno też nazwać „Krivoklata...” komentarzem do statusu sztuki we współczesnym społeczeństwie czy też diagnozą tego ostatniego. Być może powieść ta stanowi przytyk w kierunku „elitarystów”, gardzących tłumami z audioprzewodnikami przy uchu, chociaż działalność tych „elitarystów” jest możliwa tylko dlatego, że tłumy chcą odwiedzać jeszcze muzea, a nie tylko dzielnice handlowe. Najnowsza powieść Dehnela nie jest także poświęcona szaleństwu i jego związkom ze sztuką, chociaż uwagi o terapiach i zdrowiu psychicznym zajmują sporo miejsca w monologu głównego bohatera. Podsumowując – „Krivoklat, czyli ein Österreichische Kunstidyll” ma w sobie zbyt duże pokłady ironii i parodii, aby móc interpretować go serio. Stanowi wysmakowaną, mistrzowsko napisaną, literacko-malarską błyskotkę, którą nacieszyć się może stały czytelnik prozy Dehnela, autoironiczny miłośnik sztuki, słowem każdy, kto choć raz zirytował się tłumem zasłaniającym obrazy w kolekcjach sztuki, i każdy, kto wierzy w szczególny status arcydzieła, ale zarazem zdaje sobie sprawę, że arcydzieła stały się elementami nie tyle kultury wysokiej, co popkultury. „Krivoklat...” jest sprawnie napisany, miejscami zabawny i złośliwy, mistrzowski formalnie – tylko tyle i aż tyle. Kontynuując metaforę z początku – Jacek Dehnel „Krivoklatem...” potwierdził swoją kondycję i formę, rynkowe tempo pisania i wydawania mu niestraszne, ale do podium jeszcze daleko.
Jacek Dehnel: „Krivoklat, czyli ein Österreichische Kunstidyll”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2016.