Wydanie bieżące

1 lipca 13 (301) / 2016

Emilia Konwerska,

KUŃCZ JUŻ! (JAMES MCBRIDE: 'PTAK DOBREGO BOGA')

A A A
Powieści Jamesa McBride’a nie czyta się łatwo. Powiem więcej – lektura jest nieopisaną męką, która nie kończy się aż do ostatniej strony. Powiem jeszcze więcej – nie sposób się do tego przyzwyczaić. A najgorsze jest chyba to, że na końcu okazuje się, że naprawdę nie było warto.

„Ptak dobrego Boga” okazał się ogromnym sukcesem w Stanach Zjednoczonych. Opowiada losy Cybulki, czarnoskórego chłopca porwanego przez Johna Browna – sławnego abolicjonistę. Żeby było śmieszniej (a ma być śmiesznie), chłopiec o imieniu Henry w skutek nieporozumienia udaje dziewczynkę – Henriettę. Pierwszą barierą trudną do przekroczenia jest język. Nie wątpię, że Maciej Świerkocki, doświadczony tłumacz, wykonał katorżniczą pracę, jej efekt jest jednak nieznośnym, męczącym kuriozum. Nie znam niestety oryginału, ale młody niewolnik (Cybulka jest narratorem powieści) mówiący mieszaniną polskich dialektów, archaizmów, popełniający szereg błędów językowych, błędów ortograficznych i gwary wiejskiej wydaje mi się nieporozumieniem. „Tak, muszę to powiedzieć od razu, stojałem wtenczas po stronie Dutcha. Nie był złym facetem. Po prawdzie dobrze się opiekował mnom, papom, mojom ciotkom i wujem, i tymi Indiankami, co się z nimi zabawiał. Miał dwóch młodszych braci, Williama i Drury’ego, którym zlecał różne roboty, a poza tym wysyłał piniondze matce do Niemiec i jeszcze karmił i ubierał te różne squaws i rozmaite kurwy, co je William jego brat, ściongał z Mosquite Creek i okolic, i to się liczyło, bo William był gówno warty i przyjaźnił się w Kansas ze wszystkimi z wyjontkiem własnej żony i dzieci. Nie mówionc już o tym, że Dutch miał jeszcze stodołe, kilka krów i kur, dwa muły, dwa kunie, rzeźnie i te oberże” (s. 20).

Wybrany przeze mnie cytat ma nie tylko prezentować stylizację, jaką znajdziemy w „Ptaku dobrego Boga”. To opis byłego właściciela Cybulki, którego główny bohater szanuje i w pewien sposób podziwia. Autor wykorzystuje młodego bohatera, żeby opisać świat w szczery, pozbawiony złudzeń i hipokryzji sposób. Henry-Henrietta jest więc małym sowizdrzałem, który przemierza Amerykę czasów walki Północy z Południem, czasów wyzwolenia niewolników i łamie stereotypy. Mówi to, czego dorośli nie mają odwagi powiedzieć. Zakładam, że siłą książki miało być ukazywanie przemilczanych dotąd fragmentów amerykańskiej historii. Dowiadujemy się z niej, że abolicjoniści nie byli wcale piękni i szlachetni, a wśród nich znajdowali się złodzieje, przestępcy, fanatycy religijni. Dowiadujemy się, że niektórzy Afroamerykanie nie przyjęli swojego wyzwolenia z radością, że solidaryzowali się ze swoimi właścicielami. Że nie wszyscy czarni to poczciwi ludzie. Niestety (dla Jamesa McBride’a) od czasów „Chaty wuja Toma” ukazało się całkiem sporo filmów i książek, które o historii czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych opowiadały wcześniej, a przede wszystkim lepiej. Nie będę tutaj powoływać się na Jamesa Baldwina, Richarda Wrighta, Mayę Angelou czy Toni Morrison. Chociaż może powinnam, bo wymienieni przeze mnie (a jest to wierzchołek góry lodowej) afroamerykańscy autorzy poruszali tematy, które w „Ptaku dobrego Boga” tylko zostają zaznaczone albo potraktowane w efekciarski, płytki sposób.

Oczywiście. Można powiedzieć, że inna jest konwencja powieści, że wymienieni przeze mnie autorzy są realistami, że spisują losy Czarnych, swoich rodzin, swoich lęków, obsesji, kompleksów, swoją historię, wykluczenie i samotność, a James McBride tworzy powieść łotrzykowską pomieszaną z westernem. I że ma być z dystansem. Że ma być śmiesznie. Śmiesznie niestety nie jest. Autor na pewno oglądał filmy Tarantino, na pewno widział „Django”, nie miał jeszcze szansy zobaczyć „Nienawistnej ósemki”, ale raczej jest świadomy, że temat niewolnictwa jest już w mainstreamie. Że twórcy filmów od dawna kopią grób mitowi Wielkiej Ameryki, chociażby Spike Lee, a nawet Lars von Trier, który w ciekawy sposób opowiada skomplikowane losy wyzwolenia niewolników i ich różnorodne postawy w „Manderlay”. Nie ma nic odkrywczego w „Ptaku dobrego Boga”, ale przecież nie musi być. Tę samą historię można napisać na wiele sposobów, ale niestety dochodzimy do kolejnej pułapki. Jest nią humor.

Nie jestem pewna, do czego można porównać żart, jaki znajdziemy na kartach tej powieści. Trochę tu sitcomu, ale chyba jeszcze więcej stand-up'u. Najlepsze kawałki są oczywiście o wychodku, burdelu, przebieraniu się w sukienkę, śmierdzących bąkach i chamskich, wulgarnych kobietach. Od razu przypomniał mi się Patric DeWitt i jego doskonale zabawny western „Bracia Sisters”, chwilę później film braci Coen „Bracie gdzie jesteś”? Przypomniała mi się cała Ameryka, jej literatura, kino, westerny i antywesterny, „Przeminęło z wiatrem”, Sam Peckinpah, Cormac McCarthy, Jessie James i „Pieskie popołudnie”.

„Ptak dobrego Boga” opowiada o przestępcach, łotrach, religijności, niewolnikach, drobnych cwaniaczkach. Żadna z opisanych historii nie porusza, żadna z postaci nie jest wiarygodna, wszystkie są pewnymi komediowymi „typami osób”. Sposób opowiadania jest lekki, bezrefleksyjny, można powiedzieć leniwy (narrator sam mówi o sobie, że jest leniwym niechlujem). Niechlujne są również jego obserwacje. Chociaż oglądamy tu naprawdę dramatyczne, ważne wydarzenia, to nic nas one nie obchodzą. Przypomniał mi się jeszcze jeden film. „Zielona mila”. Tak. Lepiej obejrzeć „Zieloną milę”.
James McBride: „Ptak dobrego Boga”. Przeł. Maciej Świerkocki. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2016.