Wydanie bieżące

1 lipca 13 (301) / 2016

Monika Glosowitz, Ilona Witkowska, Dawid Kujawa,

KAŻDY JEST PANIĄ BOŻENKĄ

A A A
Monika Glosowitz: Zanim zaczniemy wyciągać z Dawidem rynsztunek większego kalibru, chciałabym zapytać prosto: jakie elementy Twojego (naszego) świata są ważne dla/w Twojej poezji i – vice versa – dla kogo i czego ważny staje się wykreowany przez Ciebie świat poetycki?

Ilona Witkowska: Nie jestem w stanie przewidzieć, dla kogo będzie ważne to, co napiszę. Mogę zaryzykować żarcik, że pewnie i tak znam tych ludzi z twarzy, imienia i nazwiska, bo poezja w ogóle interesuje jakiś śmieszny promil społeczeństwa, tzw. środowisko.

Co do mojego zainteresowania światem, to największą uwagę zwracam na małość, słabość, błahość. Czy raczej taką mam perspektywę: oczywiście miłość, piękno i dobro (zło, brzydota i nienawiść), ale małe, słabe i błahe. Moje wierszyki to takie: och, drobiażdżku.

M.G.: Nie wchodźmy nawet w rozważania o małości środowiska, bo możemy skutecznie zawyżyć współczynnik odrzucenia wśród tych, którzy postanowią nas posłuchać z daleka, siedząc na zupełnie innym drzewie. Myślałam raczej o zarysowaniu czegoś na kształt profilu wrażliwości Twojego podmiotu i potencjalnego odbiorcy, dookreśleniu istoty tej słabości, o której mówisz.

I.W.: Projektowany czytelnik? Nie umiem powiedzieć, nie wiem. Mój podmiot to taki typ, co go wzrusza pani Bożenka, która nie umie pisma do urzędu gminy napisać, i który w tej pani Bożence wobec urzędu widzi każdego wobec życia; że każdy jest taką panią Bożenką, napisałby jakieś pismo do świata, w swojej sprawie, cudzej, w jakiejś, jakąś zmianę by postulował, na lepsze, ale nie może się zabrać, nie umie, nie wie.

Dawid Kujawa: Wydaje mi się, że wcale nie trzeba tu wyjeżdżać z „dzieleniem postrzegalnego”, a nawet byłoby to niewskazane, bo coś ważnego mogłoby nam umknąć. Nieredukowalny splot estetyki i polityki realizuje się w Twoich wierszach w sposób niezwykle przejrzysty i nie jest „projektem”; uwielbiam, kiedy piszesz „przelotna miłość w technikum obróbki szkła” albo tytułujesz wiersz „mały Wietnamczyk z czarnymi balonami”. Pani Bożenka jest dla Ciebie po prostu z artystycznego punktu widzenia ciekawa, tzn. nie robisz jej łaski, pisanie o niej nie wygląda u Ciebie jak „etyczna powinność”. Zgodziłabyś się z takim rozpoznaniem?

I.W.: Tak, zdecydowanie. Nie mam „programu”, nie realizuję żadnych „powinności”.

Po prostu biorę to, co mnie porusza (a porusza mnie, jak ustaliliśmy, np. taka faktyczna i metaforyczna pani Bożenka) w całości, z sytuacją polityczną, realizacją estetyczną, przeszłością, która jest tajemnicą i przyszłością, która też – i przesuwam z „zauważyłam, napotkałam” do „patrzcie”.

M.G.: Mnie z kolei strasznie kusi, żeby w kontekście wielkich słów, które już padły (środowisko, program i powinności vs. pani Bożenka), zapytać o możliwości wspólnoty. Już wyjaśniam kolorowo ścieżkę moich asocjacji: czytałam wczoraj w WO tekst Justyny Bargielskiej, w którym bardzo plastycznie (i ktoś może nawet powie, że całkiem zabawnie) referuje ona swoją listę kosmetycznych zakupów, w międzyczasie Ty napisałaś o pani Bożence i od razu pomyślałam o tym, czy używałaby ona pudru za 350 zł, „który nie robi absolutnie nic”. Tłumacząc już bardziej serio: po pierwsze chciałabym Cię zapytać o stanowisko w sporze o parytety i kwestię uzgadnialności interesów grupy identyfikowanej za pomocą jednej tylko kategorii, czyli płci, a po drugie, o Twoją pisarską etykę, czyli jak sobie radzisz z wystawianiem pani Bożenki na „widok publiczny”, nawet jeżeli nie mówisz w jej imieniu.

I.W.: Interesuje mnie wyłącznie wspólnota „bytów jakichkolwiek”, o której pisze Agamben, a którą chcę rozumieć jako równość (równouprawnienie) wszelkiego życia. Takie mam poglądy (etyczne? polityczne?). To jest moje stanowisko. Tylko co z tego?

Nie wierzę w „pismo do świata” w sprawie kobiet, zwierząt, ubogich, starych, samotnych, wykorzystywanych, drzew, powszechnej sprawiedliwości, troski wzajemnej; myślę, że (obecnie) wszystkie wielkie ideologiczne gesty są daremne (czy raczej: próżne). Mam dużo pokory wobec skurwysyństwa. Nie walczę o nic z nikim. Jestem pogodzona z tym, że w jednej, ciasnej przestrzeni funkcjonują obok siebie puder za 350 zł, który nie robi nic, absolutnie nic i pani Bożenka. Jest to i moja przestrzeń. I trudno (chciałam napisać i dobrze, ale bardziej: i trudno) – jest, jak jest.

Zajmuję się wystawianiem pań Bożenek na „widok publiczny”, bo są, widzę je i inni też niech popatrzą, jakie są piękne w swoim ubóstwie, słabości, niezrozumieniu dla wielkich procesów, które przetaczają się przez nas wszystkich. W pań Bożenek – czyli naszych – maleńkich sprawach odbijają się sprawy dużo większe; czy raczej to są te same sprawy, w detalu. O pudrze też potrafię porozmawiać, to też jest jakiś detal, od którego można wyjść do większego obrazu.

D.K.: Taktyka pracy na detalach ujętych w – jak pisze Monika w kontekście Twoich wierszy – pojedynczych kadrach wydaje mi się cenna właśnie z tego względu, że nie pozwala na niebezpieczne upraszczanie bardzo modnej ostatnio kwestii wspólnotowości. Z kolejnej dyskusji o parytetach w polu literackim wynikło jednoznacznie, że nie tylko mechanizmy opresji nie uległy szczególnej zmianie, ale i język służący do demaskowania tych mechanizmów mamy niezwykle archaiczny. Wskazuje się na zinstytucjonalizowaną przemoc, ale w oczach krytyków ma ona postać albo seksismu, albo klasizmu, albo rasizmu, albo homofobii – tak jakby porządki te istniały obok siebie i w żadnym miejscu się nie przenikały, choć dla rozmaitych feminizmów to punkt wyjścia przynajmniej od 3 dekad. Dla bell hooks czymś oczywistym jest, że nie wszystkie kobiety wykluczane są życia publicznego w równym stopniu i nie wszyscy mężczyźni mają w nim tę samą uprzywilejowaną pozycję. I po raz kolejny z tego sporu wyjdziemy przegrani, bo ograniczanie się do dystynkcji płci zmusza zabierających głos do zajęcia jednego z dwóch stanowisk w sprawie. Przypomina to ogólną sytuację w Polsce: jeśli krzykniesz na ulicy wystarczająco głośno „jebać dobrą zmianę”, znikąd wyłoni się Ryszard Petru i będzie chciał sobie z Tobą zrobić przytulone zdjęcie. Jak Ty widzisz ten problem?

I.W.: To, co widzę przede wszystkim, to niemoc. Opisuję sytuację podległych. Nie skupiam się na żadnej konkretnej płaszczyźnie wykluczenia, przemocy, dominacji; po prostu współczuję ich ofiarom. Wydaje mi się, że (prawie?) każdy czasem pada ofiarą niemocy (jest podległy, zdominowany). Oczywiście, ma to różne oblicza – mniej lub bardziej dramatyczne.

D.K.: Zdaje się, że ta stopniowalność przemocy pozwala Ci umknąć jeszcze innej pułapce, mianowicie esencjonalizowaniu opresji jako takiej. Przewrotnie pytasz: „co z tym komendantem obozu, co miał kwiaty i zwierzątka?”, trochę prześmiewając powszechną skłonność do uspójniania narracji, nie tylko historycznych. Etyka zatem również jest dla Ciebie czymś niestabilnym, trwającym w ruchu?

I.W.: Chyba coraz bardziej skłaniam się do banalnej na maksa konstatacji, że splot wszystkiego ze wszystkim zbyt silny, by można było wyizolować zło jako takie czy dobro. Nie wiem, czy to dobrze, ale godzę się z tym.

M.G.: Nie kończmy, proszę, na konstatacji, z której ktoś mógłby wyciągnąć daleko idące wnioski o bezsilności i rezygnacji. Bo przecież Twoje wiersze stanowią takie miniraporty z bezsilności, ale biorące się z wrażliwości i potrzeby zaświadczania. Dzięki temu działają.

I.W.: W Sokołowsku opiekuje się małą, zabytkową cerkiewką mnich prawosławny, Łukasz. Jest ascetą. Mało je, mało mówi, mieszka w kliteczce. Jeden z sąsiadów, Jurek, powiedział o nim kiedyś: on żyje swoje powołanie, zajmując stanowisko świadka wydarzeń. Wybrałam dla siebie tę samą pozycję.

Fot. Tomasz Filiks