Wydanie bieżące

1 lipca 13 (301) / 2016

Anna Zagórska,

JASTRZĄB, ŚMIERĆ I DZIEWCZYNA (HELEN MACDONALD: 'J JAK JASTRZĄB')

A A A
1.

Napisać o książce „J jak jastrząb” jako o pozycji nietuzinkowej, to jak nic nie napisać. Nietuzinkowość i wyjątkowość są słowami, którymi można by streścić także biogram Helen Macdonald, autorki omawianej publikacji. Polski wydawca zauważa i wymienia na skrzydełku okładki, że to nie tylko poetka, ilustratorka i wykładowczyni, ale także – a w kontekście „J jak jastrząb” warto powiedzieć: przede wszystkim – przyrodniczka, która poza kilkoma tomikami wierszy wydała także książki ornitologiczne. Publikacja przygotowana tej wiosny przez Wydawnictwo Czarne (w serii Menażeria, wręcz idealnie wpasowanej w tematykę prozy Macdonald) wydaje się zaś książką-spoiwem, lakiem i klamrą sił kształtujących życie i twórczość autorki. „J jak jastrząb” jest bowiem wysokiej klasy prozą non-fiction (w tej właśnie kategorii „J jak jastrząb” był wielokrotnie wyróżniany), literaturą sprawnego kunsztu i sporego talentu, dodatkowo czyniącą głównym tematem sokolnictwo, proces układania jastrzębia.

2.

„J jak jastrząb?” jest niezwykle sprawnie opowiedzianą historią, która łączy żywioły prozatorski i naukowy, ale także siły pasji i tragedii. Macdonald daje się więc poznać z jednej strony jako autorka prozy: pisze zajmująco, bezpretensjonalnie, trafnie i interesująco. Z lekturowego „horyzontu” nie znika jednak Macdonald-naukowiec, badaczka, wykładowczyni uniwersytecka. Widać w jej pisarstwie nabywaną w drodze badań naukowych rzetelność, staranność, dokładność. To także żywioł napędzany skrupulatnością – autorka „J jak jastrząb” jasno oznacza miejsca zapożyczone, dodaje dokładne przypisy w miejscach, które tego wymagają (zamieszczone są na końcu książki, co – swoją drogą – jest w tym przypadku niezwykle trafionym zabiegiem). W posłowiu mówi zaś wprost, nieukryta za zasłoną prozy (nawet jeśli to proza wspomnieniowa, osobista, non-fiction) o swoich badaniach nad T. H. White’em, które uznała za niezbędne w procesie pisania o jego dziele „The Goshawk” i w czasie stwarzania „J jak jastrząb”.

3.

Helen Macdonald w omawianej publikacji pokazuje również – jak wspominałam – żywioł pasji. Odtwarza swoją dziecięcą fascynację sokolnictwem, w sposób przekonujący prezentując te trudne do uchwycenia elementy młodzieńczej – jak sama pisze – obsesji. Autorce udało się ubrać w słowa, poskładać we wspomnieniowe całostki, a następnie odtworzyć na kartach „J jak jastrząb” narodziny swojej fascynacji. Pasji całkowitej, totalnej (to uzasadnione użycie tego słowa), absorbującej wszystkie zmysły, znoszącej i niwelującej jakiekolwiek inne bodźce dochodzące ze świata zewnętrznego. Macdolnad pisze: „Miałam dwanaście lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam wyszkolonego jastrzębia. (…) Byłam chuderlawym, wyrośniętym dzieckiem, z palcami poplamionymi atramentem, lornetką na szyi i nogami w plastrach. Nieśmiała, stawiająca stopy do środka, o nogach w iks, łamaga, beznadziejna w sporcie, z alergią na psy i konie. Ale miałam obsesję. Były nią ptaki. Przede wszystkim drapieżne (…). Rodzice uważali, że to minie jak inne obsesje: dinozaury, koniki pony, wulkany. Nie przeszło. Pogorszyło się. Mając sześć lat, próbowałam zasypiać z rękami złożonymi za plecami jak skrzydła. (…) Kiedy odkryłam, że istnieje coś takiego jak sokolnictwo, moja amorficzna religia zaczęła się konkretyzować. Oznajmiłam, (…) że kiedy dorosnę, zostanę sokolniczką (s. 28, 37).

Wydaje się, że echo tej młodzieńczej fascynacji w „J jak jastrząb” pobrzmiewa wyraźnie. I to stanowić może – paradoksalnie – zarówno zaletę, jak i wadę prezentowanej książki. Bez wątpienia Helen Macdonald kocha sokolnictwo: z opisów wyziera zaangażowanie, olbrzymia wiedza teoretyczna i lata praktyki. Czasem jednak słowa uwypuklają pozostałości dziecięcej obsesji. Bogactwo sokolnicznych terminów czy opisy poszczególnych etapów układania ptaka świadczą o pełnym zaangażowaniu i fascynacji procesem oswajania jastrzębia, ale momentami mogą doprowadzić czytelnika do zagubienia, oderwać jego uwagę. Tak dzieje się zazwyczaj z próbą przekazania (np. przelania na papier) nieuchwytności i ulotności każdej pasji – ryzyko to akurat jest świetnie znane i zdiagnozowane. Prawdziwą fascynację po prostu trudno zamknąć w słowach, akapitach, zaczernionych drukiem stronicach. Myślę, że gdyby uczestniczyć w spotkaniu z Helen Macdonald, na którym autorka czytałaby fragmenty własnej prozy, wrażenie byłoby zupełnie inne. By oddać pełnię tej pasji, brakuje po prostu kilku zmysłów, których lektury nie mieszczą.

4.

Oczywiście stwierdzenie, że książka Macdonald jest li tylko historią sokolniczki i jej perypetii z młodym jastrzębiem oraz własnymi problemami po stracie ojca byłoby nadmiernym uproszczeniem i trywializacją tej prozy. Historia jastrzębia, jego oswajania, układania, zdobywania wzajemnego zaufania pomiędzy ptakiem a kobietą jest tu pretekstem do opowiedzenia o wielu sprawach, rozliczeń z własnymi demonami, zapisem radzenia sobie z mnogością wątpliwości, niezabliźniających się ran, koniecznych do podjęcia decyzji. Oswajanie jastrzębia Mabel jest więc oswajaniem siebie z żałobą, brakiem, upływem czasu i zmianami, które on ze sobą przynosi.

5.

Łatwo poddać się pokusie streszczenia przebiegu wydarzeń ujętych w „J jak jastrząb”: przywołać poszczególne elementy kształtujące fabułę i odtworzyć chronologicznie fragmenty poświęcone T. H. White’owi i jego „The Goshawk”. To zniszczyłoby jednak przyjemność lektury, o ile nie zredukowałoby jej zaledwie do odczytywania słów. Nie można pozbawiać czytelnika możliwości wspólnego, procesualnego zaznajamiania się z prozą Helen Macdonald. Proces układania Mabel, inkrustowany z jednej strony niemalże proustowskimi wspomnieniami (tutaj katalizatorem wspomnień jest przeżywanie żałoby oraz odnalezienie, czy raczej odwaga przywołania wzrokiem, wspomnianej książki White’a), a z drugiej całostkami poświęconymi potyczkom z jastrzębiami autora „The Goshawk”, również przedstawianym w formie odtwarzającej przebieg tego ważnego procesu.

Warto raczej, jak się wydaje, skupić uwagę na kilku kwestiach wiążących, słowach-kluczach, które wiele mówią zarówno o „J jak jastrząb”, jak i o samej Helen Macdonald (a także o innych osobach). W tej książce o jednym z najbardziej drapieżnych, bezwzględnych ptaków, gdzie znalazło się miejsce na odzieranie z życia niewinnych królików czy bażantów, jest wiele spokoju, refleksji, zadumy. Wewnętrzne rozedrganie, które towarzyszy narratorce, niepokój i poczucie rozbicia spowija bowiem niezwykle znacząca klamra, leitmotiv cierpliwości. Ojciec uczył Helen, że cierpliwość jest podstawą pracy, działalności, życia w ogóle. Dojrzewanie do cierpliwości, czynienie z niej cnoty, to motyw przewijający się niemalże przez całą książkę. Cierpliwość wydaje się wręcz alegorią samego życia. Macdonald pisze o niej w wielu rozdziałach – czasem wprost (przywołuje słowa ojca), czasem w sposób bardziej zawoalowany, gdy wspomina własne potyczki z jastrzębiem i przywołuje wrażenia White’a, również próbującego układać te ptaki.

6.

„Miałam właśnie wyjść z domu, kiedy zadzwonił telefon. Odebrałam. Beztroska, z kluczami w ręce. »Halo?« Chwila ciszy. To mama. Wystarczyło, że powiedziała jedno zdanie: »Dzwonili ze szpitala Świętego Tomasza«. I już wiedziałam. Wiedziałam, że ojciec nie żyje. Wiedziałam, bo wymówiła to jedno zdaniem głosem, jakiego dotąd nie słyszałam. Nie żyje. Znalazłam się na podłodze” (s. 19).

To początek drugiego rozdziału (zatytułowanego „Utracony”). Początek groźny, trwożący, dojmująco przykry. Do tego napisany w tak nieskazitelnie prosty sposób: krótkimi, urywanymi zdaniami, które niosą w sobie więcej treści, więcej bólu, niż wielokrotnie złożone zdania obszernych opisów. To trafianie celnie, w punkt, w samo sedno rzeczy i w sam środek oka cyklonu rozpaczy. Ten wstęp do rozdziału „Utracony” jest praprzyczyną wszystkich kolejnych słów, zdarzeń, wątpliwości, wewnętrznych zmagań stanowiących oś „J jak jastrząb”. Bywa siłą destrukcyjną, ale jednocześnie sprawczą. Śmierć ojca odciska nieusuwalne piętno, niszczy, burzy i gmatwa. Z drugiej strony jednak jest przyczyną głębszego sięgania do swojego wnętrza i wglądu w te niewielkie szczeliny istnienia, które formowały i kształtowały Helen. Pojedyncze wspomnienia związane z ojcem (choćby zdanie o cierpliwości, która dla ojca Macdonald wydawała się chyba jedną z najdoskonalszych cnót) otwierają ją na bogactwo świata – zewnętrznego, ale przede wszystkim wewnętrznego – pozwalają czuć mocniej, doświadczać wyraźniej.

Wiele w tej książce śmierci (to kolejne słowo-klucz tej książki). Odejście ojca Helen – tak jak zdanie o cierpliwości – spaja tę książkę. Wraz z kolejnymi rozdziałami poznajemy zmarłego coraz lepiej. Autorka przywołuje czas dzieciństwa, momentów spędzanych wspólnie z ojcem, które można nazwać wspólnym odkrywaniem i nauką świata. Przedstawia też jego sylwetkę, podkreślając rolę zawodu fotografa, który kształtował rozumienie i postrzeganie rzeczywistości przez jej tatę. Poszczególne rozdziały – niczym fotografie właśnie – przynoszą kolejne, jakby zatrzymane na kliszy – wspomnienia (znów słowo-klucz): pojedyncze obrazy, wypowiedziane niegdyś słowa, zapamiętane konteksty.

7.

W internetowym katalogu Wydawnictwa Czarne, na podstronie poświęconej publikacji „J jak jastrząb”, znajdziemy zdanie: „To książka o pamięci, naturze i ludziach, o tym, jak można podjąć próbę pogodzenia śmierci z życiem i miłością”. Podejmowanie tych prób boli. Codzienność mierzenia ze stratą bliskiej osoby uwiera i rozstraja. Nieraz Macdonald łapie się na tym, że jej podświadomość wypiera śmierć ojca. W tym kontekście szczególnie przejmujące są dwa fragmenty książki „J jak jastrząb”. Jeden z nich to ten, w którym Helen wspomina dzień, w którym z matką i bratem szukają samochodu ojca, a ona zamarła w miejscu z krzykiem na ustach, bo po raz pierwszy uświadomiła sobie, że już nigdy nie zobaczy taty. Drugi to scena, w której Macdonald przygotowuje mowę na nabożeństwo w intencji ojca i zupełnie odruchowo chce do niego zadzwonić, by uzgodnić pewne szczegóły wspomnień, które zamierza przywołać w kościele.

8.

Publikacja Macdonald jest literackim ukłonem w stronę Terence’a Hanbury’ego White'a i jego książki „The Goshawk”, a jednocześnie dialogem z arcydziełem angielskiego pisarza. W opowiadanej przez White’a historii układania jastrzębia o imieniu Gos widać walkę z samym sobą, wielkie przeżycie duchowe, głębokie doznanie, w którym działalność sokolnicza jest nie tylko mierzeniem się człowieka z ptakiem, ale przede wszystkim odkrywaniem własnego „ja”, dochodzeniem do samego sedna swojej istoty. Macdonald odtwarza w „J jak jastrząb” historię opowiadaną w „The Goshawk”. Z naukową precyzją i literackim talentem przywołuje sceny z powieści White’a, które szczególnie ją poruszyły. Dzięki temu zabiegowi „J jak jastrząb” staje się powieścią kalejdoskopową. Układanie Mabel przez Helen przenika się z układaniem Gosa przez White’a. To interesujący zabieg stylistyczny i kompozycyjny, który sprawia, że omawiana książka Macdonald przemawia do odbiorcy swoistym dwugłosem. Autorka-narratora mówi nie tylko w swoim, ale i White’a imieniu.

9.

„J jak jastrząb” wymyka się jednoznacznym opisom. Uproszczeniem byłaby każda próba jej podsumowania. Bez wątpienia jest książką dobrą, zasługującą na lekturę. Jest to także książka wymagająca. Domaga się czasu, zastanowienia, refleksji. Nadaje się może bardziej na jesienny wieczór niż nadchodzące słoneczne, letnie popołudnia, co nie zmienia faktu, że warto poświęcić uwagę tej historii.
Helen Macdonald: „J jak jastrząb”. Wydawnictwo Czarne. Przeł. Hanna Jankowska. Wołowiec 2016 [seria Menażeria].