Wydanie bieżące

15 lipca 14 (302) / 2016

Przemysław Pieniążek,

PO TRZYKROĆ: HERMANN! (KRWAWE GODY / COMANCHE. RED DUST / STARUSZEK ANDERSON)

A A A
Wydawnictwo Komiksowe prezentuje trzy albumy, których wspólnym mianownikiem jest unikalna szata graficzna przygotowana przez Hermanna Huppena.

Paskudny smak władzy („Krwawe gody”)

Wszystko zaczęło się od pomidora nadziewanego krewetkami – ponoć niezbyt świeżej zakąski zaserwowanej przez Franza Weissbergera (właściciela wiejskiego zajazdu o wdzięcznej nazwie „Farma Mańkuta”) na przyjęciu weselnym syna Jeana Maillarda – charyzmatycznego, wpływowego i nieznoszącego sprzeciwu właściciela ziemskiego. Stanowcze polecenie wymiany feralnej potrawy, kategoryczna odmowa dodatkowej opłaty za nową przekąskę oraz ostentacyjne opuszczenie lokalu przez biesiadników bez uregulowania rachunku działa na gospodarza niczym przysłowiowa płachta na byka.

Dumny Luksemburczyk nie zamierza ustąpić apodyktycznemu krezusowi, dla którego każda forma nieposłuszeństwa jest sygnałem do wypowiedzenia prywatnej wojny. Rozsierdzony restaurator zamyka w toalecie Bogu ducha winną pannę młodą wraz z jej świeżo upieczoną teściową, co rzecz jasna spotyka się z gwałtowną reakcją ze strony głowy rodu Maillardów, nieoczekiwanie znajdującej się wraz z resztą familii (dosłownie i w przenośni) po drugiej stronie barykady. Zaślepieni bezmyślną wściekłością przedstawiciele dwóch obozów doprowadzają do eskalacji konfliktu (obejmującego swoim zasięgiem także przypadkowych gości pensjonatu), w którym bardzo szybko głos zabiera broń palna.

Źródłem inspiracji dla „Krwawych godów” była barwna anegdota, zasłyszana przez Jeana Van Hamme’a. Ze wspomnienia weselnej awantury brzemiennej w osobliwe, choć szczęśliwie pozbawione przemocy skutki, belgijski scenarzysta uczynił punkt wyjścia dla przejmującego studium władzy oraz psychofizycznej agresji wynikającej z pragnienia dominacji, uporu i zwykłej głupoty. Współtwórca „XIII” wprowadza na scenę trzydzieści postaci (włącznie z psem Rieslingiem – pierwszą ofiarą bezpardonowego starcia), mających precyzyjnie określone role w tym kameralnym dreszczowcu skutecznie podnoszącym poziom czytelniczej adrenaliny.

Protagoniści recenzowanego one-shota to bohaterowie z krwi i kości. W ich gronie (obok jednostek zdradzających troskę o bliźniego) znajdziemy gros osób – bynajmniej nie tylko nabuzowanych testosteronem samców – dających upust pogardzie dla drugiego człowieka, tłamszonym pretensjom, skrywanym kłamstwom i kompleksom, jak również dzikim namiętnościom. Van Hamme szkicowo, a jednocześnie z godną uwagi przenikliwością kreśli psychologiczne portrety weselników, których pełne emocjonalnych niuansów oblicza rewelacyjnie uchwycił Hermann Huppen. Utrzymane w stonowanej kolorystyce prace autora „Wież Bois-Maury” już od pierwszych stron przykuwają uwagę odbiorcy, z rosnącym zainteresowaniem przewracającego strony komiksu, w którym perypetia rozwija się według iście Hitchcockowskiej tradycji.

Dynamiczna kompozycja kadrów oraz wartkie tempo akcji skutecznie zagęszczającej klimat osaczenia stanowią o dramaturgicznej klasie tego albumu, którego drugie wydanie (w 2003 roku tom ukazał się pod szyldem Egmont Polska) jest nie lada gratką dla wszystkich miłośników drapieżnych opowieści graficznych.

Pewnego razu na Dzikim Zachodzie („Comanche. Red Dust”)

Debiutująca w 1972 roku belgijska seria „Comanche” do dziś pozostaje kluczową pozycją na mapie poszukiwaczy wybornych komiksów utrzymanych w westernowej konwencji. W otwierającym cykl tomie „Red Dust” poznajemy tytułowego młodzieńca – szybkostrzelnego, choć prawego rewolwerowca – który przybywa do trawionego korupcją miasteczka Greenstone Falls. Protagonista, omyłkowo wzięty przez nikczemnego „człowieka interesu” Larry’ego Cathrella za najemnego zbira, postanawia na własną rękę zbadać tajemnicę (stojącego na skraju ruiny) rancza „Tripple Six”, z determinacją godną lepszej sprawy prowadzonego przez piękną Comanche i lekko stukniętego staruszka zwanego Ten Gallons. Niedająca sobie w kaszę dmuchać protagonistka początkowo z dystansem traktuje przybysza, który w niedługim czasie udowadnia wyjątkowy talent do rozwiązywania problemów stwarzanych przez osobników mających chrapkę na włości dzielnej ranczerki.

Bezbłędnie skonstruowana fabuła, realistyczne przedstawienie codzienności Pogranicza oraz wiarygodni, zjednujący sobie sympatię bohaterowie (plus cyniczne, zdolne do wszystkiego czarne charaktery wprowadzające w czyn makiaweliczne plany) – pierwsza odsłona perypetii Comanche, rudowłosego Red Dusta i pozostałej ferajny z „szóstkowego” gospodarstwa to intrygujący początek flagowej serii pisanej przez Michela Grega.

Zmarły w 1999 roku scenarzysta przygód „Bernarda Prince’a” czy „Bruno Brazila” stworzył razem z Hermannem Huppenem epicką opowieść, gdzie bezbłędnie rozrysowane sekwencje pojedynków, strzelanin i galopad idą w parze z (imponującym pod względem stopnia szczegółowości) obrazem urbanistyczno-naturalnego pejzażu stanu Wyoming w XIX wieku. Przyjemna dla oka kolorystyka tylko potwierdza wysoki walor estetyczny albumu, którym belgijscy autorzy przyczynili się do rewolucji w komiksowych narracjach o Dzikim Zachodzie. Dla fanów gatunku pozycja co najmniej obowiązkowa.

Amerykańska tragedia („Staruszek Anderson”)

Rodzinny duet Hermann (ojciec) oraz Yves H. (syn) powraca z nowym one-shotem, który wydaje się najbardziej ponurą i przytłaczającą opowieścią twórców „Stacji 16” czy „Bez przebaczenia”. Tym razem przedstawiciel młodszej generacji rodu Huppenów zabiera nas w podróż na amerykańskie Południe, ściślej – do Missisipi A.D. 1952. W małomiasteczkowym tyglu biała społeczność, ze zdeprawowanym szeryfem na czele, co rusz dolewa oliwy do ognia, pogardliwie prowokując, szykanując i represjonując swoich ciemnoskórych sąsiadów. Sędziwego Andersona na pozór nic już nie wzrusza, choć trauma po wciąż niewyjaśnionym zaginięciu ukochanej wnuczki odcisnęła na bohaterze widoczne piętno. Ale najgorsze dopiero przed nim. I nie chodzi wyłącznie o to, że małżonka protagonisty odchodzi w czasie snu do wieczności. Otóż, po latach milczenia, przyjaciel Andersona, Otis, decyduje się na wyznanie, za sprawą którego zażywny staruszek postanawia raz na zawsze zamknąć najboleśniejszy rozdział swojego życia, wkraczając na drogę bez powrotu. Kiedy bowiem przychodzi Dzień Gniewu, Anderson staje się nieprzejednanym oskarżycielem, surowym sędzią i bezlitosnym katem w jednym.

Album Huppenów jest niczym wstrząsająca pocztówka przysłana wprost z rasistowskiego piekła. Malarski styl Hermanna (tym razem wykorzystującego paletę przygaszonych barw) idealnie pasuje do dusznego klimatu opowieści, w której artysta konsekwentnie operuje detalami oddającymi specyfikę miejsca wydarzeń, ale także wprowadzającymi szereg emocjonalnych niuansów – szczególnie widocznych na twarzy głównego bohatera – bądź zdradzającymi intencje uczestników dramatu. Rysownik nie stosuje taryfy ulgowej, kreśląc sceny bezkompromisowej przemocy, będącej nieodłącznym elementem tej z ducha tragicznej historii prowadzącej do (zważywszy na okoliczności) jedynego możliwego finału, pozostającego w pamięci jeszcze długo po zakończeniu lektury.
Jean Van Hamme, Hermann: „Krwawe gody” („Lune de guerre”). Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawnictwo Komiksowe / Prószyński i S-ka. Warszawa 2016.
Greg, Hermann: „Comanche. Red Dust”. Tłumaczenie: Wojciech Birek. Wydawnictwo Komiksowe / Prószyński i S-ka. Warszawa 2016.
Hermann, Yves H.: „Staruszek Anderson” („Old Pa Anderson”). Tłumaczenie: Jakub Syty. Wydawnictwo Komiksowe. Warszawa 2016.