Wydanie bieżące

15 lipca 14 (302) / 2016

Mateusz Demski,

STRASI PANOWIE DWAJ (NIEZNAJOMA DZIEWCZYNA)

A A A
Punkt wyjścia dla tegorocznej edycji festiwalu Transatlantyk stanowiło pochylenie się nad problemem kryzysu rozciągniętego nad europejską wspólnotą. Filmem poniekąd wpisującym się w tę ideę jest „Nieznajoma dziewczyna” braci Dardenne. Najnowszy obraz reżyserów, przybyły do nas wprost z Konkursu Głównego Cannes, to – jak przystało na dwukrotnych laureatów Złotej Palmy („Rosetta” i „Dziecko”) – kino wysokiej społecznej próby. Pytanie tylko, czy aby właśnie na próbie się nie kończy?

Jenny Davin nie jest lekarką jak każda inna. To młoda ambitna kobieta z poczuciem zawodowej misji, roztaczająca wokół siebie niezwykłą aurę, która przyciąga szereg życzliwych pacjentów: umierających nastolatków piszących ku jej chwale gitarowe przeboje, starców pijących z nią kawę ze wspólnego, przypalonego rondla. A jednak, jak to bywa u Dardenne’ów, jedna z pozoru błaha decyzja zdoła przekreślić wszystko. Lekkomyślne zlekceważenie sygnału domofonu sprawia, że szpitalne prześcieradła owijają się wokół szyi Jenny. Wraz ze śmiercią tytułowej dziewczyny, szukającej azylu w jej gabinecie, w bohaterce budzi się poczucie winy. To najwyższy czas na przewartościowanie własnej moralności – moment, kiedy należy wziąć sprawę ofiary w swoje ręce i odkryć jej zagadkową tożsamość.

„Nieznajoma dziewczyna” to kino, w którego interpretacji nietrudno powołać się na poprzednie dokonania belgijskiego duetu, do którego już dawno przylgnęła gęba autorów uzurpujących sobie prawo do wnikliwego dokumentowania rodzimej codzienności. Tymczasem w swym najnowszym filmie bracia zdają się gubić gdzieś po drodze tę zasadniczą cnotę swojej twórczości. Zabrakło tutaj, z jednej strony, cierpliwej eksploracji personalnych problemów jednostek, które na co dzień głosu nie mają, z drugiej zaś, budowania skromnego kontekstu socjologicznego wyjętego żywcem z doniesień prasowych, tak fantastycznie wplatanego choćby w poprzednich „Dwóch dniach, jednej nocy”. W „Nieznajomej dziewczynie” o aktualnej sytuacji już niestety głośno się nie mówi, co pozostawia nas stosunkowo obojętnymi na wołania reżyserów. A obojętność to w kontekście twórczości autorów „Rosetty” zarzut zakrawający o herezję.

Niewykluczone, iż ta nieprzystawalność wynika ze stopniowego wyczerpania konwencji. To wciąż klasyczni Dardenne’owie: powściągliwi, portretujący bohaterkę dopuszczającą się win, które mogą zostać odkupione za pośrednictwem żmudnych poszukiwań. Sporo jest tu zatem wycinków z prozy życia, która od samego początku stanowiła ich nieskończone, a zarazem jedyne słuszne źródło inspiracji. Tyle że w „Nieznajomej dziewczynie” trudno dostrzec wiarygodny ładunek emocjonalny. Niepodobny do twórczości braci wydaje się flirt z gatunkową matrycą kryminału, a co za tym idzie: szereg nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności, dotykający główną bohaterkę. Gdy Jenny prowadzi przesłuchanie zupełnie przypadkowego, nieletniego pacjenta, wszystko zdaje się posłusznie zmierzać ku ostatecznemu rozwiązaniu, tak jakby kobieta na „ładne oczy” zyskiwała monopol na pozyskiwanie prawdy. Wątek ten tylko potęguje wrażenie plastikowego realizmu, który powoli odkleja się od otaczającej nas rzeczywistości.

Dziwi jednocześnie fakt, iż Dardenne’owie w odniesieniu do zasadniczo szlachetnej profesji swojej protagonistki nie pozostawiają przestrzeni do szerszej dyskusji, wejścia w dialog z jej wątpliwej natury etyką zawodową. Prywatna krucjata Jenny, choć prowadzona w słusznej wierze, stopniowo przyjmuje charakter obsesji. To już nie tyle wymierzanie sprawiedliwości za pomocą dzierżonego w dłoni stetoskopu, co próba dostąpienia katharsis. Dążenia te są okupione bezprawnym żerowaniem na pacjentach. Bo jak inaczej nazwać sytuację, w której Jenny dopuszcza się przesłuchania bezbronnego, sparaliżowanego mężczyzny? Albo jak ocenić nagabywanie i wzbudzanie poczucia winy w schorowanym, niedołężnym starcu? Dostrzec zatem można tutaj pewne moralne przesunięcie, ale zarazem nigdzie nie widać jego następstw. Ciekawe, że twórcy zatrzymują się właśnie tutaj, dokładnie w pół kroku, co sprawia, że „Nieznajoma dziewczyna” pozostaje filmem formalnie niespełnionym. Wielce to do nich niepodobne, zważywszy, że do tej pory jak nikt inny wśród współczesnych europejskich twórców zdołali wgryźć się w systemowe zgrzyty i bolączki ludzkiej duszy.

A jednak, mimo zaskakującego impasu, udaje się dostrzec iskrę w tym ciemnym zaułku. Raz na jakiś czas Belgowie śmielej uchylają rąbka tak dogłębnie spenetrowanych rewirów Liege, kolejnych kręgów belgijskiego piekiełka, które pozostają naznaczone pospolitą biedą, bezrobociem, kryminalnym półświatkiem. Wykreowana przez Adele Haenel Jenny to kolejna mała/wielka postać w ich galerii, która swoimi niejednoznacznymi poczynaniami kreśli topografię rodzimej socjety – dysproporcjonalnego społeczeństwa, w którym mimo haseł o wolnej i równej Europie panuje widoczny dysonans między malutkimi a wielkimi, między zwykłymi, pozbawionymi przywileju ubezpieczenia zdrowotnego a stawiającymi wokół siebie mur dobrobytu. Los tytułowej, znalezionej gdzieś nad rzeką Moza dziewczyny zdaje się symbolem kryzysu człowieczeństwa rozwieszonego nad europejską wspólnotą. Szkoda tylko, że zaledwie symbolem utartym, a nie choćby impulsem do dyskusji, czymś odrobinę więcej.
„Nieznajoma dziewczyna” („La fille inconnue”). Scenariusz i reżyseria: Jean-Pierre Dardenne, Luc Dardenne. Zdjęcia: Alain Marcoen. Obsada: Adèle Haenel, Jérémie Renier, Thomas Doret i in. Produkcja: Belgia 2016, 113 min.