Wydanie bieżące

15 lipca 14 (302) / 2016

Zuzanna Sokołowska,

UJARZMIANIE PATRZENIA (CZAS LISÓW)

A A A
Martin Heidegger zauważył, że doświadczenie i ludzka wiedza to nieustanny proces rozciągnięty w czasie. Kiedy Corin Sworn była mała, nie rozumiała opowieści ojca, który z wielką pasją i zaangażowaniem opowiadał jej o Peru oraz chłopskich rebeliach wybuchających w niemalże odciętych od świata wioskach. Artystka oglądała liczne zdjęcia z podróży i przenosiła się w odlegle regiony własnej wyobraźni, które z opowieściami jej taty miały wtedy niewiele wspólnego. Przetwarzała obrazy na swój dziecinny sposób, dopisując do nich zupełnie inne znaczenia. Kiedy dorosła, postanowiła zbadać terytoria, o których tak barwnie opowiadał jej tata, Gavin Smith, będący z wykształcenia antropologiem. Jej najnowsza wystawa „Czas lisów”, którą można właśnie oglądać w białostockim Arsenale, to wędrówka do przeszłości śladami ojca. Ekspozycja, składająca się z fotografii oraz filmu, to pewnego rodzaju autoportret wyobraźni, ukształtowanej przez obrazy tworzące aktualną tożsamość artystki. Sworn stawia pytania o to, w jaki sposób wizualność kształtuje świadomość oraz jak poznajemy otaczającą rzeczywistość. Czy doświadczmy jej jedynie za pomocą obrazu? Oczywiście artystka nie udziela jednoznacznych odpowiedzi na dręczące ją pytania, postanawia jednak przejrzeć się zagadnieniu ludzkiej jaźni. I robi to w arcyciekawy sposób.

Jej film „Lisy” (2013), który można obejrzeć na wystawie, to prawie dwudziestominutowy dokument, zaczynający się od wyrzuconego w powietrze pytania: co dzieje się z obrazem? Sworn kadruje bliżej nieokreślony obiekt, który zmienia się wraz z ruchem kamery. Artystka igra ze wzrokiem widza, który zaczyna gubić się w domysłach i nie jest do końca pewien, co naprawdę widzi – czy jest to jakiś dziwaczny powidok, najzwyczajniejsze drzwi czy pięknie przyozdobiona ściana, wyłaniająca się nagle zza różowego, rozmytego kadru? Albo może obraz wcale się nie zmienia i tylko oko wprowadza widza w błąd? Sworn w jednym z wywiadów opowiada, że wprost uwielbia wizualne gry, które stanowią dla niej poszukiwanie związków pomiędzy tym, co widzialne i niewidzialne, dostrzeżone i niezauważone. Niemalże cały film jest właśnie tego rodzaju zabawą z widzem, któremu nie wystarcza jednokrotne obejrzenie obrazu. Za każdym razem dostrzega on nowe, wizualne elementy w dokumencie artystki, która filmuje przede wszystkim wspomnienia jej ojca.

Ruch kamery skierowany jest głównie na ulice małej peruwiańskiej wioski, Huasicancha – obiektyw błyskawicznie ślizga się po niszczejących budynkach i górskim krajobrazie. Sworn przysłuchuje się także intymnej spowiedzi ojca, opowiadającego historię dalekich, egzotycznych wojaży, które tak usilnie starała się odtworzyć w swoim filmie. Co ciekawe, kiedy jej kamera z zawrotną szybkością rejestruje wiejski krajobraz, kadry stają się subtelnie rozmyte, ponieważ obrazy odbijają się od szyby samochodu. Ta sama strategia dwuwymiarowości zostaje zastosowana w fotografiach pokazywanych na wystawie – Sworn wykorzystuje negatywy ojca, nakładając je na zdjęcia swojego autorstwa, wykonane w tych samych miejscach. Nie można oprzeć się wrażeniu, że wszystkie wizualne zabiegi mają na celu ukazywanie widma przeszłości jako pewnego rodzaju pryzmatu, w którym odbija się to, co obecne jest „tu i teraz”. Jednakże teraźniejszość naznaczona jest nieuchronnym czasem. Widać to doskonale, kiedy Sworn rejestruje swojego ojca i mieszkańców w trakcie swobodnych rozmów, podczas których nie są oni w stanie zidentyfikować antropologa na zdjęciach. Nie wiedzą, z kim mają do czynienia, nie potrafią rozpoznać w starszym mężczyźnie przystojnego młodzieńca, który dziarsko uśmiecha się do nich z kolorowych fotografii. Jak można przeczytać w tekście towarzyszącym wystawie, „czas oddala od siebie ciała”. Stają się one dla siebie nawzajem obce, nieoswojone i, co najważniejsze, nieznane. Trzeba się z nimi zaznajomić od nowa, choć proces ten bywa bolesną konfrontacją z własnym wizerunkiem, niszczejącym pod wpływem fizjologii, z czym czasem trudno jest się ostatecznie pogodzić.

Na wystawie obecna jest także instalacja Sworn, która wydaje się niekompatybilnym elementem tej pieczołowicie stworzonej układanki. „Jak zmienia się pragnienie” (2013) to wizualny rebus składający się z niekompletnej mozaiki, którą można oglądać z dwóch perspektyw – w każdej z nich jest on niedokończony, choć obie wersje różnią się od siebie wielkością. Praca ta jest w gruncie rzeczy kolejnym pytaniem związanym z percepcją obrazu, zmieniającą się pod wpływem spojrzenia poddawanego próbie czasu. Niemalże cała wystawa staje się sposobem definiowania patrzenia, ale nie tylko. To także ekspozycja, poprzez którą Sworn usiłuje poradzić sobie z tym, co jest według niej werbalnie niewyrażalne, czyli własną świadomością, własnym „ja” – żywym, ruchliwym, energicznym. Bo „mówienie o sobie graniczy z niemożliwością, bo to przez siebie musimy mówić. Autorefleksja wymaga niemożliwego – wyjścia poza samego siebie” – podkreśla artystka. A czy jej się to udaje? Odpowiedź należy do widza. 
Corin Sworn: „Czas lisów”. Kuratorka: Sylwia Narewska. Galeria Arsenał w Białymstoku. 01.07.-11.08.2016.