Wydanie bieżące

15 lipca 14 (302) / 2016

Marek Bochniarz,

JAKUB WRÓBLEWSKI + KATARZYNA BAZARNIK = FIRST WE FEEL THEN WE FALL ALBO: "FINNEGANS WAKE" NA WIEK XXI

A A A
Mimo, że od jego śmierci upłynęło już ponad pięćdziesiąt lat, jego twórczość wciąż pomaga nam zrozumieć i interpretować naszą własną epokę, tak jakby to on spoglądał na nas z perspektywy czasu, a nie my na niego. Okazuje się, że jego książki wciąż oburzają, prowokują czy szokują, bawią, rozśmieszają, wywołują refleksję i w końcu uczą innego spojrzenia na literaturę.

16 czerwca każdego roku miłośnicy i znawcy Joyce’a na całym świecie zbierają się, by wspomnieć dzień, kiedy pan Bloom – tytułowy Ulisses – wyruszył na wędrówkę po Dublinie i by porozmawiać o tej wyjątkowej twórczości.

(Bazarnik i Fordhamm 1998: 8)

„First We Feel Then We Fall” jest interaktywnym filmem artysty wizualnego Jakuba Wróblewskiego i znawczyni literatury anglosaskiej Katarzyny Bazarnik. Wspólnie zmierzyli się oni z utworem uchodzącym za „nieczytalny” i „nieprzekładalny”, czyli z „Finnegans Wake” Jamesa Joyce’a. Efekt przedsięwzięcia to piękny, a zarazem wyrafinowany artystycznie i intelektualnie obraz-w-ruchu, jaki odbiorca może dowolnie modyfikować. Czyżby irlandzki pisarz nareszcie trafił na godnych siebie przeciwników – i, tak jak on uzbroił się w mieszanie tropów, tak oni pozbierali drobiny i pokazali, że „Finnegans Wake” da się: czytać, rozumieć, a może nawet... polubić?

Portret grafika z czasów młodości





Jakuba Wróblewskiego spotykam pod koniec maja w Warszawie. Przynosi imponujące ilości sprzętu elektronicznego i rozstawia wszystko na stoliku, ożywiając fragmenty projektu na podstawie Joyce’a, nad którym intensywnie wówczas pracował, aby zdążyć na czas uroczystej londyńskiej premiery 16 czerwca, podczas rocznicowego, 25. sympozjum dedykowanego irlandzkiemu pisarzowi.

Wróblewski pracuje na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Podjęcie wyzwania rzuconego przez Joyce’a w „Finnegans Wake” i realizację inspirowanego tym dziełem projektu interdyscyplinarnego umożliwiło mu doświadczenie, które zebrał jako artysta multimedialny. Połączył wykształcenie grafika, świadomego zmieniającej się mody w projektowaniu (a „First We Feel Then We Fall” to kompozycja zarówno estetyczna, jak i bardzo modna, bo zrobiona tak, aby współczesny odbiorca chciał jej poświęcić więcej czasu) z kompetencjami filmowca. Jak sam podkreśla, reżyser musi wiedzieć, jak igrać z widzem, wreszcie: jak wyciągnąć z niego emocje. Ten element interakcji okazał się na tyle intrygujący, że ostatecznie Wróblewski postawił na kino. Oczywiście, podszedł do tej sprawy nie do końca na serio i niezbyt prostodusznie, jak do uprawiania rzemiosła, a raczej uznał przyjętą przez publiczność formę za punkt wyjścia do własnej zabawy.

Zaczął od fizycznego, materiałowego „Blvck Movie Preconception” – zbioru kolaży z adnotacjami montażowymi. „To film, który można rozpoczynać w dowolnym momencie, a potem iść od prawej do lewej, budując go sobie w głowie” – wyjaśnia.





W ramach doktoratu poszedł krok dalej, zmierzając w stronę interakcji w projekcie „What If”, będącym luźnym nawiązaniem do „Boskiej komedii” Dantego. „Badałem w tym czasie montaż asocjacyjny. Zadałem sobie pytanie, czy film można uporządkować w inny sposób, czy puścić od końca. Stwierdziłem wtedy, że nie ma jednej słusznej wersji filmu” – przyznaje.







Wróblewski jako grafik pracuje ze swoimi studentami nad czymś, co nazywa „wizualnym systemem narracji w filmie”. „Staramy się rozbić narrację filmu na wersję graficzną. Bo tak naprawdę film to dane: czas, ujęcia, sklejki montażowe, tropy muzyczne, bohaterowie. Te informacje można przecież wyciągnąć i stworzyć formę, obejmującą te wszystkie rzeczy. To działa też w drugą stronę – mogę podać formę graficzną, która posłuży do stworzenia struktury filmu. Obok tego, podjęliśmy pracę nad systemem unifikacji graficznego zapisu różnych rodzajów organizacji ujęć – „piktogramów montażowych”. To znaki, które można by wprowadzić do pracy filmowców. Używaliby ich scenarzyści, artyści wizualni, po to, aby montażysta i inne osoby wiedziały, jaki typ montażu ma być zastosowany” – wylicza Wróblewski.

Kwestia „piktogramu montażowego” brzmi dość efemerycznie, a jednak ma w sobie spory potencjał praktyczny. Dopytuję więc Wróblewskiego, na jakim etapie znajduje się ten projekt. „Zrobiliśmy zbiór około 28 znaków, które póki co wciąż są zbyt trudne do narysowania i zapamiętania, ale merytorycznie są bardzo dobre. Póki co projekt stanął na etapie akademickim i nie mógłby zostać zastosowany komercyjnie. Wciąż jednak jest otwarty i z nim walczymy” – mówi.

Joyce radziecki, Joyce polski

(…) a potem szedłem ulicą, czując, że całe moje życie wymyka mi się z rąk. Przez godzinę siedziałem na sofie w biurze mego ojca. W ciągu całej ubiegłej nocy przebiegałem myślą wszystkie opowiadania mojej książki, wyobrażałem sobie, że ją widzę, że czytają ją moi znajomi, że ukazują się przyjazne i nieprzyjazne recenzje. Dziś rano miałem wrażenie, że wszystko wali się w gruzy.

James Joyce w liście do Nory Barnacle Joyce (Joyce 1986: 231-232)

Za poetyką „Finnegans Wake” kryje się też, już zapomniany przez publiczność, ale nie filmowców (zwłaszcza europejskich), dorobek rosyjskiej szkoły montażu. Wróblewski udowadnia, że jest uważnym czytelnikiem Siergieja Eisensteina, Dżigi Wiertowa czy Lwa Kuleszowa. Wybór twórców radzieckiej awangardy, eksperymentujących z możliwościami kina, wydawał się w przypadku Joyce’a oczywisty. Zresztą sam Eisenstein był bardzo zainteresowany poetyką „Ulissesa” i „Finnegans Wake” oraz tego, jak mogłaby ona zostać przetransponowana na nowy, rozszerzony język kina.

Pierwszą przymiarką do „Finnegans Wake” była wystawa, którą Wróblewski przygotował w Salonie Akademii w Warszawie. „Zacząłem tworzyć wtedy kolaże-ujęcia, bo właśnie w ten sposób pracuję. Zresztą, »Finnegans Wake« jest dla mnie jednym wielkim kolażem. Kolekcjonowałem taśmy Super 8, czy robiłem szkice, które pasowałyby do Joyce’a...” – wylicza.

Na etapie przygotowawczym nieporządny porządek, obecny w książce, spowodował, że Wróblewski poczuł, iż potrzebuje wsparcia, pomimo zaangażowania i żonglowania słownikami (bo Joyce nie używa w tym dziele nawet czegoś, co można by określić mianem języka narodowego). „Praca nad »Finnegans Wake« okazała się jednak dla mnie za ciężka. Nawiązałem kontakt z Katarzyną Bazarnik, która jest najlepszą badaczką Joyce’a w Polsce. Pomogła mi stworzyć narrację, opartą na wyborze 32 segmentów, pochodzących z utworu Joyce’a. Wybrane fragmenty stanowią logiczną dla widza i spójną linię narracyjną” – relacjonuje.







Przeciw X muzie: „First We Feel then We Fall”

Wróblewski na potrzeby „Finnegans Wake” przyjął na siebie rolę bibliotekarza. Część materiałów filmowych nakręcił specjalnie na potrzeby projektu, ale do finalnego obrazu trafiły bogate archiwalia, pochodzące między innymi z Biblioteki Kongresu czy biblioteki cyfrowej Dublina.





Poza parą autorów, Jakubem Wróblewskim i Katarzyną Bazarnik, w projekt było zaangażowanych wiele innych osób. Udźwiękowieniem zajął się Rafał Rytelski z Uniwersytetu Muzycznego. Z kolei Mateusz Machalski zadbał o identyfikację wizualną filmu. Oczywiście, ze względu na specyfikę konwencji filmu interaktywnego, potrzeba było zaangażować programistów, którzy zajmują się projektowaniem aplikacji na potrzeby poruszania się po filmie przez internautów – docelowych odbiorców filmu.

Największym wyzwaniem pod względem doboru współpracowników okazało się obsadzenie lektorów. Wróblewski przeprowadził casting i dwudziestu profesjonalistów poległo przy czytaniu Joyce’a. Ostatecznie zdecydował się na parę głosów: pochodzącego z Kanady artysty wizualnego Martina Siemieńskiego i slamerkę Weronikę Lewandowską. Partie żeńskie wsparła swoim głosem również Katarzyna Bazarnik.

„Tłumaczenie na polski pt. »Finneganów tren«, które zrobił Krzysztof Bartnicki, to świetny projekt. Zresztą prowadzi on niesamowite badania na tekście Joyce’a” – przyznaje Wróblewski. A jednak nie zdecydował się na użycie polskiego przekładu, który traktuje – ze względu na specyfikę zadania, przed jakim stanął Bartnicki – raczej jako osobne dzieło na podstawie „Finnegans Wake” aniżeli przekład – gdyż takowy nie jest możliwy w żadnym języku.

Joyce jest zatem czytany w „First We Feel Then We Fall” w oryginale, a sam projekt, choć zrealizowany przez polskich artystów, ma nie tylko interdyscyplinarny i eksperymentalny charakter, lecz także międzynarodowy zasięg. Po sukcesie podczas londyńskiej premiery Wróblewski i Bazarnik zaprezentowali w lipcu swoje dzieło również w Polsce, podczas konferencji Digital Humanities w Krakowie.

***

„Zobacz” film „First We Feel Then We Fall” – a swoją lekturą włącz się w jego budowę. Jakub Wróblewski prowadzi badania statystyczne, w jaki sposób wybieramy poszczególne ścieżki, poziomy i kolejność segmentów filmu, i czeka także na Twój udział, Czytelniku:

http://www.firstwefeelthenwefall.com



Strona filmu Jakuba Wróblewskiego i Katarzyny Bazarnik na Facebooku:

https://www.facebook.com/firstwefeelthenwefall

LITERATURA:

K. Bazarnik, F. Fordham (red.): „Wokół Jamesa Joyce’a”. Kraków 1998.

J. Joyce: „Listy”. T 1.: „1900-1920”. Kraków 1986.