Wydanie bieżące

15 lipca 14 (302) / 2016

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

CICHYM GŁOSEM (MICHAŁ GŁOWIŃSKI: 'CARSKA FILIŻANKA')

A A A
Pisząc o najnowszej książce profesora Michała Głowińskiego, postanawiam, że nie użyję zwrotów coming out czy Zagłada, i trzymaj mnie, Czytelniku, za słowo. Piszę o książce, na którą zwrócono uwagę i którą polecono krótkimi notkami w tygodnikach i miesięcznikach za pomocą między innymi tych słów. To, co jest oczywiste w krótkiej formie krytycznej, nie musi krępować moich zdań – piszę dla odbiorców, którzy w doborze lektury nie kierują się kliszami. W kliszach zachęcających do lektury w kraju powszechnie nieczytających nie należy upatrywać wszelkiego zła, wyrobionym odbiorcom lepiej jednak nie wciskać łatwych etykietek, które zniechęcić mogą czytelników obawiających się sensacji czy sentymentalizmu. W książce Głowińskiego nie ma jednakże ani jednego, ani drugiego, nie ma deklaracji narodowościowych ani programowania legalizacji związków jednopłciowych. Zamiast tego są elegancja, stonowanie, przepiękny język.

W historiach zamkniętych między okładkami „Carskiej filiżanki” granica między fikcją a autobiografią jest zacierana pod pozorem niepamięci, niedostatecznej wiedzy. W tekście „Pokutnik” na tajemniczego mężczyznę patrzymy oczami dziecka z sierocińca, w którym ciekawość łączy się z niewiedzą, zawstydzeniem, ale i fascynacją podczas podglądania intymnej sceny – rozmowy, pokuty, utraty wiary lub jej zyskania – kontaktu z Bogiem. Intymność, zawstydzenie, nieśmiałość, ukrywanie prawdy za pieczołowicie skrywaną fasadą spotykamy w każdej z opowieści. Nie „opowiadań” – bo wyznaczniki typu chronologia, bohater, fabuła część z nich traktuje umownie, ale „opowieści” właśnie, czasem miniatury, czasem wspomnienia, nad którymi unosi się delikatnie melancholijna tęsknota za minionym czasem i świadomość niemożliwości innych rozwiązań. Narrator, którego ostrożnie określę porte-parole autora, nie wykluczając wszak autorskiej kreacji i nie utożsamiając go z Michałem Głowińskim, żył w świecie prawie dosłownie zamkniętym, w którym pracownik uniwersytecki podczas wyjazdów zagranicznych niemalże głoduje i mocno odczuwa swą niższość, zaś w kraju z uwagi na pochodzenie bywa traktowany podejrzliwie, zmuszany do unifikacji i ogłupiany przez jedynie słuszną idee („Rusycysta Mordechaj”). Brzmi znajomo, niestety – wprawdzie pewna poetka zapewniała, że „nic dwa razy się nie zdarza”, a filozof twierdził, że wydarzenia zapisujące się w historii najpierw są tragedią, a potem tragifarsą, lecz doświadczeń ukrywania siebie – w dosłownym i metaforycznym sensie, nie należy powtarzać nawet w tej drugiej formie.

Autotematyczność tej prozy zasługuje na osobny szkic, w tym miejscu przytoczę słowa narratora o technice przywoływania straconego czasu: „moja polityka pamięci była dwojaka, by nie powiedzieć: kontrastowa – z jednej strony chciałem zarysować wyraźną linię graniczną, oddzielającą dwa światy, taką, której nie mógłbym przekraczać, by zagłębiać się w nie tak jeszcze dawne wydarzenia, w moim przypadku bez wyjątku bolesne, z drugiej zaś strony, powracając do nich myślą w najróżniejszych sytuacjach, także w przedsennych majakach, chciałem je w sobie utrwalić, niejako wgrać, tak żeby we mnie istniały dopóty, dopóki będę wśród żywych. Oczywiście, takiej konserwacji poddawane były przede wszystkim doświadczenia dla mnie najważniejsze, o wielkiej doniosłości i z reguły najbardziej traumatyczne. Te inne, które w tym rejestrze się nie mieściły, czasem roztapiały się w podgrzewanym nieustannie kotle przeszłości i w ogóle zanikały, czasem zaś pozostawały w postaci chaotycznie rozproszonych drobin, z których trudno byłoby złożyć całość”.

„Pokutnik” jest jedną z takich opowieści, w której większość zdań to domniemania, próby interpretacji świata podejmowane z punktu widzenia chłopca i dojrzałego mężczyzny. Chłopcu zależało na przetrwaniu w nieludzkich czasach polowań na ludzi, po ocaleniu życia przez długi czas to, co ciche, ale i nasycone emocjami budziło u niego zaskoczenie.

Natomiast cudowne wspomnienie przedwojennej nauczycielki francuskiego, wzruszająco niegdysiejszej w odniesieniu do lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, wobec naszych pomilenijnych czasów już chyba prehistorycznej, usiłującej zachować pozory dawnego życia, było takie, jakiego się spodziewałam, gdyż każda recenzja zwracała na te kilkanaście stron uwagę. Podobnie jak na tytułową „Carską filiżankę” – rodzinna archeologia wychodzi poza jedyną ocalałą filiżankę („Niczego mi proszę pana tak nie żal jak porcelany” – pobrzmiewa w głowie czytelnika), aby przywołać cienie tych, co nie mają grobów.

Zdarzenie lektury „Carskiej filiżanki” porównać można do tej części zajęć jogi, w której leżąc płasko na macie, oddajesz się relaksowi. Zrazu trudno jest zyskać wygodę, tak i tu trudno się wyciszyć, jeśli ostatnio czytasz głównie agresywnie przykuwające uwagę artykuły na ekranie, musisz wracać do przeczytanych zdań, bo myśli uciekają w stronę ekranu, powiadomień o wydarzeniach, próbach nawiązania kontaktu, głupawych, albo i dość zabawnych zdjęć. Wtrąca cię ta książka w niewygodę, bo wymaga oddania i skupienia. Lecz gdy już się skupisz na niej tak, jak skupiasz się, by wydechy równe były wdechom, to zachwycisz się językiem, który jest piękny i mocny jak oddech. Zapomnisz o bylejakości wokół siebie, musisz tylko chcieć podążyć. Wbrew temu, o czym często usiłują przekonać recenzenci, to nie jest książka dla każdego. Nie z powodu jakiejś niedostępności, elitaryzmu czy trudności obrazowania. Chodzi o potrzebę i możliwość zanurzenia się w świecie nie wykrzyczanych, lecz wypowiedzianych cicho ważnych emocji. Musisz wyjść poza klisze: żydowskie dzieciństwo, samotność, depresja, odrzucone uczucia względem własnej płci – bo autor niczego nie ukrywa, z niczego nie czyni sensacji. Nawet jeśli na początku lektury te fakty w pewien sposób brzęczały mi w głowie, to zepchnęłam je, zagłuszając diabełka lubiącego sensacyjki. Grono odbiorców współczesnej polskiej literatury pięknej nie jest szczególnie szerokie, a zbiór Profesora skierowany jest do jeszcze węższej grupy. Tym razem i ja się w niej odnalazłam, co było zaszczytem i radością. Książce Michała Głowińskiego nie trzeba nagród i wyróżnień, bo nie trzeba potwierdzać klasy operowania językiem i obrazem, „Carska filiżanka” potrzebuje jedynie miejsca na naszych półckach – sądzę, że gdzieś obok Iwaszkiewicza, Miłosza i Hena.
Michał Głowiński: „Carska filiżanka. Szesnaście opowieści”. Wielka Litera. Warszawa 2016.