Wydanie bieżące

15 lipca 14 (302) / 2016

Michał Kazimierczuk,

NABOKOV O SOBIE SAMYM (VLADIMIR NABOKOV: 'WŁASNYM ZDANIEM')

A A A
Tytułem wprowadzenia

Który z czytelników dzieł Nabokova, amerykańskiego-rosyjskiego pisarza, wykształconego w Anglii, urodzonego w Rosji, jak o sobie mówił, nie dał się uwieść misternie tkanym przez wyobraźnię autora labiryntom światów przedstawionych, wypełnionych subtelnymi aluzjami literackimi, grami językowymi, wymyślnymi technikami przedstawień, pułapkami solipsyzmu etc. Oczywiście w recepcji większości Nabokov pozostanie na zawsze tylko „tym od »Lolity«”, o czym skrupulatnie nie dawali zapomnieć kolejni wydawcy, jak ironicznie zaznaczał zasłużony tłumacz i badacz twórczości pisarza, Leszek Engelking. Obeznani z pozostałymi dziełami literackimi Nabokova z pewnością z rozrzewnieniem wspomną groteskowe zmagania profesora Pnina z językiem angielskim i automatyczną pralką. Zapewne z fascynacją odkrywali odbrązowioną opowieść o natchnieniu rosyjskich rewolucjonistów końcówki wieku XIX, wplecioną w fabularną tkankę „Daru”. Nieobce będzie im też odczucie niemalże namacalnego pragnienia, aby w opadłym po stoczonej bitwie z dziełem „Zaproszenie na egzekucję” pyle już tylko we własnej wyobraźni doszukać się możliwego rozstrzygnięcia historii Cyncynata C. I choć powieść to kościec twórczej działalności Nabokova, niedopatrzeniem byłoby niezająknięcie się o nieposzlakowanej oryginalności w podejściu do klasyków literatury. Wystarczy wspomnieć wyimki z odzyskiwanego przez Nabokova Gogolowskiego świata zapachów i smaków, skrzętnie zalęgających w bezpiecznych konturach zagarniającej uwagę fabuły, bądź przeczytać analizy poświęcone handlarzowi z „Martwych dusz”, panu Cziczikowi, mającemu być uwypukleniem gęsto zaludnionego królestwa poszłusti (zob. Nabokov 2012). A to rzecz jasna tylko parę drobiazgów…

Wbrew opiniom nieżyczliwych – delikatnie rzecz ujmując – krytyków, których twórczości autora „Oka” nie brakowało, Nabokov nie okazał się ulotną niezdrową modą, marnotrawioną zmyślnością formy bez idei, płodnym mistykiem bez wiary itd. Przyznać trzeba, że liczba podobnych wymyślnych wariantów nie jest wprost proporcjonalna do opinii przychylnych prozie Nabokova, jednakże podobnie brzmiące oceny bardzo wyraźnie po sukcesie „Lolity” odcisnęły piętno na recepcji twórczości autora „Rozpaczy”. Tym niemniej, poza rubieżami przyziemnej, niezdrowej ekscytacji spowodowanej historią H.H. i nimfetki, proza Nabokova utrzymuje stale wysokie zainteresowanie, a ukazanie się ostatnimi czasy drukiem analitycznych prac na polskim rynku wydawniczym (mowa tu o książce wymienionego już Engelkinga Chwyt metafizyczny. Vladimir Nabokov – estetyka z sankcją wyższej rzeczywistości” oraz publikacji Anny GinterVladimir Nabokov i jego synestezyjny świat”) jest najdobitniejszym przykładem na to, że dyskusja o znaczeniu i dorobku autora „Obrony Łużyna” wkracza w nową fazę. Jak to oczywiście bywa z wielkimi pisarzami, także Nabokov dorobił się wielu dezinterpretacji i szufladkowych ujęć ze strony krytyków, chcących za wszelką cenę znaleźć w jego dziełach odgórnie zaplanowaną i stale napiętą cięciwę idei, przed którymi Nabokov czuł wstręt. Pomysłów na to, jak zagospodarować zbyt nachalną dla niektórych enigmatyczność pisarza, daleko zresztą szukać nie trzeba. Wydaje się, że nietrafionym przykładem takiej re-lektury jest niedawno przetłumaczona książka Andrei Pitzer „The Secret History of Vladimir Nabokov”, w której spiritus movens narracji jest, oprócz dyskusyjnego zestawiania biografii Sołżenicyna i Nabokova, namiętne przekonanie autorki o politycznym wymiarze literackich zabiegów tego drugiego.

Rzecz jest o tyle dwuznaczna, że przyznając rację Pitzer odnośnie lokowania przez Nabokowa niektórych powieści (na czele z „Zaproszeniem na egzekucję”) w wyobrażonych światach (post)totalitarnego ładu, dla których pisarz żywił jawną pogardę, nie sposób jednak mówić tu o – jak chciałaby autorka – jakiejkolwiek proroczej roli Nabokova, a już zupełnie zdaje się mijać z celem posądzenie o nachalne zacięcie moralizatorskie (pisarz ten wbrew pozorom wierzył w swojego czytelnika). Należałoby raczej pozostać wiernym przewadze precyzyjnej literackiej gry w szachy nad morałem. Gry, w której chirurgiczna lektura zostaje zwieńczona poczuciem estetycznego spełnienia, a nie banalną kazuistyką. Tym, co zdaje się uchodzić najczęściej uwadze przy analizie Nabokowskiej problematyki zła, jest raczej akcentowana przez pisarza za pomocą subtelnych pływów narracyjnych jego – w dosłownym znaczeniu – bez-duszność, gwarantująca rotację i wymienialność charakterów postaci, których tożsamości czytelnik odróżnić może czasami tylko po urzędowych uniformach bądź makijażu. Jeżeli tylko przypomnimy sobie, że dla Nabokova sztuka wymagająca (czyli Sztuka per se), której zwieńczenie stanowi poczucie estetyczno-metafizycznego spełnienia bądź drżenie włosków na grzbiecie, nie jest oderwana od sfery etycznej, to dostrzeżemy wątłość sugestii prędkich zwolenników taniego dydaktyzmu, dla których brak nachalnie zawisającego nad całą rozpiętością narracji moralitetu musi z konieczności oznaczać niemoralność dzieła. Czy taka literacka strategia wobec zła jest apologią niemoralności?

Tak postawiony problem zdaje się bardziej zdradzać jedynie światopoglądową intencję pytającego, niż podejmować istotę sporu relacji sztuka-etyka, nie mówiąc już o poważnej re-lekturze twórczości Nabokova. Z pewnością obrana strategia jest problematyczna i może być traktowana jako ułomna, jednakże należy przypomnieć podejmującym próby podobnych interpretacji, że na napisanie traktatu z ontologii fundamentalnej Nabokov się nie porwał. Jeśli uznać dotyczące sztuki zastrzeżenie autora „Splendoru” za intratną wskazówkę pomagającą odnaleźć się na mapie wrażliwości pisarza, przestaną dziwić krytyczne komentarze Nabokova pod adresem takich pisarzy jak Fiodor Dostojewski, któremu oprócz „dziennikarskiego stylu” nie mógł wybaczyć mozolnie prezentowanego przekonania o zbawiennej roli cierpienia. A świadectwem takiego komentarza i zarazem wartką opowieścią o sztuce, literaturze, warsztacie pisarskim, a także pasji do motyli przepełnione jest wydane przez Aletheię „Własnym zdaniem” Nabokova.

Wywiady – polemiki – artykuły

Co zatem konkretnie znajdujemy w przetłumaczonych wreszcie w całości „Strong Opinions”? Większą część publikacji wypełniają sumiennie porządkowane przez Nabokova wywiady, jakich zdążył udzielić po wydawniczym sukcesie „Lolity”, który zapewnił mu finansową niezależność, „nieposzlakowaną” opinię w kręgach konserwatywnych i zarazem zwieńczenie kariery wykładowcy. Znawcom twórczości Nabokova nieobce będą wielokrotnie przytaczane w licznych biografiach opinie z „Własnym zdaniem”, dla których autobiografia literacka „Pamięci, przemów” może z powodzeniem stanowić komplementarną oś. Jednakże dla osób dopiero zagłębiających się w twórczość pisarza zamieszczone w „Strong Opinions” wywiady, a zwłaszcza wyjaśniające listy kierowane do redakcji i polemiki z krytykami mogą okazać się cenną poręczą przy wymagającej twórczości Nabokova.

Podstawowym problemem publikacji wywiadów jest niezbędność występowania dwóch wzajem na siebie oddziałujących elementów – nietuzinkowy rozmówca wymaga dobrych pytań, a tych ze strony redaktorów przytaczanych w „Strong Opinions” nie zabrakło. Pytania lawirują pomiędzy naiwnymi próbami wyłuskania tajników pracy nad powieścią, poprzez szczegółowe kwestie odnoszące się do bohaterów prozy Nabokova, kondycji literatury, malarstwa czy pasji łapania motyli. I od razu warto zaznaczyć, że niespodzianki nie będzie. To właśnie kwestie dotyczące literatury wytyczają we „Własnym zdaniem” naczelny szlak wywiadów. Podczas czytania niektórych wypowiedzi Nabokova, zwłaszcza tych, w których odnosi się on do literatury, trudno będzie czytelnikowi nieprzyzwyczajonemu do Nabokowskiej krytyki pozycji zasłużonych w annałach powieści pozostać niewzruszonym. „Zbrodnia i kara” i „Bracia Karamazow” Dostojewskiego, któremu Nabokov, jak sam mówił, wystawiłby co najwyżej tróję z minusem, porównane są do dziennikarskiego żargonu i obrzydliwego bredzenia. Krytyczna lista jest oczywiście o wiele dłuższa – warto wspomnieć, że dostaje się dziełom m.in. Balzaca, Hemingwaya, Sartre’a, Faulknera, Pasternaka, Conrada czy Camusa. Zresztą „La Nausée” Sartre’a zasłużyło we „Własnym zdaniem” na osobny artykuł, w którym Nabokov zarzuca podporze egzystencjalizmu ateistycznego m.in. usilne wtłaczanie historii Roquentina w horyzont własnych – jak pisze autor „Lolity” – czczych i arbitralnych fantazji filozoficznych.

Nie umknie także uwadze stale powracająca w twórczości Nabokova dobitnie podkreślana niechęć do Freuda lub, jak chce pisarz, „wiedeńskiego konowała” czy ewentualnie „błazna”, którego zdaniem Nabokova późniejsi protagoniści przy pomocy bałamutnych terapii i symbolicznej żonglerki seksualnymi archetypami wkomponowali w stały krajobraz współczesnej niezdrowej wiary. Warto odnotować na marginesie, że pokaźna lista zaproponowanych przez pisarza określeń Freuda i zwolenników psychoanalizy jest nie mniej rozpięta i poetycka od tej , którą krytycy obdarzyli samego Nabokova po publikacji „Lolity”. I skoro mowa o tzw. freudyzmie i ,,Lolicie'', to warto ponownie sięgnąć na chwilę do działu artykułów, w którym Nabokov daje najdobitniejszy, a zarazem najbardziej zabawny przykład bezkrytycznego przekładania znoszonych szat psychologicznych na potrzeby literackiej krytyki. Wyimek ów zamieszczony jest w ironicznie zatytułowanym tekście „Symbole Rowe’a”, w którym to Nabokov bezlitośnie rozprawia się z próbą dekodyzacji „Lolity” i „Ady…” przy użyciu seksualnych archetypów, rozrywających na każdym kroku rzekomo niewinną tkankę metafor. Ten krótki artykuł polecam szczególnie, bowiem parodiowane przez Nabokova manipulacje seksualne, które zdaniem W.W. Rowe’a autor „Lolity” miał misternie poukrywać w swych tekstach, nie wiedząc o tym (zapewne z powodu nienadążania za własnym geniuszem), są nie do przecenienia.

Niesprawiedliwe byłoby jednakże ukazanie Nabokowskiego stosunku do literatury wyłącznie w wydaniu gorzkiego krytyka, bowiem ze strony autora „Splendoru” na kartach „Strong Opinions” nie brakuje licznych wyrazów uznania. Listę niezmiennie otwiera „Ulisses” Joyce’a, pojawiają się też „Anna Karenina” i ,,Śmierć Iwana Iljicza” Tołstoja, „Petersburg” Biełego oraz niektóre utwory Kafki – a to zaledwie drobna garstka z Nabokowskiej listy dzieł cenionych. Kto jednakże oczekuje rozwlekłych, quasi-eseistycznych monologów, podczas których pisarz rozwijałby z akademickim zacięciem teoretyczną stronę literackich arcydzieł, podnosił problem relacji języka i epistemologii bądź omawiał stosowaną przez siebie technikę narracji w światach przedstawionych, ten się zawiedzie. Co nie oznacza, że nie znajdziemy we „Własnym zdaniem” licznych ukłonów Nabokova w stronę co wnikliwszych czytelników (szczególnie „Bladego ognia”).

A skoro wywiad dotyczy pisarza, któremu kolejne przewroty polityczne skrupulatnie usuwały bezpieczny grunt pod nogami (mowa oczywiście o czerwonej rewolucji 1917 roku i nazistowskim marszu po władze absolutną), nie mogło zabraknąć pytań dotykających kwestii politycznych, związanych siłą rzeczy z historią emigracji, stosunku Nabokova do tzw. odwilży w ZSRR, roli Lenina i rewolucji bolszewickiej, wytyczającej rodzinie Nabokovów bezpowrotną drogę na zachód. Tyle w gestii pytań, których wnikliwość wyznaczają w przeważającej mierze dziennikarze i badacze wyczuleni na meandry prozy Nabokova. A sam Nabokov?

Kolaż ironii i powagi, poprzeplatany inteligentnym niedookreśleniem i finezją, które – by sparafrazować pisarza doceniającego rolę inteligentnego dowcipów – najlepiej chronią przez sztabem pączkujących krytyków, pragnących kosztem subtelnej gry literackiej przehandlować w sztuce idee ogólne. Rozbawienie podczas lektury „Własnym zdaniem” zawdzięczamy chwilom rozprzężenia, kiełkującym w szczelinach oddzielających szczegółowe roztrząsania roli sylab w przekładzie „Eugeniusza Oniegina” Puszkina lub polemiki z koncepcją czasu Van Veena. Owe przynoszące oddech interwały to rozbrajające, wręcz lapidarne odpowiedzi noblisty, demontujące jednym zdaniem banał wyzierający spod podszewki niektórych pytań. Jak chociażby to, w którym jeden z redaktorów po zwięzłej replice udzielonej przez Nabokova odnośnie stosunku do relacji autor-rzeczywistość-czytelnik zadaje pytanie: „Z czym szczególnie zmaga się Nabokov?”, co autor „Maszeńki” kwituje stwierdzeniem: „Och, z tym, co zwykle mam przed sobą” (s. 196). Zresztą ostatnie wywiady są pod względem naprzemiennej gry ironii i powagi ziemią szczególnie urodzajną.

Całość

Ów przemyślany i skondensowany tok wypowiadania się Nabokova spowodowany nieumiejętnością dostosowania mowy do pełnej artykulacji myśli, do czego zresztą już w pierwszym zdaniu przedmowy autor otwarcie się przyznaje, stwierdzając: „Myślę jak geniusz, piszę jak najlepszy stylista, ale mówię jak dziecko” (s. 9), nie czyni wbrew pozorom z redagowanych odpowiedzi pisarza monotonnej gry jednego aktora. Przysłuchując się pulsowi wymiany myśli, czytelnik z łatwością wyczuje, że to Nabokov, a nie przeprowadzający wywiad kontroluje melodię rozmowy, a łechczący ego przywilej mówienia o sobie przez cały czas pozostaje na delikatnie napiętej smyczy autora „Lolity”.

Z tak utkanej mozaiki postać Nabokova wyłania się jako punkt przecięcia ekstatycznego napięcia twórczego i wyrachowanego podejścia do warsztatu pisarskiego. Z jednej strony pewnego siebie, zahaczającego o snobizm artysty, bezwzględnego wobec swoich bohaterów i nierzetelnych przekładów. Z drugiej zaś – człowieka łagodnego i dobrotliwego w odcieniach zwykłości dnia codziennego, podziwiającego z dziecinną fascynacją i metafizycznym drżeniem realizację programu Apollo i pierwszy spacer człowieka po Księżycu. Osoby brzydzącej się banalnością zła i dyktaturą oraz zagorzałego przeciwnika puszczania muzyki w publicznych lokalach i kłującego w uszy ryku motocykli. Zwolennika rzemieślniczej pracy translatorskiej i czytelnika z detektywistycznym zacięciem, niewyobrażającego sobie sumiennej lektury „Ulissesa” bez odmalowania szczegółowej topografii Dublina i tras Leopolda Blooma. Znawcę łuskoskrzydłych z sumiennością zdającego drobiazgowo- feeryczny opis kolorytu plamek samicy Lycaeides sublivens, miłośnika przepastnych amerykańskich bibliotek uniwersyteckich, ale także amatora banalnych uciech w postaci puszki zimnego piwa. Zdecydowanego przeciwnika pisarstwa kierowanego dyktatem kazuistyki moralnej (bo tworzy ono dogodne podglebie dla rozpasania – jak sam podkreśla – miernoty), wiernego apologety szczegółu, czułości i talentu. „Własnym zdaniem” jest wdzięcznym auto-przewodnikiem po jednej z bardziej znaczących literackich osobowości XX wieku i może stać się znamienitym przyczynkiem do zmierzenia się z twórczością pisarza.

LITERATURA:

Hägglund M.: „Dying for Time. Proust, Woolf, Nabokov”. London 2012.

Engelking L.: „Vladimir Nabokov”. Warszawa 1989.

Engelking L.:Chwyt metafizyczny. Vladimir Nabokov – estetyka z sankcją wyższej rzeczywistości”. Łódź 2011.

Ginter A.: „Vladimir Nabokov i jego synestezyjny świat”. Łódź 2016.

Nabokov V.: „Nikołaj Gogol”. Przeł. L. Engelking. Warszawa 2012.

Nabokov V.: „Pamięci, przemów. Autobiografia raz jeszcze”. Przeł. A. Kołyszko. Warszawa 2004.

Pitzer A.: „Ukryta prawda Vladimira Nabokova”. Przeł. W. Górnaś. Warszawa 2015.
Vladimir Nabokov: „Własnym zdaniem”. Przeł. Michał Szczubiałka. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2016.