Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (303-304) / 2016

Magdalena Kempna-Pieniążek,

ERA NARCYZA (NEON DEMON)

A A A
Już od kilku lat Nicolas Winding Refn realizuje filmy, w których kluczowe postaci wydają się nie tyle ludźmi, co ucieleśnieniami dawnych mitów. Tak było z Jednookim z „Valhalli: Mrocznego wojownika”, nasuwającym skojarzenia z Odynem, a także z Changiem, Aniołem Zemsty z rozgrywającego się w Bangkoku „Tylko Bóg wybacza”. Najnowszy film reżysera, „Neon Demon”, oscyluje wokół mitu Narcyza, sytuując w centrum fabuły (co u Refna jest rzadkością) postać kobiecą.

Chociaż fabularny punkt wyjścia stanowi zdarta klisza: realizacja amerykańskiego snu, to finał (o którym w recenzji wypada milczeć) jest już mroczną trawestacją pogańskiego rytuału. Warto od razu dodać: trawestacja ta wydaje się w pewien sposób dla Refna typowa, wyposażona w sztafaż psychoanalitycznych odniesień, bogata w wyestetyzowaną przemoc, przełamująca tabu, rozgrywająca się w charakterystycznej dla reżysera infernalnej scenerii malowanej światłem (zwłaszcza głęboką czerwienią, intensywną zielenią i chłodnymi błękitami), a w jeszcze większym stopniu cieniem.

Bohaterką tego spektaklu z pogranicza wideoklipu, horroru o czarownicach i pokazu mody jest szesnastoletnia Jesse (Elle Fanning), którą poznajemy tuż po tym, jak z rodzinnej mieściny gdzieś w Georgii przeniosła się do Los Angeles, by rozpocząć karierę w modelingu. Kiedy w toalecie dziewczyna mozolnie zmywa z siebie sztuczną krew będącą elementem charakteryzacji, w jakiej pozowała do sesji zdjęć, zaczepia ją wizażystka Ruby (Jena Malone), która wkrótce potem zapoznaje ją ze swoimi koleżankami modelkami. Mimo iż Jesse sama mówi o sobie, że – poza urodą – nie posiada żadnego talentu, jej kariera w Mieście Aniołów nabiera zaskakującego rozpędu: oto dziewczyna z prowincji, bez wykształcenia i doświadczenia, pomieszkująca w obskurnym motelu w Pasadenie, nie tylko podpisuje kontrakt z agencją modelingu, lecz także przykuwa uwagę czołowych fotografów i projektantów mody. Jej spektakularny sukces budzi, rzecz jasna, zazdrość proporcjonalną do fascynacji, z jaką spotyka się jej naturalne piękno, co wkrótce uwikła ją w dramatyczne wydarzenia.

Przywołanie sztampowej historii w najmniejszym stopniu nie oddaje tego, jaki (ani nawet o czym) jest film Refna. Narracja snuta przez reżysera została skonstruowana w kluczu przewrotnie hollywoodzkim, a zarazem apsychologicznym. Ludźmi z krwi i kości bohaterowie Refna po raz ostatni byli chyba w „Fear X”; od tego czasu twórca serwuje nam spotkania z personami, które wydają się bardziej (arche)typami niż rzeczywistymi osobami. Tak też dzieje się w „Neon Demon”, gdzie sympatyczny młody fotograf Dean (Karl Glusman), zabiegający o względy Jesse, pełni rolę nazbyt prędko odprawionego anioła stróża, a wściekle zazdrosne i przerażone własną przemijalnością modelki przypominają uwspółcześnioną wersję czarownic. Również protagonistka wydaje się istotą tylko na poły realną, najpierw dlatego, że zostaje wtłoczona w schemat Kopciuszka, a potem z powodu swojego akcesu w przestrzeń oniryczno-mityczną, gdzie funkcjonuje jako złowieszczy wariant nowoczesnego Narcyza. Nie ma co uskarżać się na luki w psychologicznej konstrukcji postaci, ponieważ najwyraźniej zostały one zaprojektowane bardziej jako widowiska niż istoty obdarzone duszami.

Nic dziwnego, przecież Refn jest rasowym postmodernistą. Na wielkiej mapie filmowego postmodernizmu należałoby go ulokować gdzieś pomiędzy Quentinem Tarantino (z którym dzieli kinofilskie pasje), Davidem Lynchem (do którego estetyki wprost nawiązuje) i Larsem von Trierem (z jego skłonnością do groteski i nierealistycznej konstrukcji postaci). Filmy Refna w pełnym zakresie realizują ideę logiki simulacrum – wszystko zdaje się w nich rozgrywać na powierzchni, precyzyjnie zaaranżowanej, perfekcyjnie designerskiej, nieodsyłającej do tak zwanej „prawdziwej rzeczywistości”, bo przecież w jej istnienie już nie wierzymy. Doskonale sfotografowany przez Natashę Braier „Neon Demon” jest być może jednym z najbardziej wyrazistych przykładów tej estetyki, o czym świadczyć mogą kadry wystylizowane na zdjęcia z drogich czasopism, nadmiernie eksploatowany chwyt slow motion, wideoklipowa konstrukcja sekwencji (zmontowanych pod świetnie brzmiącą elektroniczną muzykę Cliffa Martineza), kiczowate panoramy Los Angeles z zawieszonym nad nim księżycem oraz geometryczne, abstrakcyjne aranżacje scen wizji i snów. Wszystko to sprawia, że – oglądając Elle Fanning w idealnie skrojonych strojach i ekspresyjnym makijażu – siłą rzeczy zastanawiamy się: znaczy czy nie znaczy? Czy sensy dzieła wyczerpują się na powierzchni, czy też pod ową powierzchnią coś tkwi?

W przypadku „Neon Demon” dylemat ten jest o tyle trudny do rozstrzygnięcia, że Refn opowiada w nim o świecie modelingu, powszechnie kojarzonym z tym, co powierzchowne, wyprane z głębi, związane z ulotną tożsamością. Zastosowana przez reżysera strategia estetyczna, polegająca na ukazaniu owej rzeczywistości za pomocą środków filmowych kojarzących się z pustym designem, kusi trywialnymi interpretacjami z rodzaju tych, które pojawiają się w dyskusji Deana z projektantem mody (Alessandro Nivola), nachalnie wręcz wybrzmiewającej krytyką kultury skupionej na powierzchni, deprecjonującej wszelką głębię.

Ciekawsze wnioski oferuje spojrzenie na „Neon Demon” jak na rekonfigurację mitycznej opowieści. O tym, że Jesse jest uwspółcześnioną wersją Narcyza, informują nas liczne sygnały: dziesiątki zwierciadeł, w których bohaterka ogląda się lub jest oglądana, fascynacja, jaką (bez wzajemności) jej uroda budzi w innych bohaterach (czasem równoznaczna z pożądaniem, czasem bliska delikatnej miłości, niekiedy związana z platońską ideą piękna – Jesse wszystkie te relacje odrzuca), wreszcie motyw całowania własnego wizerunku; nawet jej krew zdaje się mieć niezwykłe właściwości, podobnie jak krew Narcyza, która w wybranych wersjach mitu, wsiąkając w ziemię, dawała początek istnieniu kwiatów nazwanych jego imieniem. Protagonistka Refna jest jednak Narcyzem szczególnym z dwóch względów: po pierwsze, dlatego że jej miłość do siebie idzie w parze z uzależnieniem od światła; po drugie zaś dlatego, że jest zanurzona w kulturze, która z wyścigu za idealnym wizerunkiem uczyniła jeden ze swoich priorytetów.

Oba te wątki sprawiają, że „Neon Demon” to bodaj najbardziej autotematyczny spośród dotychczasowych filmów Refna, nieprzypadkowo zresztą mocno akcentujący motyw otwartego oka. Już w pierwszej sekwencji pojawia się studio fotograficzne, w którym Dean niczym łowca celuje w Jesse obiektywem swojego aparatu. Dziewczyna jest tu upozowana na ofiarę brutalnej zbrodni, co pracuje na przewijający się w filmie baśniowy wątek piękności tak wielkiej, że aż niebezpiecznej. Funkcjonujemy w kulturze oglądania i podglądania – nieustannie przypomina widzom Refn, który jednak na tym prostym stwierdzeniu się nie zatrzymuje. W jednej ze scen Jesse opowiada Deanowi o tym, jak to – będąc dziewczynką – zakradała się na dach rodzinnego domu i wyobrażała sobie, że Księżyc jest gigantycznym okiem: „Widzisz mnie? Patrzysz na mnie?” – prowokowała satelitę, nieświadomie wystawiając się na jego światło, któremu w wielu mitach przypisywano magiczne możliwości. Wbrew swojej niewinności i łagodności, Jesse nie jest ofiarą kultury voyeuryzmu i kanibalizmu oka. Wręcz przeciwnie: ona chce być oglądana.

Znamienna wydaje się scena rozgrywająca się w profesjonalnym atelier fotografa mody Jacka (Desmond Harrington), który ustawia dziewczynę w środku white cube, po czym każe jej się rozebrać. Jesse niechętnie spełnia jego prośbę, kiedy jednak ostre światło gaśnie i zostaje zastąpione przez punktowe oświetlenie wydobywające jej sylwetkę z mroku, a Jack pokrywa jej ciało złotą farbą, wstyd znika, a dziewczyna pogrąża się w ekstazie. Jesse bowiem źle czuje się w pełnym blasku; jej żywiołem jest światło sztuczne lub odbite – nie oślepiające promienie słońca, lecz odbity blask księżyca, nie prawdziwe światło dnia, lecz błyski fleszy, reflektory i neony, które – uformowane w trójkąty – zdają się drwić z symbolicznego wyobrażenia idei Boga.

Drugi z wątków wplecionych w Refnowską reinterpretację mitu dotyczy statusu kultury powierzchni. Wydawałoby się, że jest ona skrajnie narcystyczna, tworząca indywidua całkowicie skupione na sobie. „Neon Demon” pokazuje, że – przynajmniej w aspektach dotyczących wyglądu – bliżej owej kulturze do mitu Galatei niż Narcyza. „Nikt nie jest zadowolony z tego, jak wygląda” – mówi Jesse jedna z koleżanek. „Ja jestem” – odpowiada dziewczyna, nie zdając sobie sprawy, że takie sformułowanie zakrawa na zbrodnię w środowisku zagłodzonych modelek poddawanych niekończącym się korektom wyglądu. W świecie ukazanym w filmie pobrzmiewa jedna z bolączek nowoczesności: dążenie do piękna tak idealnego, że uchodziłoby za naturalne, mimo iż uzyskane zostało za sprawą metod zgoła nienaturalnych. Problem w tym, że współcześni Pigmalionowie, tacy jak fotograf Jack, są już zmęczeni nieustannym fabrykowaniem piękna. Naturalny urok Jesse zdaje się oddziaływać na nich tym mocniej, im bardziej bezpretensjonalnie dziewczyna manifestuje swoją świeżość i niewinność. Bohaterka staje się dla nich wcieleniem bezosobowego dotąd ideału, mitu o nieskażonym pięknie, który nagle manifestuje się w ich sztucznych rajach. Być może dlatego Jesse tak bardzo napawa się nienaturalnym światłem reflektorów, że podświadomie wie, iż to właśnie w jego blasku jej naturalne piękno wyróżnia się najbardziej.

Justin Vicari, uważający Refna za współczesnego mitotwórcę, zwraca uwagę na często stosowaną przez reżysera strategię, polegającą na naruszaniu pewnych rodzajów tabu w celu ożywienia innego tabu, które w jakiś sposób straciło swoją moc (Vicari 2014: 213). Z metodą tą badacz wiąże przede wszystkim obecne w filmach reżysera akty brutalnej przemocy, która jednak nigdy nie ma wymiaru wyłącznie sensacyjnego; wszak – w iście buñuelowskim duchu – Refn zakłada, że sama sztuka także jest aktem przemocy (Vicari 2014: 21). Naruszanie tabu jest obecne również w „Neon Demon”, serwującym widzom m.in. nekrofilską scenę lesbijskiego autoerotyzmu oraz wątki niejednoznacznie odsyłające do kwestii (sakro?)kanibalizmu. Podobnie zatem jak „Tylko Bóg wybacza” czy „Valhalla: Mroczny wojownik”, „Neon Demon” nie jest filmem dla każdego: równie łatwo bowiem można wpaść pod jego wpływem w hipnotyczną fascynację, co odczuć głęboką odrazę wobec prezentowanych w nim wątków. Osobiście byłabym skłonna pójść tropem tez Vicariego i dopatrzeć się w najbardziej szokujących motywach „Neon Demon” strategii przełamywania tabu, które ma obudzić wspomnienie o innych rodzajach kulturowych przekroczeń, będących dziś na porządku dziennym. Wydaje się bowiem, że to właśnie te fragmenty są najbardziej brzemienne w znaczenia związane np. z obecnym w dzisiejszej kulturze, a przecież rzadko wprost wyrażanym, wstrętem do ciała (jego niedoskonałości, starzenia się, samej fizjologii).

Narcyz ożywiony przez Refna jest wyjątkowo mroczny. Z historii o smętnym młodzieńcu usychającym z miłości do własnego odbicia wyrosła opowieść o dziewczynie świadomej tego, że stała się nieosiągalnym odbiciem ideału, którym współczesna kultura symulakrów żywi się, ale który równocześnie w swojej fascynacji pragnie unicestwić. Największą zbrodnią Jesse wydaje się bowiem to, że jej piękno jest prawdziwe, nie zaś wykreowane, a kultura w całości oparta na tworzeniu pozorów i designie nie może pozwolić na istnienie fenomenu rozbijającego w drobny mak wszystkie jej iluzje.

Jeszcze niedawno media donosiły, że Refn chciałby nakręcić ekranizację przygód Wonder Woman. Seans „Neon Demon” może obudzić pragnienie zobaczenia takiej realizacji. W końcu Wonder Woman to popkulturowa wariacja na temat Artemidy, a reżyser „Drive” pokazuje, że z mitów, które wydawały się martwą kartą z podręcznika klasyków, potrafi wydobyć wciąż aktualne i bardzo niepokojące treści.

LITERATURA:

Vicari J.: „Nicolas Winding Refn and the Violance of Art. A Critical Study of the Films”. Jefferson 2014.
„Neon Demon”. Reżyseria: Nicolas Winding Refn. Scenariusz: Mary Laws, Polly Stenham, Nicolas Winding Refn. Obsada: Elle Fanning, Karl Glusman, Jena Malone, Bella Heathcote, Abbey Lee, Keanu Reeves i in. Zdjęcia: Natasha Braier. Produkcja: Dania, Francja, USA 2016, 110 min.