Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (303-304) / 2016

Karolina Kostyra,

NIERÓWNA PLAYLISTA (SING STREET)

A A A
John Carney musi być miłym gościem. Twórczość reżysera świadczy o tym, że przede wszystkim zależy mu na dobrym samopoczuciu widza. Jeśli miałeś ciężki dzień, nie przejmuj się, John Carney cię pocieszy – puści relaksujący utwór z gitarą akustyczną, utuli ciepłem krzepiącej historii. Nie jest przy tym nachalny, bo dobroduszność rekompensuje starannie wypracowaną skromnością i prostotą. Niełatwo być miłym, bezpretensjonalnym i takim „normalnym”, kiedy odniesie się już spory sukces. John Carney stara się jednak jak może.

Doskonale przyjęty przez krytykę i publiczność niskobudżetowy musical folkowy „Once” był dla irlandzkiego reżysera przepustką na czerwony dywan. Od tego czasu twórca nakręcił trzy filmy: „Zonad” (2009), „Zacznijmy od nowa” (2012) i „Sing Street” (2016). Pierwszy przeszedł praktycznie bez echa, drugi zgarnął nominację do Oscara za najlepszą piosenkę oraz garść pozytywnych recenzji, dalekich jednak od entuzjazmu towarzyszącego „Once”. Wśród komentatorów „Zacznijmy od nowa” dało się wyczuć zaniepokojenie, czy aby czasem współpraca ze zgniłym Hollywood nie wpłynęła ujemnie na niezależnego twórcę zza oceanu (sam reżyser w samoobronie oskarży zresztą później Keirę Knightley o to, że zepsuła mu film swoją gwiazdorską sztucznością). Teraz w każdym razie jest szansa, żeby się odkuć. W najnowszym „Sing Street” Carney wraca do początków.

Może to brak inwencji i odcinanie kuponów, a może argument na rzecz prawdziwej autorskości – faktem jest, że u Carneya historia jest zawsze ta sama. Zarys fabularny jego najważniejszych filmów wygląda mniej więcej tak: kobieta i mężczyzna stojący na życiowym zakręcie poznają się przypadkiem w mieście, połączeni wspólną pasją do muzyki. Oboje są trochę niedopasowani do świata, wrażliwi, inteligentni, kreatywni. Z niezobowiązującej znajomości rodzi się muzyka, a później wzajemna miłość. „Miłość” to jednak za dużo powiedziane – uczucie oscyluje pomiędzy romantycznym zauroczeniem, przyjaźnią i chemią płynącą ze wspólnego grania. Nawet jeśli pod koniec nie będą razem, to nie szkodzi, mają przecież swoją muzykę, swoje miasto (Dublin w „Once”, Nowy Jork w „Zacznijmy od nowa”), a życie koniec końców nie jest wcale złe, kiedy kroczy się przez nie z piosenką. „Sing Street” nie odbiega daleko od tego wzorca.

Dublin, 1985 rok. Piętnastoletni Conor (Ferdia Walsh-Peelo) przechodzi właśnie trudny okres. W domu nieciekawie – rodzice stale się kłócą, w dodatku ze względu na brak pieniędzy zdecydowali, że syn będzie musiał zamienić prywatną szkołę na katolicką państwową placówkę, a tą zarządza sadystyczny ksiądz do pary z przygłupim łysym oprychem. Od Jeana Vigo przez Lindsaya Andersona aż po filmy z Disney Channel – zdegenerowane placówki edukacyjne to filmowy temat samograj. Nic tak dobrze nie uczy krytycznego myślenia, jak kiepska szkoła. Pytanie tylko, jak sobie z tym problemem poradzić.

Strategią oporu stosowaną w „Sing Street” będzie oczywiście muzyka. Nie byle jaka muzyka, bo gatunkiem prowadzącym jest nowa fala. Nieprzypadkowo zresztą akcja osadzona jest w latach osiemdziesiątych, na które przypada okres triumfu melancholijnych syntezatorów. Punk umarł jeszcze w poprzedniej dekadzie, teraz rozmarzone brzmienia spod znaku Spandau Ballet, The Cure czy The Human League wyrastają na bunt o naturze eskapistycznej, bunt odpowiedni dla nowych romantyków. John Carney niby wie, o co w tym wszystkim chodzi. Jest w filmie kilka scen, w których daje się wyczuć szczerość muzycznego doznania. Ot, chociażby taka jedna na wstępie. Conor siedzi z rodziną w salonie. Sfrustrowani rodzice podliczają wydatki, chłopak ogląda razem ze starszym bratem program muzyczny. Zimno jak diabli, bo rachunki nieopłacone. A w telewizji leci teledysk do „Rio” Duran Duran: jacht, plaża, opalone dziewczyny, pastelowe garnitury. U szczytu popularności Duranów mówiło się, że sytuacja muzyczna ma się tak, „jakby punka nigdy nie było” (Reynolds 2015: 451). Starszy brat, który pełni w filmie rolę duchowego przewodnika i czegoś na wzór przypisów objaśniających dla mniej zorientowanych muzycznie widzów, tłumaczy, czym jest sztuka wideoklipu i dlaczego Duran Duran są wyśmienitym zespołem. Conor ogląda teledysk z półuśmiechem, później rozpoczyna się nowa scena, nowy dzień w beznadziejnej szkole, a „Rio” przez chwilę jeszcze rozbrzmiewa w tle. Życie nie jest wcale złe, kiedy jest Duran Duran.

Conor zakłada swój zespół („żadnej nostalgii, tylko nowe brzmienia”) trochę po to, żeby zaimponować dziewczynie, trochę z potrzeby przezwyciężenia szkolnej szarzyzny. Wątek kompletowania zespołu i całej jego późniejszej działalności przypomina kultowy irlandzki „The Commitments” (reż. A. Parker, 1991) dając widzowi przyjemność porównywalną z oglądaniem cudacznych castingów z talent shows. Widać, że Carney działa tutaj na sprawdzonym przez siebie terenie. Wydobywa z punkowej etyki DIY cały jej komiczny, a także ujmująco ludzki potencjał. Przezabawnie wypada scena pierwszej próby czy źle skadrowanego teledysku. Rozbrajające są zresztą już same aparycje członków zespołu. Jeden w wielkich okularach, dwóch jakby jeszcze przed mutacją, jeden czarnoskóry („czarny będzie wyglądał cool w kapeli”) i Conor z weselnym żabotem. Trudno też nie kibicować dzieciakom, które kryją się w królikarni, żeby przemyśleć strategię muzyczną, a przy okazji zapalić ukradkiem papierosa, kiedy mama nie patrzy. Czuje się wtedy autentyczną radość, jaką może dawać posiadanie „własnego zespołu”, kiedy jest się nastolatkiem. Nie chodzi zresztą tylko o muzykę, ale i całą resztę – tapirowanie włosów na Roberta Smitha, chodzenie pod krawatem w stylu The Human League – wszystko, co pozwala jakoś przetrwać w okropnej szkole. Tym bardziej żal, że do „Sing Street” wkradają się również fałszywe nuty, a im dalej, tym częściej wybrzmiewają.

Carney obiecywał na wstępie historię o muzycznym dojrzewaniu, o kapeli, która pomaga poradzić sobie z byle jakim życiem, dla której pierwsza miłość jest tylko dodatkiem. Pod koniec zostaje nam tylko to ostatnie. Nie żeby wyszło to jakoś bardzo źle. Rozwój uczucia ukazany jest lekko i wiarygodnie, zaś postać kobieca jest nie tylko, jak to często bywa w przypadku filmów coming of age, smętną muzą, lecz rozbudowaną psychologicznie bohaterką. Cóż, podobno naturalna kolej rzeczy jest taka, że instrumentaliści w zespole schodzą na dalszy plan, a w blasku reflektorów zostaje tylko frontman. O ile można jeszcze machnąć ręką na takie rozwiązanie fabularne, o tyle bezmyślne wydaje się to, co pod koniec wyprawia się z muzyką. W pewnym momencie melancholijne kawałki nowofalowego zespołu zastępuje miałki pop punk i ballada, która nadałaby się może do ekranizacji powieści Nicolasa Sparksa. Nie chodzi o muzyczny puryzm, ale o elementarne wyczucie tego, na co pozwala historia o chłopaku, który lubi Depeche Mode. Na pewno nie na finałowy koncert wygrany pod „Glee”. Reżyser stara się bronić w scenariuszu swoich dyskusyjnych wyborów – w końcu jednym z głównych motywów „Sing Street” jest zderzenie szaroburych realiów z kolorowym światem muzycznych marzeń. Tylko czy ktoś, kto zachwycił się „The Head on the Door” The Cure, naprawdę chce śpiewać jak Adam Levine?

Wygląda to tak, jakby Carney ciągle nie był zdecydowany, jaki film chce robić. Ciągnie go do kameralnego indie, kusi go kolorowy musical, chciałby mieć w swoim filmie wielką gwiazdę, ale potem obgaduje Keirę Knightley w wywiadach. Ostatecznie dostajemy playlistę, w której chciałoby się pominąć zbyt wiele utworów. Może się czepiam. W końcu „Sing Street” to generalnie udany film, a z Johna Carneya przecież taki miły gość. Szkoda tylko, że jest z tych, co „słuchają wszystkiego”.

LITERATURA:

Reynolds S: „Podrzyj, wyrzuć, zacznij jeszcze raz. Postpunk 1978-1984”. Przeł. J. Bożek. Warszawa 2015.

„Sing Street”. Scenariusz i reżyseria: John Carney. Obsada: Ferdia Walsh-Peelo, Jack Reynor, Lucy Boynton i in. Zdjęcia: Yaron Orbach. Produkcja: Irlandia, USA, Wielka Brytania 2016, 106 min.