Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (303-304) / 2016

Luiza Stachura,

KOBIETA Z OGNIA (YAA GYASI: 'DROGA DO DOMU')

A A A

Przeszłość to nie blizny, oznaki minionego cierpienia, ale bolesna, nieustannie krwawiąca rana. Wspomnienia, które nie dość dokładnie spalono w rytualnym obrzędzie szamańskim, nie zagłuszono podczas nawrócenia albo nie wybito batem, nawiedzają w snach nadwrażliwych na rzeczywistość potomków. Ich wizje niekoniecznie są prorocze czy demoniczne – to po prostu odłamki wrażeń, uczuć, emocji skrzywdzonych ludzi dryfujące po czasoprzestrzeni, szukające bezpiecznego miejsca, w którym jest zrozumienie i które można nazwać domem, gdyż „umierają tylko ciała. A dusze się błąkają”. Nie należy uciekać przed nimi z krzykiem, lecz uważnie wsłuchać się w delikatny głos przeszłości – przypominający i ostrzegający przed złem. Bo „zło rodzi zło. Ono rośnie. Ono się przeobraża, więc czasem nie zdajemy sobie sprawy, że zło świata zaczęło się od zła w naszym własnym domu.”

Yaa Gyasi w debiutanckiej, wydanej w tym roku, powieści „Droga do domu” zabiera czytelnika w podróż w głąb piekła – rozgrzanych słońcem, spływających krwią wieków walki z niewolnictwem w Afryce, Wielkiej Brytanii oraz Stanach Zjednoczonych, nierównością i niesprawiedliwością społeczną, marginalizowaniem Innego, ostracyzmem wynikającymi przede wszystkim z odmiennego koloru skóry, z bariery językowej i intelektualnej. Historia, którą opowiada Gyasi, ma początek w drugiej połowie XVIII wieku, gdy Brytyjczycy zaczęli odważniejsze próby podporządkowania sobie dominującej na terenach dzisiejszej Ghany grupy etnicznej Asante (Aszanti). W ogniu, podczas pożogi, urodziła się wtedy Effia. Ogniem – jako swego rodzaju stygmatem – naznaczyła ją matka Maame. Być może dlatego przekazała jej czarny kamień – swoistą pieczęć otwierającą drogę do metaforycznej wody, wybawienia od pożaru duszy. Effia została podstępnie sprzedana zakochanemu w niej kolonizatorowi i tym samym nieświadomie skazała własnych potomków na los handlarzy ludźmi – zagubionych, bezskutecznie poszukujących szczęścia i spokoju wśród duchów sprzedanych pobratymców. Drugą swoją córkę, Esi, Maame również napiętnowała ogniem. Los jednak chciał, by Esi naznaczyła swoją linię niewolnictwem i walką o godność oraz wyzwolenie, o uniknięcie reifikacji.

Kolejni potomkowie Effii to jednostki o kruchej psychice, niestabilne, niespokojne, poszukujące własnego miejsca. Dobrze wykształcony, ale nieumiejący odnaleźć się w dżungli afrykańskiej, mający skłonności homoseksualne Quey poddaje się biernie woli swojego wuja żądnego władzy i dominacji. Syna Queya, James Richard Collins, pragnie – jakby na przekór imieniu – życia skromnego, uczciwego, z daleka od handlu ludźmi (z jednej strony brzydzi się i wstydzi, ale z drugiej – korzysta z niewolnictwa). Jednak ukrywając przeszłość i grzech rodziny, James sprowadza przekleństwo na swoją córkę Abenę. Zachłanna miłości i akceptacji Abena po wielu latach rodzi córkę Akuę, ale obarcza ją snem o pramatce, Ognistej Kobiecie. Mroczne wizje, coraz gwałtowniejsze wchodzenie w swoisty trans, niszczą piękne życie młodej kobiety. Dopiero Marjorie, córka okaleczonego syna Akui, Yawa, zazna smaku wyzwolenia. A po drugiej stronie lustra, równolegle, jako osobliwe sobowtóry potomków Effii, w Stanach Zjednoczonych niewolniczą klątwę Esi (która zgubiła czarny kamień od matki, a tym samym straciła drogę do domu) wypełniają: jej córka Ness, dramatycznie walcząca o godność i honor; syn Ness, Kojo, próbujący ułożyć sobie życie w społeczeństwie, które nie potrafi jeszcze zaakceptować czarnoskórych mieszkańców; najmłodsze dziecko Kojo – H – toczący cichą walkę o prawa człowieka i jego córka Willie pragnąca śpiewem podbić sceny Harlemu, ale odrzucona ze względu na kolor skóry; syn Willie Carson uciekający przed rzeczywistością i przeszłością poprzez przybranie imienia Sonny, a później narkotyczne dryfowanie. I wreszcie elokwentny, wykształcony syn Sonny’ego Marcus – dzięki posłanniczce duchów odnajduje dom i może ugasić pożogę w swoim sercu i tym samym w sercu Esi. Dwie równoległe minisagi, dzieje dwóch gałęzi jednej rodziny, zapoczątkowane i rozdzielone w ogniu, w finale łączą się w wodach Cape Coast. Obmycie w wodzie będzie swoistym rytualnym zmazaniem win i przebaczeniem, jednocześnie zaś stworzeniem nowego miejsca, miejsca dla nich, dzieci przyszłości, bo jak powie w przypływie trzeźwości Amani, żona Carsona (Sonny’ego): „Nie możemy wrócić do miejsca, w którym nigdy nie byliśmy. Ono już nie jest nasze.”

Jak w przypadku wielu debiutujących pisarzy, próbujących podjąć co najmniej kilka fundamentalnych problemów, Gyasi wybiera drogę literatury popularnej, nastawionej na emocjonalną sferę, wrażliwość odbiorcy. Ogrom i komplikacja tematów poruszanych przez autorkę powoduje zawrót głowy – autorka jedynie sygnalizuje rozmaite kwestie, niewiele z nich niestety rozwija. Dlatego „Droga do domu” jest dobrym pretekstem, wstępem do rozważań nad moralnością jednostki uwikłanej w historię, społeczność, kulturę, język, obyczaje, religię, politykę. Zastanawiające, na ile bohaterowie powieści podążają za swoim przeznaczeniem, na ile zostali napiętnowani grzechami przodków, jak bardzo przypominają marionetki w rękach Lalkarza-Konieczności, swego rodzaju Ananke, a na ile nieliczni z nich mogą korzystać z wolnej woli, dokonywać świadomych wyborów. Effia powiedziała kiedyś wnukowi, Jamesowi: „Jesteśmy słabi i bezsilni, rozpaczliwie pragniemy się czegoś nauczyć i zostać nową osobą. (…) Ale co mamy zrobić, jeśli nie podoba nam się ta osoba, którą zostaliśmy? Siedzieć bezczynnie? (…) Zawsze można znaleźć nową drogę”. Wśród potomków Effii i Esi dominuje jednak bierność, która wynika nie z wygody, lecz ze strachu przed gorszym cierpieniem, obawy przed większym bólem (niekoniecznie fizycznym), przed odrzuceniem przez mikrospołeczność. Jakby na przekór stwierdzeniu, że jesteśmy „produktami swoich czasów”, najwaleczniejsza w obronie własnej godności, chociaż żyjąca w najtrudniejszym momencie, gdy niewolnictwo w Stanach Zjednoczonych rozkwitało, okaże się Ness.

Bezimienni sprawiają wrażenie duchów błąkających się po przestrzeni, nierealnych, niedookreślonych postaci. Imię jest jedyną własnością, jednym z pierwszych dowodów na istnienie człowieka, niezaprzeczalną wartością wyróżniającą, identyfikującą, czasami piętnującą, ale zawsze w pewien sposób kształtującą część tożsamości, bo przypominającą o rodzinie. To jak metka wszyta w lalkę – znamię, świadectwo, potwierdzenie. Bo imię wiele mówi tyleż o jego właścicielu, ile o osobie, która imię nadała. Jedna z epizodycznych bohaterek-statystek w teatrze cieni Yaa Gyasi powie, że jej imię to jedyne wspomnienie po matce, jedyna własność, której nie zabrały jej czasy niewolnictwa, gdy została sprzedana na plantację trzciny cukrowej. I pewnie dlatego postacie „Drogi do domu” zawsze mają jakieś imię i/albo przydomek (ot, chociażby będzie Piękna Esi, później Ponura Esi, a w przypadku Akui – Szalona Kobieta, następnie zaś Stara Dama). Ich anonimowość zostaje przerwana, a istnienie udowodnione w chwili, gdy wypowiedziane zostaje ich imię. Ale w imieniu zapisana jest przeszłość i pragnienia rodziców – marzenia o wolności.

Portret człowieka jako pacynki, lalki dopełnia napięcie między wpływem wspomnień, przeszłości, grzechów przodków na życie ich dzieci oraz rolą konfrontacji szamanizmu z chrześcijaństwem, rolą inwazji i ingerencji białego człowieka (kolonizatora i misjonarza) w struktury poszczególnych plemion. Innymi słowy – jednostka, która usiłowałaby zbudować swoją tożsamość, już na początku obarczona będzie nie tylko wyborami rodziny, mikrospołeczności (w tym nadaniem imienia), ale również decyzjami władców, przywódców, czyli – można śmiało dodać – mężczyzn. Świat kobiet przeciwstawiany jest nieustannie przez autorkę rzeczywistości mężczyzn, bo świat kobiet ciągle bywa infekowany przez wybory mężczyzn. Dualizmów w powieści Gyasi jest zresztą całkiem sporo, począwszy od konstrukcji utworu (paralelne opowieści przeplatają się, na przemian czytelnik poznaje wyimki z życia jednego z przedstawicieli pokolenia Effii i jednego z potomków Esi), poprzez kolejne podziały, między innymi na: złych i dobrych, białych i czarnych, swoich („my”) i obcych (Inny), silnych fizycznie i silnych intelektualnie, stabilnych i tych o kruchej psychice, mocno zanurzonych w codzienności i otwartych na inne wymiary świata, pragnących władzy i poszukujących prostego szczęścia, szamanów i chrześcijan, Asante i Fante, szary Londyn i kolorową wioskę Badu, tradycjonalistów i nowoczesnych czy wreszcie panów i niewolników. Zakończenie jednak, co ciekawe, to symboliczne połączenie świata kobiet (ognistego, symbolizowanego przez Marjorie) i świata mężczyzn (wodnego, symbolizowanego przez Marcusa).

Do trudnych dziejów przedstawicieli plemion Asante i Fante dokłada jeszcze Gyasi nikły motyw historii jako rodzaju narracji (dominująca narracja to narracja władzy – „Wierzymy temu, kto ma władzę. To on pisze historię”), kierując tym samym uwagę odbiorcy na manipulację, zawłaszczanie historii, jej przepisywanie i korygowanie. W kilku miejscach autorka sygnalizuje problem języka jako symbolu statusu społecznego i wykształcenia (szczególnie widoczne będzie to podczas spotkania Yawa i Esther, która uważa, że nauczyciel historii wymagać będzie od niej posługiwania się językiem angielskim) czy jako oznaki przynależności do innego narodu, plemienia, zwłaszcza brytyjski akcent Marjorie – dziewczyny odrzuconej przez szkolne koleżanki, równocześnie jednak nienależącej do brytyjskiego społeczeństwa ze względu na kolor skóry. I to kolejny wywołany przez Gyasi krąg tematów – zakorzenienie, odnalezienie swojego miejsca, bycie pomiędzy dwie kulturami, w zawieszeniu, nigdzie w pełni nieakceptowanym, bycie Innym, obcym.

Jakże łatwo pokusić się o odczytanie feministyczne czy postkolonialne „Drogi do domu”. I zapewne takich interpretacji doczeka się ta książka, bo stanowi doskonały pretekst do mówienia o prawach kobiet w kulturach patriarchalnych, o marginalizowanych społecznościach, niszczonych ludach i narodach, o nietolerancji rasowej, o prawie do wolności i samostanowienia. Zanim jednak czytelnik-interpretator wybierze takie kierunki namysłu nad tekstem Gyasi, warto zwrócić uwagę, że „Droga do domu” to także powieść o dorastaniu, nabieraniu (samo)świadomości, kształtowaniu własnego światopoglądu w oparciu o pamięć. „Droga do domu” jest w zasadzie zapisem wędrówki do praźródła. Znajomość dziedzictwa kulturowego, umiejętność posługiwania się językiem przodków, wiedza o historycznych przemianach stanowią, co jasne, jedne z fundamentów budowanej podczas wczesnej młodości tożsamości. Określenie przynależności etnicznej, odnalezienie własnego miejsca, które nazwie się domem, niemożliwe jest bez świadomości przeszłości, zwłaszcza dziejów najbliższej rodziny. Ogromnym brzemieniem dla dzieci jest wiedza o tym, czy ich przodkowie byli panami, czy niewolnikami. Ale panami i niewolnikami dwojako rozumianymi. Część bohaterów powieści Gyasi wybrała drogę panów „Wielkich Mężczyzn”, dążących do fizycznej dominacji, żaden z nich jednak nie wyrwał się z niewolnictwa siły, skrępowania umysłu i nie osiągnął wyzwolenia jako pan samego siebie, samoświadomy człowiek, który z pokorą uczy się przeszłości i w oparciu o doświadczenia swoje i swoich przodków buduje przyszłość. Taką ścieżką podążać mogą, jak się zdaje, dopiero potomkowie Marjorie i Marcusa.

„Droga do domu” Yaa Gyasi jest całkiem dobrze napisaną sagą, przejmującym obrazem życia Innego na dwóch kontynentach, uniwersalną opowieścią o wiekach upokorzenia, wzgardzenia i odrzucenia oraz drobnych chwilach radości i spokoju. A przede wszystkim powieść Gyasi to świetny pretekst do rozmowy na temat przeszłości własnego narodu i swojej rodziny.


Yaa Gyasi: „Droga do domu”. Przeł. Michał Ronikier. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2016.