Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (303-304) / 2016

Mateusz Demski,

FESTIWAL UZALEŻNIEŃ (16. MFF T-MOBILE NOWE HORYZONTY)

A A A
16. edycja festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty okazała się prawdziwym biletem do raju. Albo inaczej: festiwalem moich wieloletnich uzależnień. Odczuwanie atmosfery panującej w kinie i klubie festiwalowym jest doświadczeniem nieporównywalnym z żadną inną, ciążącą na sumieniu kinofila używką. Dziewięciosalowy multipleks z końcem lipca zamienia się w przestrzeń, w której mieszają się wszelkie możliwe tropy. To tutaj ramię w ramię idą gatunki i sytuujące się poza nimi twory, to tutaj sąsiadują klasyczne ujęcia i wizjonerskie kreacje, to wreszcie tutaj zderzają się retrospektywy mistrzów i debiuty z pięciu sekcji konkursowych. Jedenaście dni upływających pod znakiem niemal 400 wyrazistych filmów, których dociekliwość w próbie pojęcia złożoności współczesnego świata nie pozostawia nikogo obojętnym? Takie cuda tylko we Wrocławiu pod batutą Romana Gutka.

Jako nowohoryzontowy naturszczyk wybrałem jednak wariant zachowawczy, zakreślony po najmniejszej linii oporu, kluczem nie tyle tematycznym, co canneńskim. Może wynika to faktu, że tegoroczny konkurs główny w Cannes od samego początku przywodził mi na myśl rozgrywki w ramach fazy pucharowej Ligii Mistrzów, a być może jest to wariant podparty zupełnie opacznym asekuranctwem. W końcu, mimo iż mowa o weteranach, wielkie nazwiska nie zawsze idą w parze z festiwalem spełnionych oczekiwań i nieznanych dotąd doznań. Tak się składa, że tegoroczny laureat Złotej Palmy, klasyk brytyjskiego kina, Ken Loach, jest kolejnym przykładem lauru przyznanego bez pokrycia. Mój pierwszy wrocławski seans równa się zatem pierwszemu, dotkliwemu rozczarowaniu.

„Ja, Daniel Blake”, jak pisał na łamach „Dwutygodnika” Michał Walkiewicz, „przestaje być filmem dobrym, gdy zaczyna być kiepską publicystyką” (Walkiewicz 2016). Trudno się z tym nie zgodzić, ponieważ tam, gdzie przedstawiciele rumuńskiej nowej fali (z gościem tegorocznej Mistrzowskiej Lekcji Kina, Cristianem Mungiu na czele) pod wpływem prasowych szpuntów wiercą dziurę w brzuchu społeczeństwa, Loach popada w zainscenizowany lament. Budując swojego bohatera – szlachetnego, nieumiejącego odnaleźć się w dobie cyfryzacji stolarza – Brytyjczyk rozpoczyna konsekwentną polemikę z maksymą „siła złego na jednego”. W tej nierównej konfrontacji autor „Wiatru buszującego w jęczmieniu” konsekwentnie trzyma stronę ofiar systemu, nie tylko pozbawionych prawa do zasiłku i bezrobotnych, ale również tych zwyczajnie głodnych. Choć brzmi to jak istotny głos podjęty w sprawie nieludzkiej biurokracji, w tej jednostronnej walce o godne życie Loach, nie wiedzieć czemu, uderza w tony nazbyt przewidywalne. W finale składa oczywistą ofiarę ze swoich podopiecznych, jakby wierzył, że ten gest zostanie nagrodzony choć namiastką sprawiedliwości.

Nic dziwnego, że w konfrontacji z problemami klasy średniej wygrywają Rumuni. U Cristiana Mungiu nie ma miejsca ani na fabularne nadużycia, ani na wyznaczanie granic między dobrymi a złymi. W jego najnowszym filmie króluje za to rodzaj podwójnej moralności. Bohater „Egzaminu”, lekarz Romeo, rekompensuje swoje niespełnione ambicje i przegrane życie wizją sukcesu córki: szkolnymi olimpiadami, międzynarodowym stypendium, szansą rozpoczęcia studiów w Londynie. Jednakże wychowanie, które od samego początku zakłada uczciwość, ostatecznie podąża na skróty, co oznacza, że wyniki tytułowego egzaminu zostają opłacone. Tym samym Mungiu, w przeciwieństwie do Loacha, tworzy pełnowymiarową wiwisekcję nie tyle skorumpowanego systemu, co rumuńskiej mentalności – począwszy od rodziców pozwalających swoim dzieciom łamać regulamin placu zabaw, przez absolwentów liceów sportowych, dla których ściągi są „rodzajem inspiracji”, kończąc na pacjentach, którzy nawet przed śmiercią nie zapomną zostawić koperty na biurku lekarza. W tym fantastycznie nakreślonym mikroświecie, wciąż pamiętającym echa komunizmu, jest, oprócz nepotyzmu, jeszcze coś; obojętność. Kiedy w przeddzień egzaminu dojrzałości Eliza zostaje zgwałcona na ulicy, wszyscy nagle odwracają wzrok. W biały dzień, w centrum miasta, w czasach, kiedy wezwanie pomocy sprowadza się do pojedynczego kliknięcia w telefon.

Wątek rumuński przewija się również w filmie, który po reakcjach wrocławskiej widowni z czystym sumieniem można zaklasyfikować do nowohoryzontowych ulubieńców. Ale to zupełnie inny portret, zupełnie inna Rumunia. Różnica między ostatnim dziełem twórcy „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni” a „Toni Edermannem” nie tkwi jednak w samej podróży z prowincjonalnego Kluż do Bukaresztu, a w konwencji teatru absurdu, którego stajemy się świadkami. Peter Simonischek wciela się tutaj w postać ekscentrycznego nauczyciela, który rusza z misją odnowienia więzi z córką. W tej ekspresyjnej i zdystansowanej opowieści Maren Ade zawiera się samotność w wielkim mieście, przywodząca na myśl „Między słowami” Sofii Coppoli, relacja bliskich, a jednak obcych sobie osób, przede wszystkim zaś błyskotliwa satyra na korporacyjne środowisko. Jest w „Tonim Edermannie” scena, w której Ines daje się ponieść szaleństwu ojca, którego całe życie, jak sama twierdzi, „sprowadza się do ciągłego podkładania poduszek pierdziuszek”. W tej absurdalnej, ale przy tym świetnie rozpisanej sekwencji odbijają się wszystkie atuty niemieckiej reżyserki, nakazujące oddzielić jej film od całej reszty. Nic dziwnego, że zapamiętam seans „Toniego Erdmanna” jako jeden z wyjątkowych, a zarazem jedyny, który zagwarantował sobie gromki aplauz na długo przed pojawieniem się napisów końcowych.

A zatem to, co z tak wyrazistą przekorą zawiera się w najnowszych filmach Mungiu, Ade czy Asghara Farhadiego („Klient” to kolejny skromny thriller, potwierdzający jego geniusz w kreowaniu dramaturgii) umknęło gdzieś dwukrotnym laureatom Złotej Palmy. Belgijski tandem braci Dardenne zatrzymuje się gdzieś w pół drogi, na przecięciu plastikowego realizmu i płytkiego moralitetu. Ale to i tak przewinienie niskiej rangi, gdy porówna się je z festiwalem filmowej grafomanii, zaserwowanym podczas gali otwarcia przez Nicolasa W. Refna. „Neon Demon” to kolejna wizytówka kina reprezentującego niewiele: pretensjonalnego, żenującego, a na domiar złego zimnego niczym ciało dziewczyny, które na naszych oczach staje się obiektem nekrofilii. Podobne erotyczne ekscesy rodzą się zresztą na Dalekim Wschodzie. Tym odległym kulturowo, ale przy tym fantastycznym kontrapunktem do narcystycznego przekleństwa Duńczyka jest „Służąca” w reżyserii Park Chan-wooka. W najnowszym dziele koreańskiego „poety okrucieństwa”, odnajdziemy wszystko, co przywodzi na myśl okres jego świetności. Adaptacja „Złodziejki” Sary Waters to kino poprowadzone na styku azjatyckiej baśni, wielowymiarowego dreszczowca, kostiumowego romansu, a także krwawej „trylogii zemsty”. Ta śmiała żonglerka konwencjami i równoległa zmiana tonacji z wiktoriańskiej Anglii na okupowaną w latach 30. przez Japończyków Koreę, jest reżyserowi na rękę, tym bardziej, że w finale bohaterowie postanawiają porzucić zawiłe intrygi na rzecz kilku trupów.

Żegnając się z Wrocławiem, tuż po gali zakończenia pozostałem na sali, aby zobaczyć ostatni już film, czyli najnowszą produkcję Thomasa Vinterberga. Jak to u współtwórcy kultowej Dogmy 95 zwykle bywa, zapewnia on silny akcent. Czyżby za sprawą wspomnień z dzieciństwa, które twórca „Polowania” swobodnie przekuwa w portret dysfunkcyjnej rodziny i studium załamania nerwowego? A może jego siła tkwi gdzie indziej: w wizerunkach poszczególnych outsiderów, którzy wchodzą w życie Erika, Anny i Freji z butami? Biorąca udział w tegorocznym Konkursie Głównym w Berlinie „Komuna” to historia małżeństwa, które postanawia przełamać życiową monotonię i zakłada w swoim domu komunę. Tyle że początkowy mit wspólnoty szybko przemienia się w piekło egoizmu, a zgoda na obyczajową swobodę prowadzi do podważenia tradycyjnego modelu rodziny. Jednocześnie nie można zapominać, że „Komuna” to nie tylko przydomowe tragedie – o wielkości Vinterberga świadczą także chwile radości, wspólne spotkania przy jednym stole, w których łatwo dostrzec analogię do wrocławskiego święta kina. To znamienne zwieńczenie, ponieważ na festiwalu odczułem współmierne poczucie wspólnoty. Dlatego cieszę się, że tam dotarłem, że wreszcie poznałem to miejsce i że swoimi wyborami poniekąd zwyciężyłem. Wrócę tutaj niewątpliwie w przyszłym roku, bez względu na okoliczności. A jeżeli zaistnieje taka potrzeba, to choćby i na kolanach z samych Katowic.