Wydanie bieżące

1 września 17 (305) / 2016

Marek Bochniarz,

ELEKTRONICZNY MORDERCA (MECHANIK: KONFRONTACJA)

A A A
Myślę, że nie jestem człowiekiem, który jest kiedykolwiek i jakkolwiek zadowolony. Nawet nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Jestem zadowolony tylko w takim stopniu, aby znaleźć drogę, która pozwoli mi zmotywować się do nowych rzeczy – będzie to, dajmy na to, opanowanie nowych umiejętności czy zrobienie czegoś, czego jeszcze nie próbowałem.

(Jason Statham)

 

Niniejszą odezwę kieruję do tych, którzy gardzą współczesnym kinem akcji. Czy tęsknicie za produkcjami z lat 80. i 90., gdy filmy sensacyjne miały duszę, humor, a aktorzy dystans do siebie? Kręcicie nosem na nową część serii o Jasonie Bournie, w której onanizujący się operator telepiącej się kamery rozbija obraz na mdlące, rozmazane powidoki? A łezka w oku kręciła się wam na „Niezniszczalnych”? Mamy na szczęście Jasona Stathama.

Zróbcie coś dla mnie. Bardzo was o to proszę, choć to będzie niezwykle bolesne, wręcz nieznośne… Zamknijcie na kwadrans oczy i wyobraźcie sobie świat, w którym brakuje Jasona Stathama. W tej alternatywnej i kalekiej rzeczywistości nie ma „Przekrętu” Guya Ritchiego z Turkiem, co to nigdy nie dostaje na czas swoich kiełbasek, nienawidzi Niemców i uwielbia nielegalne walki za duży hajs. Nie ma „Transportera” z Frankiem, co ma rygorystyczne zasady na temat tego, w jaki sposób dokonuje tytułowych „transportów” towarów wszelakiego sortu. Brakuje mordercy Cheva Cheliosa z „Adrenaliny”, który musi podtrzymywać wysoki poziom tytułowej substancji i podładowywać sobie sztuczne serduszko przypadkowymi naparzankami z nieszczęśnikami, aby... nie umrzeć. A co z metodycznym Arthurem Bishopem, tytułowym „Mechanikiem”, dokonującym na zlecenie zbrodni doskonałych?

Ku korzeniom

Bishop to postać z trochę innej epoki. Oryginalny „Mechanik” to wyrafinowane, zimne, wręcz bezduszne kino akcji z 1972 roku. Tytułową złotą rączkę zagrał w nim Charles Bronson. Jego Arthur Bishop to zamknięty w sobie introwertyk, który metodycznie planuje kolejne zabójstwa, popijając czerwone wino, mistrzowsko pozorując kolejne wypadki i bez mrugnięcia okiem idąc naprzód ku kolejnym. Sekwencja otwierająca film to maestria kina: przez kilkanaście minut nie pada ani jedno słowo, gdy Bishop przeprowadza jeden ze swoich „eksperymentów”, budując skomplikowany „wypadek”. Obserwujemy jego ręce, mrużenie oczu, sposoby na zabicie czasu i profesjonalizm, jesteśmy zdezorientowani niecodzienną sytuacją podglądania mordercy, w którego pracy brak napięcia, dreszczyku emocji, do którego przyzwyczaiły nas filmy akcji.

Dziś ten stary „Mechanik” może trochę wzruszać starodawnymi metodami stosowanymi przez bohatera, lecz bynajmniej nie zestarzał się jako film. To bardziej portret psychologiczny bardzo dobrego i smutnego płatnego mordercy, który nadużywa wina, nie ma żadnych bliskich (a jego kochanka okazuje się prostytutką) i nie do końca wie, co mógłby zrobić ze swoim życiem. Zaczyna się kierować impulsami – i to go gubi. W starym „Mechaniku” brak jednak moralizowania. „Bum – nie żyjesz” – tak można go podsumować. Bo w fachu Mechanika brak miejsca na zawahanie czy popełnianie błędów. Rozterki duchowe i starzenie się można przypłacić nie hemoroidami, lecz życiem.

Le Accelerator[1]

Jak Jason Statham odnalazł się w postaci Mechanika? Bynajmniej nie czujemy, aby był znużony swoim życiem czy przez bronsonowe „zdziecinnienie” pozwalał sobie na popełnianie błędów. W oryginalnym filmie bohater grany przez Bronsona umiera, zabity przez własną nieostrożność bądź dumę z poczucia tego, że nigdy nie pozwala sobie na nieostrożność (więc gdy to robi, nie zauważa zabójczego dla siebie błędu). W klasycznym „Mechaniku” uczeń przerósł swego mistrza, planując arcygenialnie jego „przypadkowy” zgon. Tej ludzkiej strony brakuje w remake’u. Statham gra bohatera, który jest trochę jak postać z komiksu.

Nic zatem dziwnego, że w „Mechaniku: Konfrontacji” Bishop powraca jako ktoś, kto tym razem jest w stanie popełnić w końcu jakiś błąd – lecz robi to tylko jakby dla formalności, abyśmy mogli oglądać perypetie bohatera, wracającego do gry mistrzowskiego pozorowania przypadkowych śmierci. W stosunku do pierwszej części sprzed pięciu lat, sequel zaskakuje narzuceniem o wiele szybszego tempa i jeszcze dalej idącym odarciem bohatera z człowieczeństwa. Uczucie, które Bishop żywi do przypadkowo poznanej kobiety (Jessica Alba w kolejnej ze swoich „ról bikini”), działa bardziej na zasadzie konwencjonalnego romansu rycerza i damy. Pozwala na zawiązanie akcji i wymuszenie na bohaterze serii zabójstw, na które bynajmniej nie ma już ochoty.

Bezpretensjonalny morderca

Krytycy są w swoich opiniach na temat „Mechanika: Konfrontacji” podzieleni. Niektórzy chwalą zimne okrucieństwo w nowej, upgrade’owanej kreacji Bishopa w interpretacji Stathama, mając zapewne w pamięci portret, który tej postaci wysmarował Charles Bronson. Inni kręcą nosem na prostotę, jeśli nie prostolinijność filmu, w którym niewiele miejsca dla logiki, a dużo dla efekciarstwa. Jednak współczesne kino akcji – na swoje szczęście lub możliwy zgon w przyszłości, gdy wyczerpie swe środki – oddycha obecnie przede wszystkim przesadą (im bardziej absurdalną, tym chyba lepszą). A trudno znaleźć aktora, który potrafi udźwignąć sceny w stylu maksymalnego over-the-top z równym wdziękiem i lekkością, co Jason Statham. Po seansie mam wręcz poczucie, że zapewne doczekamy się kolejnej części, i zapewne ujrzymy ją o wiele wcześniej niż trzecią odsłonę tak wyczekiwanej „Adrenaliny”.

Złośliwcy nie zauważają, że „Mechanik: Konfrontacja” to w gruncie rzeczy kino pełne humoru i daleko posuniętej umowności. Jeśli nie kupimy tego filmu, to trochę tak, jakbyśmy nie załapali rozrywkowo-teatralnej konwencji gatunku słynącego niegdyś z nonszalancji w stylu „Punishera” i „Rambo” – złotych przebojów ery VHS, czasów, gdy nie mieliśmy jeszcze tyle pretensji i fochów do świata, a po produkcje z Dolphem Lundgrenem czy Sylwestrem Stallone sięgaliśmy niczym po świeżutkie pączki. Dawno nie miałem w kinie poczucia, że oglądam film stworzony wyłącznie dla prostych przyjemności, który zarazem nie kompromituje się schlebianiem najmniej wybrednej publiczności. A jednak, Niemcowi Dennisowi Ganselowi udało się to zrobić w „Mechaniku: Konfrontacji” w starym i niewyszukanym stylu, którego tak dziś brakuje wielu reżyserom.

LITERATURA:

M. De Medeiros: „Jason Statham in his own words”, portal Men’s Fitness (http://www.mensfitness.com/life/entertainment/jason-statham-in-his-own-words).
 


[1] „Le Accelerator” to film akcji w reżyserii pornografa Thomasa Eikrema. Główny bohater zostaje wynajęty jako płatny morderca do przyspieszenia zgonów ludzi czekających w więzieniach na wykonanie wyroku śmierci. Jest zatem tytułowym akceleratorem „zaledwie” przyspieszającym ich zgon.


„Mechanik: Konfrontacja” („Mechanic: Resurrection”). Reżyseria: Dennis Gansel. Scenariusz: Tony Mosher, Philip Shelby, Rachel Lond, Brian Pittman. Zdjęcia: Daniel Gottschalk. Obsada: Jason Statham, Jessica Alba, Tommy Lee Jones i in. Gatunek: film akcji. Produkcja: USA, Francja, Tajlandia 2016, 109 min.