Wydanie bieżące

1 września 17 (305) / 2016

Patrycja Mucha,

UNIWERSUM BŁYSKAWICZNE (LEGION SAMOBÓJCÓW)

A A A
Komiksowi giganci, DC Comics i Marvel, od lat walczą ze sobą o uwagę odbiorców wydawanych przez nich komiksów i filmów, ale epicentrum tych zamieszek stanowi obecnie właśnie kino. Wojna trwa zatem w najlepsze, choć trudno właściwie powiedzieć, by była to walka wyrównana, bo strony konfliktu nie dysponują podobną siłą i zasobami. DC Comics można porównać do Szybkonogiego Achillesa, który po prostu (zakładając kontynuację wypracowanej strategii) nigdy nie dogoni żółwia. Oficjele z Time Warner (którego część stanowi DC) mają bowiem sporo energii, ale na krótkim dystansie: pakują pięć filmów do jednego i wysyłają w paczce do kin na całym świecie, błagając widzów o wyrozumiałość i prosząc o łaskę sentymentu.

Pierwszy był „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” – bezczelnie poważny film o zupełnie absurdalnym starciu dwóch postaci, z których jedna jest niezwykle skomplikowana, a druga śmiertelnie nudna. Zackowi Snyderowi zabrakło fantazji Tima Burtona i warsztatu Christophera Nolana, by zgrabnie przekuć te przeciwności w intrygujący pojedynek, a scenariusz szyty był grubymi nićmi – do tego niskiej jakości. Efektem złych decyzji, podejmowanych naprędce za grube miliony „zielonych”, jest superbohaterski eklektyzm i barokowy nadmiar (scenograficzny, charakterologiczny, sytuacyjny) oraz zupełne zmęczenie materiału.

Pół roku później na ekranach kin zagościł „Legion Samobójców”, który od feralnego „Batman v Superman” jest tylko trochę lepszy i to głównie ze względu na to, że nie stara się być cały czas na serio i wykręca się co rusz od emocjonalnego patosu w duchu postironii, który źle wprowadzony wywołuje na ustach widzów szyderczy uśmieszek. Film Davida Ayera próbuje spełnić postulat trudny do zrealizowania – przekonująco zaprezentować członków Suicide Squad i zarysować relacje między nimi w zaledwie jednym pełnym metrażu. Już trwająca bez mała 1/3 całości ekspozycja wskazuje na zasadniczy problem w budowaniu struktury opartej na pojedynku postaw, konflikcie motywacji i wielości małych narracji.

„Legion samobójców” rozpoczyna się chwilę po śmierci Supermana, kontynuując niejako wątki podjęte w „Batman v Superman”. Agencja rządowa o nazwie A.R.G.U.S. musi być przygotowana na to, że kolejny superbohater może nie chcieć działać w interesie pokoju na świecie (swoją drogą: skąd pomysł, że taki superbohater musi się prędzej czy później pojawić?). W życie zostaje więc wcielony tajny plan zorganizowania grupy „żołnierzy” równie złych, jak ich potencjalny przeciwnik, którzy będą działać zgodnie z zasadą „cel uświęca środki”.

Na początek składają się lakoniczne opowiastki typu origin, które przedstawić mają poszczególnych „badassów”. Jest w nich doza nonszalancji i czaru, uroku klasycznego storytellingu. Każda z postaci ma swoją historię opowiedzianą „po bożemu”, od początku do końca, z fabularnymi twistami i perypetiami, wszystkie wyrażone są za pomocą osobnego stylu wizualnego – przy Harley obrazy nabierają cukierkowej słodyczy i wyrazistych kolorów, a część Deadshota ma sznyt sensacyjny z charakterystycznym dla niego nerwowym montażem. Całość wygląda jak bardzo oldschoolowa księga pamiątkowa, klaster seryjnych morderców, z odwołaniem do pamięci lat 90. i jej growych interfejsów.

Czasu i pomysłu starcza jednak na prezentację tylko kilkorga z bohaterów, a nawet oni ledwo oddalają się od jednowymiarowych typów ku pełnokrwistym postaciom, przy czym za „pełnokrwistą postać” twórcy uważają taką, która ma pewien czuły punkt – powód, dla którego nie będzie chciała zginąć.

W tym zakresie finezja Ayera nie wynosi się ponad poziom zerowy. Nie potrafi on bowiem zrozumieć, że emocje nie muszą – ba, w tym wypadku nie powinny – być cechą określającą działania bohatera ani napędzającą akcję filmu. Tymczasem Deadshota (Will Smith) definiuje miłość do córki, Harley Quinn (Margot Robbie) do Jokera, Diablo (Jay Hernandez) do rodziny, którą stracił. Fabuła zasadza się z kolei na tym, że Rick Flag (Joel Kinnaman) chce uratować swoją kobietę (Cara Delevingne), której ciałem zawładnął pradawny duch wiedźmy. Świat niby ma się ku zagładzie – starożytne bóstwa niszczą go dla własnego kaprysu – ale wiadomo, że w tym wszystkim chodzi o to, by uratować swoją drugą połówkę i żyć długo i szczęśliwie. To, co zwykle intryguje w czarnych bohaterach, a więc ich bezwarunkowa chęć siania chaosu i nieprzenikniona psychologia, zostaje postaciom odebrane, a w zamian przywdziewa się ich w uczucia, których mieć nie powinny i sadza w emocjonalnej karuzeli, a ta, jak wiadomo, dysponuje jazdą jednym torem i w jednym kierunku. Widzowie są co prawda przyzwyczajeni do prostoty w kinie komiksowym, ale tę od prostactwa dzieli bardzo cienka granica, na której balansuje Ayer.

To właśnie brak źródła zła kiełkującego w komiksowej wersji Jokera sprawia, że wciąż stanowi on postać poddawaną nieustannym reinterpretacjom. Napięcie między zaszczepionym w nim pierwiastkiem czystego zła, a tajemnicą tego, jak przerodziło się ono w destrukcyjny instynkt, czyni tę postać niejednoznaczną. Symptomatycznym dla tego myślenia jest Joker Nolanowski, opowiadający w „Mrocznym Rycerzu” kilka historii o genezie własnej tożsamości, której znakiem pozostaje wieczny, niepokojący uśmiech. W „Legionie samobójców” bohaterowie są z kolei wrzuceni do worków, zaetykietowanych na dobre na zbyt krótki czas trwania filmu. Mamy więc „złych dobrych” (Amanda Waller, szefowa programu Suicide Squad), „dobrych złych” (Deadshot, Harley, Diablo i inni), „dobrych dobrych” (córka Deadshota, Rick) i „złych złych” (wiedźma Enchantress i jej brat) – na tyle wystarcza Ayerowi polotu.

Z drugiej strony zaburzone zostają fabularne proporcje, a akcja filmu, zwolniona przydługawą ekspozycją, nagle ni stąd, ni zowąd przyspiesza, wywołując w widzu (w postaciach zresztą też) niemałą dezorientację. Samobójcy dostają bowiem misję inaugurującą, która w tego typu filmach zwykle umiejscowiona jest na początku filmu i stanowi popis realizatorski jego twórców. Tu natomiast widzowie i bohaterzy są święcie przekonani, że sprawa potrwa 15 minut, a rzecz okazuje się poważna i ciągnie już do samego końca. Odpoczynek zapewnia jedynie krótka scena w opustoszałym barze, wyrywająca złoczyńców z ich naturalnego habitatu przestrzeni walki. Siadają oni przy piwie, rozmawiają o swoich rozczarowaniach i nagle stają się everymanami, którym po prostu los poplątał ścieżki. Aż chciałoby się krzyknąć do tych „dziwolągów”: „We accept them, one of us!”. Każdy z nas jest przecież trochę zły.

Nie da się jednak ukryć, że ociosanie i fragmentaryzacja są skutkami scenariuszowych mielizn, których najlepszym przykładem jest żonglerka radiowymi złotymi przebojami, przypisanymi do każdej z postaci i do pewnych scen w ogóle („Bohemian Rhapsody”!). Historii brakuje płynności, zgrabnych przejść, sprytnych wybiegów i mądrych połączeń. W prostej linii prowadzi to również do gwałtownych zmian w tonacji filmu, a co za tym idzie, w jego estetyce.

Ayer przechodzi bowiem od komiksowych, cyberpunkowych obrazów pełnych humoru podkradzionego „Avengersom”, do powagi, wzniosłych sentencji rodem z bromance’ów o solidarności grupy przyjaciół w niedoli oraz realistycznego świata przedstawionego (co wydaje się paradoksalne, biorąc pod uwagę fakt, że główną antagonistką jest wiedźma z zaświatów). Na szczęście nawet w tych chwilach od przyciężkawej atmosfery uwalnia nas Margot Robbie w roli Harley, najlepiej bodaj zagranej w filmie postaci, która zbędną zazwyczaj powagę przełamuje urokiem osobistym i niewybrednymi żartami. Po piętach depcze jej Will Smith, reszta niestety zostaje daleko w tyle. Przede wszystkim dlatego, że w scenariuszu nie przewidziano czasu i miejsca na to, by dać bohaterom trochę swobody i oddechu. Przez to Boomerang (Jai Courtney) to narwaniec przejawiający uwielbienie dla jednorożców, a Killer Croc (Adewale Akinnuoye-Agbaje) zwykle milczy, ale jak już się odezwie, no to oczywiście w punkt. Powiedzmy szczerze: nie było co zagrać.

I tak, licząc na absurdalny wyścig czarnych charakterów o tytuł Najgorszego Człowieka Świata, na wzór walki o podium w konkurencji na najbardziej obrzydliwego mieszkańca miasteczka w „Różowych flamingach”, trzeba obejść się smakiem. Samobójcy zamiast skomplikowania i immanentnego zła wyznają wartości uznane za społecznie istotne, są uczuciowi i pokrzywdzeni przez świat ze względu na swoją nienormatywność. Odpłacają mu pięknym za nadobne: tupią nóżką i zabijają dla zabawy, ale potrafią się zjednoczyć i walczyć w imię miłości i przyjaźni.

Budowanie uniwersum filmowego wymaga cierpliwości i długoletniego planu, tymczasem w Time Warner producenci wydają się w gorącej wodzie kąpani. Ta musi ich bardzo parzyć, skoro w dwóch filmach zdołali upchnąć kilkunastu bohaterów, każdemu przypisać kilka cech, bzdurną motywację, a punktem wyjścia fabuły uczynić „gdybanie” o przyszłości, która przypadkiem ziszcza się w tempie instant. Ich marzenia o komiksowej potędze, z pomocą której mogliby rządzić wyobraźnią fanów tak, jak robią to włodarze z Marvela, oddalają się coraz bardziej. Dopóki postaci nie będą intrygować, widzowie nie obdarzą ich krztą szacunku, bez względu na to, jak pięknie prezentować się będą Harley Quinn i Wonder Woman.
„Legion samobójców” („Suicide Squad”). Scenariusz i reżyseria: David Ayer. Zdjęcia:
Roman Vasyanov. Obsada: Will Smith, Margot Robbie, Jared Leto, Viola Davis, Cara
Delevingne, Joel Kinnaman i in. Produkcja: USA, Kanada 2016, 123 min.