Wydanie bieżące

1 września 17 (305) / 2016

Kamila Czaja,

WYJĄTKOWO TRAFNA (MEG WOLITZER: 'WYJĄTKOWI')

A A A
Do lektury „Wyjątkowych” zachęca na okładce Jeffrey Eugenides. Amerykańscy krytycy często porównują Meg Wolitzer właśnie do tego prozaika (czasem wymieniając też Jonathana Franzena). Ale że z dzieł Eugenidesa czytałam dotychczas tylko „Przekleństwa niewinności” i – co rzadko mi się zdarza – wolę filmową adaptację, to do rekomendacji podeszłam dość sceptycznie, dając się skusić raczej opisowi fabuły. Być może jednak powinnam dać szansę „Middlesex” i „Intrydze małżeńskiej”, czyli pozostałym wydanym w Polsce książkom Eugenidesa. Powieść Wolitzer okazała się bowiem naprawdę dobrym wyborem.

Irytujący, ale prawdziwi

Dzięki swojej konstrukcji „Wyjątkowi” to trochę samograj. Trudno oprzeć się tak zbudowanej opowieści. Punktem wyjścia jest spotkanie sześciorga nastolatków na wakacyjnym obozie Duch Lasów dla utalentowanej artystycznie młodzieży. Później poznajemy losy bohaterów przez kolejne dekady. Jako że występuje tu kilka głównych postaci, a ich dzieje rozciągnięto na kilkadziesiąt lat, to tematów i wydarzeń – w skali makro i mikro – pojawia się mnóstwo.

W tle zmagań bohaterów mamy wielką historię (między innymi rezygnację Nixona i atak na World Trade Center), a większość scen rozgrywa się w Nowym Jorku, który „zwiedzamy” w różnych okresach. Nie brakuje też nawiązań do działań ruchów emancypacyjnych. Dla amerykańskiego czytelnika takie złożone – problemowo i czasowo – tło jest pewnie jednym z najważniejszych aspektów książki. Odbiorca polski raczej mniej się z tą warstwą powieści utożsamia, ale za to może się wiele dowiedzieć. A z tyłu głowy pojawi się zapewne refleksja, jak innymi sprawami żył przez te dekady nasz kraj.

Uniwersalne okazują się natomiast osobiste przeżycia. Bohaterowie Wolitzer są na tyle typowi, że łatwo wczuć się w ich losy, a przy tym na tyle zindywidualizowani, że nie wydają się papierowi. Nie ma sensu streszczanie dziejów Jules, Ash, Ethana, Jonaha, Goodmana i Cathy. Wystarczy wspomnieć, że każda z tych postaci może się wydać interesująca (choć zapewne dla różnych odbiorców będę to różne postacie). Losy i emocje głównych bohaterów opisane zostają tak sugestywnie, że czytelnik szybko odnosi wrażenie, iż zna ludzi z kart powieści – chociaż niekoniecznie ich lubi. Przyjaźnie, miłości, zawodowe sukcesy i porażki, a przede wszystkim relacje między dawnymi przyjaciółmi z letniego obozu wypadają przekonująco, a proporcjonalny stosunek tego, co wiemy z dialogów i akcji, do wywodów psychologicznych jest odpowiedni. Wolitzer nie nudzi, ale też nie spłyca trudnych tematów. Co szczególnie imponujące, tworzy bohaterów równocześnie dynamicznych i spójnych z tymi, których poznajemy jako nastolatków. Obcujemy z realnymi, wielowymiarowymi postaciami, a nie z typami ludzkimi popychającymi akcję do przodu.

Autorka „Wyjątkowych” nie przesadza z nagromadzeniem dramatów i zaskakujących zwrotów akcji – jest ich wprawdzie sporo, ale rozkładają się na kilka osób i wiele lat, więc wszystko wypada dość realistycznie. Zastrzeżenia może budzić końcowa faza powieści, trochę za dużo tu zaskakujących spotkań po latach i drugich szans, ale i tymi schematami Wolitzer gra na tyle sprytnie, że nie trzeba się wstydzić zaangażowania w lekturę. Duża w tym zasługa sprawnego warsztatu (sporą sztuką jest takie przeskakiwanie między różnymi okresami życia bohaterów, że wypada to płynnie).

Wyrazistość postaci, ciekawa fabuła, różne plany czasowe – a wszystko połączone tak, że nie widać konstrukcyjnego wysiłku – sprawiają, że „Wyjątkowi” mogą się wydawać wdzięcznym materiałem do przeniesienia na ekran. I chociaż notka na okładce głosi, że w oparciu o książkę powstaje już serial, to w ostatnich tygodniach Amazon poinformował, że po niewystarczająco dobrze przyjętym przez widzów i krytyków odcinku pilotowym rezygnuje z dalszych prac nad projektem. I może tak jest lepiej, bo odcinek ten wyraźnie pokazał, że nawet przy fachowej reżyserii i obsadzie bardzo łatwo zaburzyć świetne proporcje wydarzeń i refleksji, tragedii i komedii, sympatii i niechęci do bohaterów, jakich dostarcza literacki pierwowzór. Najtrudniej chyba przenieść na ekran złożoność tematów tej powieści, pobudzających do pogłębionych (jak na pozycję stosunkowo lekką w odbiorze) rozważań. Gdy na okładce czyta się, że „Wyjątkowi” jest powieścią „o młodzieńczych marzeniach i dorosłym życiu, istocie miłości i sile zazdrości”, to łatwo się zrazić tak ogólnymi etykietkami. Ale Wolitzer faktycznie pisze – i to interesująco – o tych wszystkich sprawach.

Ja po prostu niestety mam talent”

Fragmenty dotyczące młodzieżowego obozu mogą nieco nużyć, nieszczególnie wychodzą bowiem poza schemat tego typu wakacyjnych opowieści. Równocześnie jednak okazują się kluczowe. Rozbudzone podczas dawnego lata ambicje na długie dekady wpływać będą – często negatywnie – na grupę przyjaciół. Rzekoma wyjątkowość zaważy na ich dalszym życiu, a na tle minionej młodości i ekspresji to, co przydarza się później, jest bez szans. Gdy nastoletnia Jules ogłasza: „Wszyscy powinniśmy starać się robić w życiu to, co chcemy (…). To znaczy, inaczej jaki to by miało sens?” (s. 34), można się lekko uśmiechnąć wobec takiego życiowego entuzjazmu, ale i poskromić własne iluzje, gdy w napięciu czyta się, jak szybko życie weryfikuje młodzieńcze fantazje.

Nie znaczy to, że Wolitzer dyskredytuje artystyczne ambicje i z góry każe wątpić w możliwość sukcesu. Niektórym bohaterom „Wyjątkowych” udaje się tworzyć i zarabiać (wątek komercyjności sztuki wybrzmiewa w książce dyskretnie, ale stale). Sukces artystyczny nie jest jednak gwarancją udanego życia – co niby powinno być oczywiste, ale tak łatwo o tym zapomnieć. Niewątpliwie zapomina o tym Jules, a jej niezrealizowane plany aktorskie oraz zatruwająca wszelkie aspekty egzystencji zazdrość wobec przyjaciół, którym się powiodło, to jeden z bardziej przejmujących motywów powieści. Wyniesione z Ducha Lasów przekonanie o własnej wyjątkowości, która za nic nie chce przynieść oszałamiających rezultatów, utrudnia relacje i nie pozwala jej dostrzec tego, co się w życiu udało. Dennis, mąż Jules, wybucha: „Większość ludzi nie jest utalentowana, więc co mają robić? Zabić się?” (s. 496). A przed bohaterką długa droga do odkrycia: „Można było dać sobie spokój z obsesją bycia wyjątkowym” (s. 512).

Śledzenie tej drogi jest dla czytelnika równocześnie fascynujące i bolesne. „Wyjątkowi” to bowiem powieść ponuro trafna. Wyjęte z kontekstu „złote myśli” mogą brzmieć trochę jak fragmenty poradnika, ale trudno odmówić im sensu, a w kontekście całej książki wybrzmiewają zaskakująco świeżo i niemoralizatorsko. Wolitzer błyskotliwie diagnozuje egocentryzm młodości: „Każdy ma skłonność do brania winy na siebie. Może gdy jest się młodym, trudno sobie wyobrazić, że są rzeczy na świecie, które ciebie nie dotyczą” (s. 315) – ale i późniejszą niezgodę na rzeczywistość: „Nikt już nie chciał być pacjentem, wszyscy chcieli być klientami. A tak naprawdę to wszyscy chcieli być konsultantami” (s. 53). Trafnie też demaskuje trzymanie się iluzji dawnego życia, poddanego absurdalnym idealizacjom: „(…) ludzie nie mieli dość tego, co stracili, nawet jeżeli wcale już tego nie chcieli” (s. 470).

Życie: „zwyczajne lub umiarkowanie rozczarowujące”

Istotny wydaje się moment życia, w którym czytelnik na „Wyjątkowych” natrafi. Zapewne dzięki rozciągnięciu fabuły na kilka dekad i postaci każdy powinien znaleźć tu coś interesującego, ale mogę mówić tylko za siebie, podkreślając to, co okazało się emocjonalnie ważne w mojej lekturze. Książka zrobiła na mnie aż takie wrażenie chyba ze względu na czytanie jej w wieku, który dla bohaterów „Wyjątkowych” był czasem podejmowania ważnych decyzji i powolnego przechodzenia od złudzeń ku codzienności. Dla odbiorcy mniej więcej trzydziestoletniego pytania, które zadaje sobie Jules, brzmią aż za blisko życia: „Kiedy mam przestać? Jak skończę dwadzieścia pięć lat? Trzydzieści? Trzydzieści pięć? Czterdzieści? Czy natychmiast? Nikt ci nie powie, jak długo masz coś robić, zanim zrezygnujesz na zawsze. Nie chcesz czekać, aż będziesz tak stary, że nikt cię nie zatrudni w żadnej innej branży” (s. 232). W samo sedno (i serce jeszcze w miarę młodego – ale już nie aż tak młodego – odbiorcy) trafiają też refleksje w rodzaju zdania o patrzeniu w przyszłość zamiast w teraźniejszość: „W tej chwili, na początku małżeństwa, gdy zbliżali się do trzydziestki, Jules i Dennis żyli na granicy ubóstwa, z kredytami studenckimi i debetem na karcie kredytowej, zawsze niespokojni, czy uda im się zapłacić czynsz, niezdolni zafundować sobie kablówki, ale wszystko było fajnie, bo wyobrażali sobie, że kiedyś ich los się poprawi” (s. 267). A jeśli się nie poprawi i prawdziwe życie to właśnie to, co jest teraz?

Wymowa książki bywa ponura. Jules i Dennis doczekają się na przykład podsumowania: „(…) przez długi czas ich lata były różne. Niektóre były katastrofalne, choć na szczęście nie przez cały czas. W większości były zwyczajne lub umiarkowanie rozczarowujące” (s. 58). Jednak „Wyjątkowi” mają terapeutyczny potencjał. Dają do myślenia, pozostając równocześnie wciągającą powieścią obyczajową. Książka Wolitzer zmusza czytelnika do zastanowienia się nad ambicjami, wyborami, priorytetami i do oswojenia się z różnymi scenariuszami życia. Nie zachęca do rezygnacji z zainteresowań, ale podsuwa sugestię, jak chociaż trochę obudzić się ze zgubnego snu o powierzchownie rozumianej „wyjątkowości”. A przy tym świetnie się czyta. Nie jest to może arcydzieło, które wejdzie do kanonu światowej literatury, ale nawet jeśli konkretne wydarzenia czy nazwiska bohaterów szybko ulecą z pamięci, to powinna pozostać w niej trafność wielu psychologicznych diagnoz. A to, nawet jeżeli nie jest absolutnie wyjątkowe, nie zdarza się aż tak często.
Meg Wolitzer: „Wyjątkowi”. Przeł. Wiesław Marcysiak. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2016.