Wydanie bieżące

1 września 17 (305) / 2016

Marcin Czerkasow,

WIERSZE

A A A
Nie dotyczy zatoki

Lubię hotele, późne przyjęcia, kolacje,

które zawsze wyglądają lepiej



na skraju jakiejś otchłani. Istnieją również ekrany

pełne wiadomości przedstawiających ludzi



oglądających wiadomości. Niepostrzeżenie

noc zamieniła się we wściekły potok:



czy to jest nadal jakaś wiadomość?

Kończy się fantastyczna ulewa



tego lata i następnego, kiedy na plaży

lądują nowi uczestnicy. Nikt nie wie, ilu dokładnie,



kim są i co porabiają

w czasie wolnym od ucieczek.



Nowy rodzaj hałasu

„To zły czas dla miłośników drzew i rzeczywistości,

której retoryka odebrała renomę, soczystość, jej powagę”,

powiedział mężczyzna wyraźnie zafascynowany zachodem



słońca, ciepłym piaskiem, spacerując po plaży, et caetera.

Są tacy – ciągle przybywa zwolenników twierdzenia,

że zbyt wiele bzdur wypełniło powietrze ostatnich dekad.



Tymczasem w większości przypadków

ludzie po prostu robią różne rzeczy, licząc na to,

że w końcu trafią w pień czyjejś uwagi. Niestety



większość jest głucha jak pień, wygrywa więc ten,

kto najdłużej milczy. Tymczasem inni wciąż knują,

jak sprawić, aby świat był coraz jaśniejszym miejscem,



a nie jest. Pewnego dnia obudziłem się w mieście,

które było znacznie większe od tego,

gdzie właśnie jestem. Miałem buty, spodnie, kurtkę



i całą resztę, lecz mimo tego mróz szczypał mnie w tyłek,

a psy kuliły się w bramach, skomląc ze strachu.

„To rodzaj krzyku bez końca”.



Rudymentarne poranki

Dzisiaj to wszystko jest trochę nielogiczne.

Powietrze otacza budynki, poważne i niedostępne,

odgrodzone od naocznej miłości.

Być może tamten to namiot. Kto wie.



Kolorowe liny sięgają nieba i trwa jesień.

Kończy się stara gramatyka.

Co chwilę ktoś zgłasza coś przez radio

i mówi, co robić, kiedy dni stają w szeregach

jak wiejskie domy podczas licytacji.



Na początku problemem było to,

jak tutaj w ogóle dotarliśmy,

mając w pobliżu rzekę, jej gotową obecność,

aby prowadzić, nie oceniając naszych działań.



Od czasu do czasu rozmowę przerywała ulewa

lub jakiś ptak w zawiłościach lasu, podczas gdy pogoda

po prostu zrzucała kawałek niechlujnego huraganu

na linię wypielęgnowanych budynków.



Na dobrą sprawę znaliśmy nasze imiona

oraz tożsamość wszystkich drzew w zagajniku,

gdzie przepadło lato, a nieco później ludzie

znowu zaczęli wychodzić na ulice

ubrani jedynie w pogodne transparenty.

Powiało grozą,

lecz dalszy wywód na ten temat

nieustannie znajduje się w kolejnym tomie.



Z drugiej strony tamta tajemnicza ręka

i to jak dryfowała, wciąż rozdając karty,

zdumiewa najbardziej w nurcie spiętrzonego wrzasku:

„problemem są pieniądze, tajemnica jest sosem”.



Chwilę temu żaden z tych problemów

nie należał do nas. Tak szybko podróżują problemy.



Historia zero

W założeniach projektu nie było słowa

o planie awaryjnym. To musiało wypalić.

Wszędzie grzmiały slogany i przemowy

na szerokich trawnikach: „Nie istnieje

alternatywa; tatuaż z mapą skarbu,

szczęśliwe numery lotto wyskrobane

na tylnej ścianie w szczelnie zaszytej

górskiej kryjówce, gdzie oczekują

na wytrwałego odkrywcę, są z zasady

nieważne”. W ten sposób zaczarowana pięść

wylądowała w grupowym gardle, w głębokim

poważaniu przepadła ogólna idea umowy.



A teraz orkiestra ostrożnie się stroi i szykuje do wyjścia

w nieokreśloną przestrzeń parku.

To naprawdę paskudna okolica. Na horyzoncie

gaśnie żarówka i słychać jakieś jęki.

Dzielny pies policjant zdobywa kolejne wzgórze.



Czerwony księżyc leje się z wiadra na miasto,

kiedy pogodni chuligani plują z ostatnich pięter

i płoną podwórka: „Jest cholernie zimno

i nie możesz zasnąć? Lepiej nie zaglądaj już dziś

do lodówki, dziecino, tylko połóż nogę na gazie

i ciśnij do dechy, dopóki jakaś lepsza ekonomia jutra

nie pojawi się na złamanym zakręcie. Ostatecznie

nic tutaj nie jest na serio, to wszystko jest śmiertelnie

niepoważne. Powiedz tylko słowo, a



wszystkie rakiety pójdą prosto do nieba”.



Park ciemnego nieba

„Dokąd idziecie z tymi stopami marchewki?

Dokąd idziecie, w imię Boga?

Z tymi głowami cieląt

I z tymi sercami z forsy?

Dokąd idziecie? Dokąd idziecie?

Idziemy szczać na koniczynę

I pluć na siano”.

–– Robert Desnos, Kąpiel (przeł. Roman Lis)


1.

Powietrze gęstnieje od wzorów i grozy nowych sytuacji.

Pogodne eskadry drylują niebo,

podczas gdy ludzie w dole krzątają się wokół własnych spraw,

wymieniając się numerami telefonów i spostrzeżeniami

w oczekiwaniu na prysznic zabawnych komentarzy.



Pewnie dla niektórych to jest dopiero początek,

podczas gdy inni widzą już doskonale,

co zostało z ich wczesnej wyobraźni,

która poniewiera się jak bielizna rozrzucona w różnych częściach kraju,

ośrodkach władzy i rozrywki, gdzie rozwidlająca się noc

wciela się w zbyt pochopną muzykę.



2.

Ostatecznie zawsze istnieje miła powierzchowność

tych rozstrząsań, kiedy znowu pojawia się pewien stary wątek

odkryty w książce otwartej wiele lat temu, zupełnie przypadkiem,

i wszystkie dawne wytyczne stają się na powrót jasne:



„po prostu przychodzisz i zasuwasz

jak człowiek, stolarz albo murarz,

każdy, kto pracuje rękami”, podczas gdy palmiaste cienie

ślizgają się po ziemi według własnego porządku:



pola oraz krzewy, ceglane domy w narożnikach snu,

miękkie równiny, które rozciągają się jak nieskończony materiał

o wiele większej opowieści, w cieniu której mija również ten dzień

zakończony bramką gospodarzy.



3.

I zdaje się, że też chciałeś coś powiedzieć,

a jednak powstrzymałeś się,

kiedy na rynku pojawili się ludzie,

którzy przybyli tu ze wszystkich stron,



wyrośli ze swoich domów, ubrań

oraz wcześniejszych przekonań,

przyjąwszy wszystko, do czego doszliśmy sami

wbrew szkole i zabobonom sięgającym



od nerwowych szczytów gór,

aż po szczuplutkie zarysy deszczowych plaż,

wszędzie tam, gdzie zabrnęliśmy jeszcze o własnych siłach

pod czarnymi belkami nieba przeżartego przez żywioły,



chroniąc się przed zmierzchem w stodołach

wypełnionych stogami cuchnącego siana,

gdzie w końcu docieramy, wciąż idąc,

choć nadal nie wiedząc, o co chodzi.