Wydanie bieżące

1 września 17 (305) / 2016

Maja Baczyńska, Emilia Dudkiewicz,

DOTYKANIE TAJEMNICY

A A A
Maja Baczyńska: W jaki sposób narodził się projekt „Verbum Incarnatum? Skąd pomysł na połączenie śpiewu gregoriańskiego z improwizacją saksofonową oraz komentarzem opartym na encyklikach Jana Pawła II?

Emilia Dudkiewicz: Pierwsza myśl dotycząca połączenia śpiewu gregoriańskiego z saksofonem pojawiła się podczas XXVII Legnickiego Conversatorium Organowego. W programie koncertu finałowego znalazły się m.in. „Magnificat” Pawła Łukaszewskiego na chór mieszany, saksofon sopranowy, instrumenty perkusyjne i organy oraz „Son of God Mass” Jamesa Whitbourne’a na chór, saksofon sopranowy i organy. Wtedy po raz pierwszy miałam okazję usłyszeć Pawła Gusnara w „odsłonie” sakralnej. Mistrzowską jakość brzmienia, jaką prezentuje, znałam już wcześniej, ale zadziwił mnie sposobem kształtowania czasu muzycznego w tych utworach. Pomyślałam wówczas, że tak niebywała wrażliwość na słowo bliska jest temu, co spotykamy w chorale. A ponieważ jestem związana z Mulierum Schola Gregoriana Clamaverunt Iustizespołem specjalizującym się w śpiewie gregoriańskim, prowadzonym przez wybitnego gregorianistę Michała Sławeckiego – na jednej z prób wspomniałam o moim pomyśle. Dostałam „zielone światło”, zarówno na temat, jak i na formę; był tylko jeden warunek – śpiewamy to, co jest w źródłach według kryteriów semiologicznych. Przyjęłam zatem założenie, że utwory gregoriańskie stanowią fundamentalną warstwę programu, a improwizacje saksofonowe będą odwoływać się do ich stylu wykonawczego i kontemplacyjnego charakteru; oprócz improwizacji pojawiły się dwa utwory w technice alternatim, gdzie saksofon został potraktowany dosłownie jako drugi „chór”. Wiedziałam, że z artystą tej klasy, co Paweł Gusnar, ten dość ryzykowny plan może się udać. Projekt powstawał u progu kanonizacji Jana Pawła II, dlatego w komentarzach nawiązałam do tekstów papieskich: encyklik, przemówień, itp.

M.B.: Z jednej strony jest to płyta z określonym przesłaniem, z drugiej – zawiera materiały w kilku językach, jakby była szykowana do szerszej dystrybucji. Do kogo ją kierujecie?

E.D.: Do wszystkich, którzy poprzez tę muzykę wieków zechcą oderwać się od codzienności i przenieść w inny świat. Po entuzjastycznym przyjęciu koncertów z programem „Verbum Incarnatum” pojawiła się myśl, żeby zarejestrować go na płycie. Występujemy w różnych ośrodkach europejskich, dlatego zależało nam, żeby materiały dołączone do albumu były przygotowane również w języku angielskim i włoskim.

M.B.: Czy Twoje doświadczenia dydaktyczne miały wpływ na charakter płyty?

E.D.: Raczej nie. Chyba że będziemy je rozpatrywać w kontekście przybliżania odbiorcom niełatwych treści w możliwie przystępny sposób z troską o jak najwyższy poziom wykonawczy. Wtedy rzeczywiście dochodzą do głosu zarówno moje doświadczenia dydaktyczne, jak i radiowe.

M.B.: Czy nie obawialiście się, że bezpośrednie odwołanie się do encyklik Jana Pawła II może sprawić, że na Waszą muzykę otworzą się wyłącznie osoby wierzące? Czy muzyka nie powinna być uniwersalna i mimo wszystko „bronić się” bez słów?

E.D.: Program „Verbum Incarnatum” z założenia jest bardzo elastyczny. Komentarze pisałam w taki sposób, żeby bez szkody dla całości można było je pominąć i wykonać wersję czysto muzyczną (choć do tej pory nikt jeszcze nie zdecydował się na jej wybór). Muszę przyznać, że zastanawialiśmy się, czy na płycie nagrać komentarze, czy umieścić je tylko w booklecie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na pierwszy wariant. Śpiew gregoriański jest własnym śpiewem liturgii, a jego istotą jest proklamacja Słowa Bożego – to założenie determinuje interpretację utworów. Każdy, kto decyduje się na wykonywanie lub słuchanie śpiewu gregoriańskiego, styka się – bardziej lub mniej świadomie – z kunsztowną formą modlitwy. Wykonujemy różne programy – zarówno czysto muzyczne, jak i wspomagane słowem. Często otrzymywaliśmy sygnały, że komentarze pomagają w odbiorze tej muzyki. Ale pewnie nie wszystkim, więc trudno uogólniać.

M.B.: A czy ten projekt traktowałaś w jakiś sposób osobiście? Co wniósł w Twoje życie, bo to, że powstała wartościowa płyta, chyba nikt nie ma wątpliwości?

E.D.: Kiedy na mój pomysł odpowiedzieli Paweł Gusnar i Michał Sławecki wraz z koleżankami z MSG Clamaverunt Iusti, wiedziałam już, że wykonanie będzie na najwyższym poziomie i dzięki temu jest szansa na naprawdę ciekawy projekt. W jego realizację włożyłam całe serce, mnóstwo sił, energii i czasu. Jestem również bogatsza o doświadczenia związane z koordynacją wszystkich prac związanych z jego nagraniem i wydaniem.

M.B.: Fryderyk. Spodziewaliście się aż takiego sukcesu? Czy to dobry znak dla muzyki sakralnej w Polsce, że tego rodzaju projekt dostaje główną nagrodę?

E.D.: Zarówno płyta, jak i koncerty bardzo się podobały. Jednak obawiałam się trochę, jak ten program zostanie odebrany na poziomie konkursowym. Mam świadomość, że najbardziej nowatorski zabieg „Verbum Incarnatum” (czyli upodobnienie partii saksofonu do ścisłego stylu wykonawczego śpiewu gregoriańskiego) dotyczy tak specjalistycznej sfery, że niewiele osób, nawet spośród grona genialnych muzyków, jest w stanie dostrzec tego rodzaju niuanse. Regulamin, według którego płyty są kwalifikowane do konkursu Fryderyków, jest bardzo restrykcyjny, więc tym bardziej zgłoszenie albumu łączącego chorał z saksofonem do kategorii „Muzyka Dawna” było ryzykowne. Bardzo się cieszę, że nasza płyta została aż tak doceniona. Muzyka sakralna w Polsce nie ma zbyt łatwo. Co prawda tegoroczne Fryderyki pokazują otwartość środowiska na ten rodzaj muzyki (warto podkreślić, że dwie statuetki za albumy z muzyką sakralną otrzymał Paweł Łukaszewski), ale często na mapie koncertowej traktowana jest jako coś, co bezpieczniej pominąć, bo ktoś może poczuć się urażony, bo może okazać się za trudna dla słuchaczy itd. Chyba nie będzie przesady w twierdzeniu, że zarówno polscy kompozytorzy, jak i wykonawcy specjalizujący się w tej dziedzinie bardziej są rozumiani i doceniani za granicą niż u nas.

M.B.: A co w muzyce sakralnej jest najważniejsze?

E.D.: To jest bardzo szeroki temat, ale pomijając szczegółowe refleksje, wydaje mi się, że w muzyce sakralnej najważniejsze są trzy elementy, które w jednakowym stopniu dotyczą kompozytorów i wykonawców. Po pierwsze biegłość w rzemiośle. To, że muzyka sakralna jest związana z religijnością, nie oznacza, że może być byle jaka; nie wystarczą dobre chęci i pobożność. Po drugie poszukiwanie prawdy (także tej artystycznej), a po trzecie pokora. Abstrahując od tego, czy ktoś jest wierzący, czy nie, obcowanie z sacrum wiąże się z dotykaniem tajemnicy; muzyka sakralna powinna pobudzać do duchowej refleksji. Śpiew gregoriański uznawany jest za najwyższą formę muzyki sakralnej; jego siła tkwi w prostocie i naturalności, choć od strony muzycznej jest niezwykle wyrafinowany. Najważniejsze jest w nim podążanie za słowem w natężeniu niespotykanym w żadnym innym rodzaju śpiewu. Na tym polega sekret interpretacji zapisu tych melodii. Skoro melodia stanowi narzędzie pozwalające na oddanie sensu i charakteru słowa, należy uwolnić ją z ograniczeń rytmicznych. To jest wielka trudność dla nas, ludzi wychowanych w strukturach rytmicznych, bombardowanych nimi z każdej strony. Dla muzyka ukształtowanego „klasycznie”, nie mającego wcześniej styczności z chorałem, jest to często trudność nie do przeskoczenia. Trzeba totalnie zmienić myślenie. Poza tym, a może przede wszystkim, ten śpiew ma być odpowiedzią na piękno samego Boga.

M.B.: Czy będzie kontynuacja? Czy kolejna płyta będzie równie ideowa? Czy są jakieś plany?

E.D.: Mamy na koncie kilka koncertów z programem „Redemptor”, który jest bliźniaczy w formie, ale podejmuje nieco inny temat. Pisany był z myślą o charytatywnych koncertach dla naszych włoskich przyjaciół, a ponieważ wykonywaliśmy je m.in. w Wielkim Tygodniu, opiera się głównie na repertuarze wielkopostnym, komentarze natomiast nawiązują do myśli kard. Stefana Wyszyńskiego. Jeszcze w tym roku nagrywamy „Misterium Christi” Michała Sławeckiego na chór gregoriański i organy. W przyszłym roku czeka nas jubileusz 10-lecia zespołu, który chcemy uczcić ciekawymi wydarzeniami. Chodzi mi po głowie pomysł jeszcze szerzej zakrojony niż „Verbum Incarnatum”, ale czas pokaże, czy i kiedy uda się go wcielić w życie.
Fot. Krzysztof Kotynia.