Wydanie bieżące

15 września 18 (306) / 2016

Adriana Biedrowska,

BEZ DOGMATU (MACIEJ DUDA: 'DOGMAT PŁCI')

A A A
Podczas lektury książki Macieja Dudy „Dogmat płci. Polska walka z gender” nieustannie towarzyszyła mi myśl o ogromie pracy czytelniczej, którą musiał wykonać autor, tworząc ten obszerny komentarz – bo tak chyba należy rozumieć niniejszą pozycję – do niezliczonych tekstów na temat gender pojawiających się w Polsce na przestrzeni lat 2007–2015. Trzydziestostronicowa bibliografia zawiera nie tylko książki naukowe (czy uważane za takie przez niektóre środowiska), lecz także artykuły publicystyczne, listy pasterskie, homilie, komentarze, notki prasowe czy liczne teksty internetowe. Należy przy tym pamiętać, że w bibliografii umieszczono tylko cytowane teksty; autor przeanalizował całe roczniki pism – gazet codziennych, tygodników, miesięczników… – pod kątem treści dotykających tematów „genderowych”. Jak sam pisze: „Liczba tekstów jest niebagatelna. Podobnie jak ich różnorodność (…). Obfitość dzieł [antygenderowych – A.B.] i dociekliwość badaczy zdumiewa. »Dogmat płci« to wynik ich lektury” (s. 10).

Wychodząc od zarzewia konfliktu, którym był program „Równościowe przedszkole”, Duda prezentuje i komentuje cały zalew tekstów pojawiających się w Polsce od 2007 roku. Autor na ponad sześciuset stronach analizuje treści, które wyszły spod pióra osób stawiających się po prawej stronie sceny politycznej, uważających się za ludzi wierzących, broniących swej religii przed napływem „ideologii gender”. Duda omawia teksty rodzimych autorów, jak również książki przetłumaczone na język polski, będące często niezweryfikowaną podstawą do ferowania wyroków dla publicystów z naszego ogródka. W ostatniej części, niejako w opozycji czy dla kontrastu, autor „Dogmatu płci” prezentuje treści drukowane przez dziennikarzy pism katolickich, które uważane są za bardziej liberalne – „Znaku”, „Więzi” czy „Tygodnika Powszechnego”. Duda już na wstępie zapewnia o obiektywizmie swojej książki: „Próba polemiki wielokrotnie ustępuje tutaj miejsca próbie prezentacji” (s. 10). To prawda, autor stara się zachować bezstronność, choć momentami nie trzyma pióra w ryzach i odważa się na mniej lub bardziej złośliwy komentarz. Trudno jednak przez ponad sześćset stron pozostać przezroczystym wobec takich nadużyć jak oskarżanie feminizmu o to, że holenderscy żołnierze pełniący misję w ramach ONZ dopuścili do ludobójstwa w Srebrenicy (s. 163). Jak zaznacza Duda: „Głównymi autorami niniejszego tomu pozostają język i retoryka. To im przyglądam się szczegółowo (s. 10)”. Filologa na pewno ucieszy takie zapewnienie. Rzeczywiście, analiza języka bardzo dogłębnie pokazuje, w jaki sposób buduje się w odbiorcy zamierzone postawy, jak można manipulować informacjami i emocjami, a także… jak retoryka „zaniepokojonych” publicystów tak naprawdę nie zmienia się mimo upływających dziesiątków, a nawet setek lat.

Pisząc o tematach „genderowych”, z premedytacją użyłam cudzysłowu, a to dlatego, że trudno jednoznacznie stwierdzić, co mieli na myśli cytowani przez Dudę autorzy idący na wojnę z „genderem”. Brak klarownej definicji tego zjawiska to zresztą jeden z argumentów przytaczanych przez „wrogi obóz”. „Jak wszystkie pojęcia postmodernistyczne, tak i gender nie ma jasnej definicji” (s. 381) – przytacza Jana Guzowskiego Duda, a w innym miejscu niejako ripostuje: „Zarzut braku jednoznacznej definicji terminu »gender« odbija się w negujących go określeniach, które także w żaden sposób nie zostają jednoznacznie zdefiniowane” (s. 335). Niezrozumienie, czym tak naprawdę jest gender, skutkuje często zupełnym rozminięciem znaczeń. „Pojęcia gender używa się na określenie orientacji seksualnej wszelkiego typu: hetero, homo, bi itd.” – pisze cytowana przez Dudę Gabriele Kuby (s. 315); „W zakresie jego [ks. Oko – A.B.] zainteresowań pozostaje walka nie tylko z »ideologią gender«, ale też z edukacją seksualną oraz związkami partnerskimi czy raczej homoseksualnymi. W opinii księdza między wskazanymi kwestiami nie ma różnicy” (s. 434) – komentuje wywody najszerzej chyba cytowanego autora Duda. Przytaczani publicyści niemal wymiennie używają sformułowań: gender, feminizm, queer, orientacja seksualna. Wśród wyrażeń synonimicznych wobec słowa „gender” można znaleźć natomiast: dochodowa ideologia, nowe opium dla ludu, zlikwidowanie wszelkich różnic między płciami, deprawacja, seksualizacja dzieci, zmiana płci (biologicznej), nie mówiąc już o sugerowaniu związku gender z bolszewizmem czy marksizmem-leninizmem. Dlatego też autor „Dogmatu płci” już na wstępie podkreśla, że przytaczane przez niego „antygenderowe” wypowiedzi nie są konstruktywnymi „narracjami krytycznymi wobec”; to teksty „budowane na przeświadczeniach autorek i autorów lub na wiedzy z drugiej ręki, nie na odruchu sprawdzania i badania stanu faktycznego” (s. 9). Szukając odpowiedzi na pytanie, czym tak naprawdę jest gender, można zajrzeć do stosunkowo świeżej pozycji wydawniczej zbierającej setki haseł związanych z zagadnieniem płci kulturowej – „Encyklopedii gender”. Definiuje ona m.in. takie hasła jak gender budgeting, gender mainstreaming czy gender studies, czyli zjawiska, o których wypowiadają się – choć nie nazywając ich raczej w ten sposób – cytowani przez Dudę autorzy. Pod najważniejszym dla niniejszego omówienia, najogólniejszym hasłem można przeczytać: „Gender (płeć) – kategoria odsyłająca do kulturowo-społecznego charakteru norm płci i ich relacji. Pojęcie funkcjonuje w języku polskim w anglojęzycznym oryginale bądź jest tłumaczone na (…) »płeć kulturową«, »płeć społeczną«, »płeć społeczno-kulturową« czy też w ogóle coraz częściej »płeć«. (…) W 1955 roku John Money użył tego słowa, aby zdefiniować społeczne odgrywanie ról seksualnych i odróżnić płeć kulturową od płci biologicznej (…)” („Encyklopedia gender” 2014: 155).

Ciągnąca się przez kilka stron definicja autorstwa Karoliny Krasuskiej nie jest może zupełnie jasna dla osoby, która pierwszy raz ma do czynienia z tematem gender, ale jest na tyle zrozumiała, że po jej przeczytaniu za zupełnie nieuzasadnione należy uznać przytoczone wyżej określenia bądź straszenie, jakoby gender miało na celu niszczenie rodziny – między innymi poprzez aborcję, „seksualizację dzieci” czy „masturbowanie nowo narodzonych dzieci” (ss. 18, 186 i in.), „promowanie homoseksualizmu, hedonizmu, a nawet pewnych odmian zoofilii i pedofilii” (s. 177). Trudno tak naprawdę stwierdzić, skąd autorzy przytoczonych sformułowań czerpią wiedzę na temat gender. Informacje, które podają oni jako „fakty”, najczęściej nie są udokumentowane żadnymi przypisami, o absurd zakrawają zaś takie dane jak te przytaczane przez ks. Dariusza Oko: „20 procent gejów powiedziało, że miało więcej niż 100 partnerów, 50 procent – pomiędzy 100 a 1000, a 25 procent, że ponad 1000” (s. 199). Nie wiadomo, skąd ks. Oko zaczerpnął powyższe informacje, ale liczby mogą mocno oddziaływać na naiwnego czytelnika, który ufa autorytetowi księdza profesora – jako osoby duchownej i związanej ze światem akademickim.

Maciej Duda, analizując „antygenderowe” publikacje, zwraca szczególną uwagę na charakterystyczny język wypowiedzi. To, co narzuca się już od pierwszych stron „Dogmatu płci”, to retoryka wojenna, przejawiająca się w takich sformułowaniach jak: „Straż przeciw gender” (s. 45), „Rodzice, brońcie dzieci przed współczesnym Herodem!” (s. 80), „feminoterrorystki i genderbanda” (s. 97), „dostarczanie amunicji-argumentów” (s. 149). Gdyby podjąć się trudu stworzenia statystyki najczęściej padających w książce wyrazów, słowo „wojna” plasowałoby się na bardzo wysokiej pozycji, ustępując zapewne miejsca jedynie leksemom „gender” czy „ideologia”. Komentując działania ks. Pawła Bortkiewicza, głównego bohatera kontrowersyjnego wykładu, który odbył się na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu i zakończył się interwencją policji, Duda pisze: „Trudno oprzeć się wrażeniu, że prowadzona narracja jest opowieścią pretendującą do gawędy z pola walki, klechdy frontowej” (s. 98). Autor „Dogmatu płci” podkreśla także ewolucję, jaka nastąpiła w języku stosowanym w publikacjach „antygenderowych”: „W 2009 roku teoria gender była wyzwaniem, z którym badacze radzili sobie w różny sposób (…). Tytułowe wyzwanie dla teologii dawało możliwość dialogu, nie wojny (…). Z jakiegoś powodu możliwość dialogu została jednak zawieszona” (ss. 382–383). Do tego stopnia, że niektóre cytowane przez Dudę teksty przypominają romantyczną opowieść o Polsce jako Mesjaszu narodów; „powołaniem Polski jest uratowanie Zachodu” (ss. 254–255) – pisze często przywoływana Marzena Nykiel, a według Grzegorza Strzemeckiego „póki co zło czai się na zewnątrz, widzimy je w postaci działań Komisji Europejskiej oraz praktyk zachodnich gejów, którzy mogą najechać »nasz kraj«” (s. 273). Topika wojenna to zresztą jedno z wielu narzędzi stosowanych przy tworzeniu „antygenderowych” tekstów. Jak pisze Duda: „Pod względem formy i treści nie można ich wrzucić do jednego worka. Uznać należy jednak, że ich autorzy i autorki wykorzystują podobne, jeśli nie te same mechanizmy retoryczne” (s. 149). Wśród nich można wymienić m.in. grę na emocjach czytelnika, powoływanie się na autorytet piszącego, szum informacyjny, wysoki poziom abstrakcji, grę z wyobraźnią odbiorcy, manipulowanie wartościami istotnymi dla czytelnika (wiara, patriotyzm), stosowanie ironii i kpiny w miejsce konkretnych argumentów. Niewątpliwie analiza językowa „antygenderowych” publikacji należy do najciekawszych fragmentów książki Dudy.

Drugim bardzo cennym elementem „Dogmatu płci” jest zestawienie współczesnej „walki o gender” z publikacjami z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Już na początku książki Duda przytacza obszerny fragment tekstu Tadeusza Boya-Żeleńskiego „Nasi okupanci”, który opisuje (etycznie podejrzany, bo oparty na groźbach i manipulacji) proceder zbierania głosów przeciwko „heretyckiemu projektowi nowej ustawy małżeńskiej” umożliwiającemu rozwód cywilny. „Straszliwe niebezpieczeństwo zagraża rodzinom: za podszeptem złego ducha ma być wprowadzona ustawa, w myśl której mężowie będą mogli bezkarnie porzucać żony wraz z dziećmi na ulicę bez zaopatrzenia, sobie zaś będą mogli brać inne kobiety” – mówi „zacna matrona” w tekście Boya-Żeleńskiego (ss. 22–23). Heretycka ustawa? Zagrożenie rodziny? Skądś już to znamy. „To przytoczenie pokazuje, jak historycznie zmienny i zależny od modernizujących wpływów jest ów fantazmat straszliwego niebezpieczeństwa” – podsumowuje Maciej Duda (s. 23). Mistrzowsko zestawia ze sobą teksty współczesne i te sprzed niemal stu lat, punktując tezy, które przytaczali autorzy niezależnie od epoki. I tak argument „Zagłada Europy” obrazuje zarówno list pasterski prymasa Augusta Hlonda, jak i homilia arcybiskupa Henryka Hosera; o „szkodliwych zmianach prawa i atakach na Polskę” pisały rodzime episkopaty w latach 1931 i 2013, o „zagrożeniu rodziny” ostrzegali prymas Hlond oraz współcześni polscy biskupi, podobnie jak wysnuwali następujące argumenty: „Egoizm i brak poświęcenia”, „Seksualizacja dzieci” oraz „Totalitaryzm, czyli bolszewizacja i »ideologia gender«”. Sposób przekonywania, język, retoryka nie zmieniły się mimo upływu lat. Tak naprawdę rodzina wciąż jest zagrożona, a Polska ma potencjał, by chronić Europę. To zestawienie tekstów zaproponowane przez autora „Dogmatu płci” jest bardzo znaczące. Ponoć Polacy to naród łączący się tylko w obliczu niebezpieczeństwa. Czyżby nieustanne kreowanie wroga było konieczne dla konstytuowania się polskiej tożsamości narodowej?

„Etykieta wygłoszona z pozycji hierarchy staje się ciałem. Na tym polega magiczna funkcja języka” (s. 428). Książka Dudy udowadnia mi po raz kolejny, że otaczające nas konflikty mają źródło właśnie w języku. Jego performatywna, sprawcza moc jest bardzo niebezpieczna. Brak jednoznacznego zdefiniowania terminu „gender”, mylenie kluczowych pojęć – to wystarczy, by wywołać i prowadzić zaciekłą wojnę. Aby jeszcze lepiej zrozumieć procesy opisywane przez Dudę, warto więc, jak na filologa przystało, sięgnąć po „Słownik wyrazów obcych” i przeczytać, jak definiowane jest drugie tytułowe słowo klucz: „Dogmat – zasada teologiczna objęta kanonem wiary, podana przez Kościół do wierzenia jako niewzruszona prawda, nie podlegająca krytyce ani dyskusji (…); twierdzenie przyjmowane bezkrytycznie za prawdę tylko na podstawie autorytetu, bez względu na zgodność z doświadczeniem i zdrowym rozsądkiem” (Kopaliński 1975: 229).

Powyższa definicja autorstwa Władysława Kopalińskiego, składająca się de facto z dwóch części, bardzo dobrze odzwierciedla problemy, o których pisze Duda. Po pierwsze, tytułowy „dogmat płci” odnosi się do chrześcijańskiej wiary w Boga, który stworzył kobietę i mężczyznę, nadał im płeć. W zamyśle „antygenderowych” publicystów płeć jest dogmatem, który trzeba przyjąć. Jak mówi „Katechizm Kościoła katolickiego”: „Każdy człowiek, mężczyzna i kobieta, powinien uznać i przyjąć swoją tożsamość płciową” (KKK 2333). Autorzy, których cytuje Duda, w większości mylą sex z gender, a tożsamość płciową z orientacją seksualną, używają złych pojęć, wprowadzając w błąd potencjalnego odbiorcę, jednak można domyślić się, że ich pisma są motywowane właśnie nakazami i zakazami Magisterium Kościoła. Co prawda będąc osobami wierzącymi, nie powinni oni używać takiego, a nie innego języka, manipulować faktami i mylić czytelnika. Co więcej, nakaz płynący z „Katechizmu Kościoła katolickiego” nie wydaje się stać w sprzeczności wobec studiów genderowych. Jak trafnie pisze przywoływany przez Dudę ks. Jacek Prusak publikujący w „Tygodniku Powszechnym”: „Nie jesteśmy bezpłciowymi istotami przybierającymi ludzkie formy, ale nie utożsamiajmy biblijnej koncepcji stworzenia mężczyzny i kobiety do rangi dogmatów” (s. 181). Część książki Dudy poświęcona tekstom zamieszczonym przede wszystkim w „Więzi”, „Znaku” i „Tygodniku Powszechnym” udowadnia, że rozmowa o gender z katolickiego punktu widzenia może być rzeczowa i spokojna. Przede wszystkim jest ona dialogiem, a nie retoryczną wojną (na obelgi).

Druga część definicji hasła „dogmat”, nieodwołująca się do żadnego systemu religijnego, mówi w pewnym sensie o upraszczaniu oglądu rzeczywistości. Uznanie czegoś za dogmat jest o tyle proste, że nie wymaga dogłębnego badania danej sprawy – wystarczy przyjąć niejako na wiarę dane stwierdzenie, uznając, że jego autor jest godzien takiego zaufania. Idąc dalej tropem definicji – doświadczenie może nieraz udowadniać, że „dogmat płci” nie zawsze sprawdza się w prawdziwym życiu. Rzeczywistość rzadko bywa czarno-biała, a pojmowanie świata w kategoriach dogmatów nie odzwierciedla jego złożoności. Problemy z gender jako płcią kulturową były, są i zapewne będą, bo natura ludzka chce pokonywać schematy, bariery i ograniczenia. Sam Duda tłumaczy, że tytułowy dogmat „wskazywać ma pewne zamknięcie opisywanych narracji” (s. 14). Wielokrotnie wskazuje na szufladkowanie, którego dopuszczają się także autorzy publikujący w pismach uznawanych za liberalne czy też lewicowe: „Każdy tekst musi zacząć się od opisu oraz kategoryzacji i pytań normalizujących w stylu: kim jesteś, homo, hetero? Odpowiedź musi zostać odniesiona do dychotomicznych kategorii płciowych i kulturowych. Autorzy tekstów czują obowiązek wyjaśnienia” (s. 115). Owszem, szufladkowanie jest zawsze uproszczeniem, zazwyczaj krzywdzącym, ale potrzeba jasnego kategoryzowania świata leży, jak mniemam, u podstaw ludzkich potrzeb. By czuć się bezpiecznie, człowiek musi nazywać, a więc i klasyfikować dane zjawiska, by nie dopuścić do poznawczego chaosu. Walka z uprzedzeniami, stereotypami, także tymi dotyczącymi płci, jest jak najbardziej chwalebna, czego w dużej mierze nie widzą cytowani przez Dudę autorzy. Trzeba jednak mieć na uwadze, że nie da się uniknąć pewnej systematyzacji, porządkowania zjawisk i wyraźnego ich nazywania. Marzena Nykiel w jednej z cytowanych przez Dudę książek stwierdza, że „doskonałą ochroną przed ideologią gender jest filozofia klasyczna”. Cóż, wielcy miłośnicy mądrości świata starożytnego byli najczęściej także tymi, którzy nienawidzili kobiet. Philo-sophia kontra miso-gyne. Stereotypizacja płci pojawiająca się w ich pismach bywa zatrważająca. Jest jednak taka myśl dawnych mędrców, która towarzyszyła mi podczas lektury „Dogmatu płci”, a która powinna być bliska każdej stronie tego genderowego sporu – idea złotego środka…

„Wojnę z gender” widzę jako prowadzoną na dwóch frontach. Przede wszystkim jest to walka z językiem właśnie, z ciągłym nadbudowywaniem mylnych znaczeń – niebezpiecznym, bo stwarzającym realną rzeczywistość w postaci atmosfery strachu i czyhającego niebezpieczeństwa. Po drugie, jest to wielowiekowa, jeśli nie odwieczna walka o odmiennie pojmowane wartości. Wojna z dogmatem, rozumianym także jako trwała podstawa, wartość właśnie, na której buduje się światopogląd, jest starsza niż zestawiane przez Dudę ze współczesnością dwudziestolecie międzywojenne. Ciągła walka starego z nowym, tradycji i postępu, w końcu konserwatyzmu i liberalizmu to nieustanna wojna poglądowo-pokoleniowa. Porównanie wypowiedzi, które oddziela od siebie cała epoka, tylko udowodniło coś, co można nazwać uniwersalizmem postaw. Niestety, nie płynie z tego żadna pociecha dla przyszłych pokoleń – ta walka nigdy się nie skończy… Inna sprawa, że ścieranie się światopoglądów powinno odbywać się w inny sposób niż poprzez grę na emocjach, manipulację czy nawet oskarżanie o zbrodnie.

Postscriptum

Publikacja Macieja Dudy, jak sądzę, była potrzebna, dokumentuje bowiem zjawisko bardzo ciekawe, które wybuchło dość nagle, przeżyło bardzo intensywnie swój czas i nieco przycichło. Szkoda jednak, że tak obszernej i bogatej w treść książki nie przejrzał dobry redaktor (i korektor), dzięki któremu zapewne udałoby się uniknąć takich pomyłek jak przytaczanie biskupa Bendyka (w rzeczywistości Mendyka), Przemysława Kucharczyka (naprawdę – Kucharczaka; cytowanego dość często, zawsze z błędem), Grzegorza Rysia, który jest biskupem, a nie etatowym dziennikarzem „Tygodnika Powszechnego”, jak można zrozumieć z wywodu Dudy, nie mówiąc już o błędach w składzie czy zwykłych literówkach. Są to kwestie tylko pozornie kosmetyczne; nie tylko utrudniają one lekturę (gdy strona 477 ma swoją kontynuację… dwie kartki dalej), ale mogą świadczyć o pewnej nonszalancji autora. Owszem, ma on prawo do błędów, zwłaszcza przy takim ogromie materiału, ale właśnie dlatego wydawnictwo, które ma w nazwie „naukowe”, powinno zadbać o to, by tekst został profesjonalnie zredagowany i przejrzany. To zatrważające, że nawet znane i liczące się z czytelnikiem wydawnictwa rezygnują z redaktorów czy korektorów, nie zauważając na to, że minimalizując koszta produkcji książki, zmniejszają także jej jakość.

LITERATURA:

„Encyklopedia gender. Płeć w kulturze”. Red. M. Rudaś-Grodzka i in. Warszawa 2014.

„Katechizm Kościoła katolickiego”. http://www.katechizm.opoka.org.pl.

Kopaliński W.: „Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych”. Warszawa 1975.
Maciej Duda: „Dogmat płci. Polska wojna z gender”. Wydawnictwo Naukowe Katedra. Gdańsk 2016.