Wydanie bieżące

15 września 18 (306) / 2016

Józef Jaskulski,

DZIKIE HISTORIE (HAMPTON SIDES: 'KREW I BURZA')

A A A
Reklamowana jako transpozycja Cormaca McCarthy’ego na literaturę faktu książka Hamptona Sidesa „Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu” McCarthym nie jest, ani też – na szczęście dla siebie – do stylu McCarthy’ego nie aspiruje. Najnowsza pozycja w „Serii Amerykańskiej” jest drugą w tym cyklu (po „Imperium księżyca w pełni” S.C. Gwynne’a) publikacją o tematyce „westernowej” poświęconą historii wielkich plemion Południowego Zachodu USA. O ile jednak obie książki zazębiają się tematycznie (Gwynne pisze o Komanczach, Sides o Nawahach), „Krew i burza” w odróżnieniu od poprzedniczki wolna jest od „McCarthyzmu”, który czytelnikowi Gwynne’a mógł odbijać się czkawką. Bo choć nazwisko autora „Drogi” działa jak wabik rynkowy dla książek o amerykańskim pograniczu, niepodrabialny styl McCarthyego w rękach naśladowców razi pretensjonalnością.

Jeśli już z czymś „Krew i burzę” porównywać, to chyba z najlepszymi westernami Johna Forda. Rzecz dzieje się w połowie XIX wieku w Nowym Meksyku, dziś raju dla emerytów (mikroklimat, bliskość przyrody, stosunkowo niskie podatki), w tamtych czasach ziemi jałowej, która znana była głównie z tego, że przecinające ją szlaki prowadziły do bardziej wartościowych terenów, z Kalifornią na czele. Niby nic nowego, w końcu Nowy Meksyk zawsze mamił przybyszów mirażami bogactwa, od poszukującego złotych miast Francisca de Coronado ,po manufakturę metaamfetaminy Waltera White’a w Albuquerque. Tym jednak, którzy Nowy Meksyk kojarzą głównie z belfrem prowadzącym narkobiznes w „Breaking Bad”, autor „Krwi i Burzy” przypomina, że w stanie nazywanym „Krainą Czarów” niestworzone historie działy się od zawsze. Podobnie jak Ford, Sides snuje swoją historię w sposób wielowątkowy, zestawiając ze sobą zróżnicowane źródła (obszerna bibliografia „Krwi i burzy” liczy ponad czterysta pozycji): zapiski żołnierzy amerykańskich walczących w wojnie meksykańsko-amerykańskiej (1846-48), korespondencję meksykańskich dowódców, pamiętniki angloamerykańskich pionierek, przemówienia wodzów Nawahów i transkrypcje ich rokowań z rządem USA, wreszcie liczne opracowania akademickie i beletrystyczne.

Budowana w ten sposób opowieść przybiera strukturę horyzontalną ukształtowaną na modłę Deleuziańskiego kłącza czy Bachtinowskiej narracji polifonicznej. W podobny sposób pisali o amerykańsko-meksykańskim pograniczu choćby Gloria Anzaldua w „Borderlands/La Frontera: The New Mestiza” czy Neil Campbell w „Rhizomatic West”. Południowy Zachód w ich książkach to kraina hybrydyczna, niejednoznaczna, w nieustannym dialogu ze swoją ponurą historią. Miejsce w ciągłym ruchu, pomimo dzielących go murów (tych istniejących i tych planowanych), arbitralnie ustalonych granic i wszechobecnych vigilantes. Sides do pewnego stopnia podąża podobnym tropem i wychodzi mu to całkiem sprawnie. Narracja Sidesa jest hybrydą historii wielkiej i lokalnej, faktografii i mitu, apologetyki i autorefleksji. Głównymi aktorami w jego narracji są z jednej strony agenci raczkującego imperializmu (generałowie Kearny, Canby, Carleton i Sherman), których przewodnikiem po niezbadanej krainie jest Kit Carson, legendarny traper z Kentucky. Po drugiej stronie konfliktu mamy strażników hiszpańskiego ładu kolonialnego (gubernatora Armijo, generałów Santa Annę i Castro), a pomiędzy jankeskim młotem i meksykańskim kowadłem – Nawahów, plemię równie hybrydyczne, co sam region.

To właśnie na przykładzie Nawahów Sides opowiada o końcu amerykańskiego pogranicza oraz kultur jego rdzennych mieszkańców. Nawahów z „Krwi i burzy” nie sposób nie lubić. Mistrzowie rękodzielnictwa, których dzieła cechują celowe niedoróbki (jakby na przekór amerykańskiemu perfekcjonizmowi). Pół-nomadzi o niezwykłych umiejętnościach adaptacyjnych, którzy swój byt oparli na koniach i owcach przejętych od Hiszpanów oraz kulturze rolniczej podpatrzonej u sąsiadów z plemion Hopi i Pueblo. Zapędzeni do rezerwatu podrabiają rządowe stemple w celu zwiększenia przydziałów żywności. W ogniu walki trollują kawalerzystów, wygrywając fałszywe komendy na zdobycznej sygnałówce. Od architektonicznego ładu bardziej cenią swojski nieporządek – ich gliniane szałasy zakłócają harmonię majestatycznego krajobrazu w sposób równie krnąbrny, co wszechobecne nad Wisłą pastelowe „gargamele”. I wydaje się, że rację miał cytowany przez Sidesa generał Kearny, kiedy pisał o Nawahach jako o „jedynym plemieniu Indian, które zetknąwszy się z białymi ludźmi, rośnie w siłę” – dziś, sto pięćdziesiąt lat po powrocie na plemienne ziemie, Nawahowie są właścicielami największego z rezerwatów na terenie kraju, prowadzą kasyna i wciskają niemieckim wannabe Indians łapacze snów przy Route 66. Wielu Nawahów wystąpiło na srebrnym ekranie u boku Johna Wayne’a (na potęgę zatrudniał ich jako statystów John Ford), jeszcze liczniejsi zasilili szeregi US Marines w czasie II Wojny Światowej, służąc jako szyfranci na Pacyfiku.

Skoro już o Niemcach mowa: romantyzacja rdzennych Amerykanów w duchu wielbicieli Karola Maya widoczna jest w wielu tekstach archiwalnych przytaczanych przez autora „Krwi i burzy” – zapiski z epoki obfitują w porównania (dziś absurdalne, wówczas rozpowszechnione – wystarczy wspomnieć o „A Tour on the Prairies” Washingtona Irvinga, przyrównującego Osedżów do Rzymian, a lasy Oklahomy do gotyckich katedr), których autorzy i autorki dostrzegają w Nawahach „pasterzy ze stepów Mongolii”, krewniaków Arabów czy jedno z zagubionych plemion Izraela. Język ten jednocześnie jednak nie przeszkadzał angloamerykańskim kolonizatorom w realizacji polityki, którą z dzisiejszej perspektywy zakwalifikowalibyśmy jako ludobójczą. Krótka analiza cytowanego przez Sidesa idiolektu Kita Carsona pokazuje, że wypracowali oni eufemistyczny żargon, pozwalający zracjonalizować okrucieństwo, które towarzyszyło realizacji ideologii „Boskiego Przeznaczenia”. Carson określa pościgi za uciekającymi Indianami „sportem”, zbrojne starcia nazywa „ładnymi”, masakry – „perfekcyjną rzezią”. Deportacja Nawahów na nizinne tereny nad rzeką Pecos, podczas której Indianie masowo umierali z wycieńczenia i od kul eskortujących ich żołnierzy – zostające w tyle osoby rozstrzeliwano – do dziś nazywana jest „Długim Marszem” (historiografia drugiej połowy dwudziestego wieku wypracowała w tym zakresie bardziej bezpośrednią terminologię).

Eufemistyczny język Amerykanów koresponduje z melodramatyzmem relacji meksykańskich: operetkowa korespondencja dowódców, ucieczki gubernatorów i konformizm żołnierzy siłą wcielonych do armii. W świetle dokumentów cytowanych przez Sidesa, wojna meksykańsko-amerykańska – pilotażowy projekt amerykańskiego interwencjonizmu – jawi się jako tragifarsa raczej niż horror. Z perspektywy „Krwi i burzy” konflikt z Meksykiem był poligonem doświadczalnym dla amerykańskiej soft power: ćwiczeniem z autoprezentacji, wkupywaniem się w łaski miejscowej ludności za pomocą niemożliwych do spełnienia obietnic. To także ilustracja błyskawicznego tempa ekspansji USA, które nienapastowane przez kraje ościenne – jeśli nie liczyć konfliktów z Wielką Brytanią – w bezprecedensowy sposób powiększyły swoje terytorium przy minimalnych stratach własnych. Katalizatorem tych zmian był Kit Carson.

Carson Sidesa jest pierwszym celebrytą Dzikiego Zachodu (wbrew swej woli), protoplastą komiksowych superbohaterów i westernowych machos, liminalnym pośrednikiem między społeczeńśtwem a dziczą i wzorcowym self-made manem, który osiąga sukces na przekór przeciwnościom losu. Archetypalny samiec alfa (przebiegły negocjator, wytrawny myśliwy, sprawny tropiciel, wyborowy strzelec) i postać paradoksalna. Przecierając szlaki osadnicze na Zachód, Carson pomaga tym, którymi pogardza. Fetowany przez autorów powieści groszowych od Nowego Jorku po Kalifornię, żyje z dala od cywilizacji, jednak pozostaje na jej usługach i tym samym mimowolnie daje jej się dogonić. Jako Mr. Indispensible wzywany jest na ratunek, kiedykolwiek imperium znajduje się w opałach. Pracoholik przedkładający lojalność względem misji ponad lojalność wobec najbliższych; zimnokrwisty zabójca, bicz na „dzikich” i – podobnie jak bohaterowie kawaleryjskich westernów Forda – paternalistyczny rasista.

A jednak, choć pełna mrocznej pikanterii, „Krew i burza” pozostaje utworem w pewnej mierze afirmatywnym. Nie jest to dzieło przynależące do nurtu New West History, a więc historii rewidującej narracje o wyczynach białych, brodatych mężczyzn. Zresztą, jak zauważa jedna z prekursorek „społecznej” historii Dzikiego Zachodu, Patricia Limierick, rewidując legendę, jest się skazanym na zastąpienie jej nowym mitem (bądź antymitem, jak w przypadku McCarthy’ego) – być może stąd słowo epic w anglojęzycznym tytule książki. W każdym razie „Krew i burza” nie jest narracją nihilistyczną. Opisy: kobiet żegnających żołnierzy wyruszających w bój, wizyty Carsona w Białym Domu czy rozmowy generała Shermana z szamanem Nawahów dalekie są od podszytych grozą, metafizycznych powieści McCarthy’ego. I o ile w demiurgicznych ambicjach generała Carletona czy frenologicznym zacięciu Dicka Kerna można dopatrzeć się cech sędziego Holdena, o tyle Carson z pewnością nie jest Dzieciakiem (podobieństwa zaczynają się i kończą na ucieczce z domu w stylu Huckelberry’ego Finna), a jego kawalerzyści to mimo wszystko nie banda Glantona z „Krwawego Południka”. O czym zresztą przypomina sam autor, kiedy zestawia bitwę Carsona z Komanczami i Kiowami pod Adobe Walls z masakrą Czejenów dokonaną przez ochotników pułkownika Chivingtona nad Sand Creek. Jeśli w Carsonie dostrzegać bohatera McCarthy’ego, to chyba tylko szeryfa Bella z „To nie jest kraj dla starych ludzi” – postać anachroniczną, relikt zagubiony w upłynniającej się rzeczywistości. Przy czym Sides (w odróżnieniu od McCarthy’ego) mimo wszystko pozostaje apologetą mitu. I dlatego bliżej mu do Forda, który w „Człowieku, który zabił Liberty Valance’a” dekonstruuje ideologię amerykańskiej success story, jednak w ostatecznym rozrachunku ją afirmuje („kiedy legenda staje się faktem, drukujmy legendę!”).

Chociaż western powszechnie uważany jest za gatunek na wymarciu (względnie genre elitarny, który w odpowiednich rękach gwarantuje Oscara (jak w przypadku braci Coen, Anga Lee, Paula Thomasa Anddersona czy ostatnio Quentina Tarantino), a jego formuła – za nieprzystającą do realiów współczesnej Ameryki, to czytając Sidesa, nie sposób nie myśleć o Ameryce dnia dzisiejszego. Prowadzona w atmosferze podniosłego triumfalizmu wojna w Meksyku, wątpliwa moralnie i potępiana przez nielicznych intelektualistów, nie może nie budzić skojarzeń z Bushowską „Wojną z Terrorem”. Zabójcza dla Nawahów alkaliczna woda z rzeki Pecos przywodzi na myśl skażone ołowiem wodociągi Flint w stanie Michigan, zamieszkałego w przeważającej większości przez Afroamerykanów. Chivington nawołujący w Denver do eksterminacji Indian zwiastuje Southparkowskiego Cartmana. Południowy Zachód w „Krwi i burzy” to USA w pigułce, kraina kontrastów, w której bezwzględna eksploatacja sąsiaduje z pietystyczną ochroną pomników przyrody, zupełnie jak wycięte w pień brzoskwiniowe gaje Nawahów, których pnie straszą do dziś nieopodal Monument Valley.
Hampton Sides: „Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu”. Przeł. Tomasz Ulanowski. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2016 [seria: Amerykańska].