Wydanie bieżące

15 września 18 (306) / 2016

Anna Zagórska,

AUSTRIA SZCZĘŚLIWA (SOFIJA ANDRUCHOWYCZ: 'FELIX AUSTRIA')

A A A
Wokół. Literatura Europy Środkowej
Sofija Andruchowycz w swojej najnowszej powieści „Felix Austria” zaproponowała wciągającą historię, która urzeka wykreowanym przez autorkę unikatowym klimatem i czaruje językiem inkrustowanym dawno zapomnianymi pojęciami – przydającymi tej powieści stosownej atmosfery spod znaku Austrii felix. Fabularnie historia przypomina sztambuchowe zwierzenia młodej panny tamtego czasu, tamtego ducha. Forma, na jaką zdecydowała się Andruchowycz, przyoblekając opowieść w pierwszoosobową narrację i nadając jej kształt kart z pamiętnika, jest w przypadku tej książki zabiegiem, który usuwa samą treść nieco w cień, na dalszy plan, uwypuklając styl, język, dykcję powieści. Styl bowiem i język to crème de la crème „Felix Austrii”. Metaforyczny gwóźdź programu i clue całej opowiadanej historii.

Odczytywanie najnowszej powieści Sofiji Andruchowycz poza kontekstem historyczno-kulturowym jest oczywiście niemożliwe. Zresztą sama autorka – poprzez wybór tytułu – sugeruje swoim czytelnikom – dobitnie i wprost – w jaki sposób, poprzez jaki filtr, jaki kulturowy kod, należy tę historię czytać, jak do niej podchodzić, jak ją podziwiać. „Bella gerant alii, tu felix Austria, nube” („Niech inni prowadzą wojny, ty, szczęśliwa Austrio, żeń się”) – któż nie słyszał tej sentencji, obrosłej wieloma mitami na terenie byłej Monarchii Austro-Węgierskiej, która sama z kolei stała się mitem raju utraconego dla wielu kolejnych pokoleń, znających Franciszka Józefa już nie dzięki pamięci własnej, nawet nie dzięki pamięci jednego czy dwóch starszych pokoleń, ale dzięki pamięci kulturowej, z plakatów, anegdot, mniej lub bardziej naukowych opracowań, w końcu z galicyjskiej popkultury? Jaka jest dzisiejsza (nieistniejąca na mapie, ale wypływająca w krajobrazie, usposobieniu, charakterach) Galicja, która biedę żeniła z tą sentencjonalną austriacką szczęśliwością przedkładającą ożenek nad walkę? Polakom próbowała to objaśniać – wykazując się erudycją i naukowym podejściem do tematu – przede wszystkim Ewa Wiegandt w swoim opracowaniu „Austria Felix, czyli o micie Galicji w polskiej prozie współczesnej”. Pozostałej części nieistniejącego C.K. świata wykładali te cesarsko-królewskie prawidła m.in. Danilo Kiš czy Josef Kroutvor, którego Europa Środkowa nosi w sobie wyraźne znamiona i cechy rzeczywistości postaustro-węgierskiej. To właśnie ci dwaj autorzy pisali o środkowoeuropejskim płaskostopiu i syndromie literatury spod znaku domku z piernika. Wydaje się, że opracowania Wiegandt, książki Kroutvora („Europa Środkowa: anegdota i historia”) i Kiša („Homo poeticus”) powinny stanowić punkt oparcia i interpretacyjne źródła dla książki Andruchowycz.

Autorka w pełni świadomie i z dużym pisarskim wyczuciem igra z rozmaitymi mitami spod znaku Austrii szczęśliwej. Proponuje czytelnikom historię tylko na pozór błahą, pensjonarską, trącącą trywialnością dawnych egzaltacji i mocno nadszarpniętego zębem czasu języka. W gruncie rzeczy pisarka sprawnie, z wielkim polotem, porusza się po niepewnym gruncie literatury stylizowanej, by wyciągnąć z tej stylizacji, z przybranej maniery i prozatorskich masek oraz roli jak najwięcej dobrego dla swojej powieści. Te pozornie błahe historyjki, ta przestarzała konwencja powieści-pamiętnika, prosty i emocjonalny ton wypowiedzi głównej bohaterki są przecież jedynie fasadą, sprytnym fortelem pisarki, perskim okiem puszczanym w stronę odbiorcy, przed którym stoi tak naprawdę poważne zadanie odczytania rozmaitych kodów i wskazówek pozostawianych przez Andruchowycz tu i ówdzie.

Ewa Wiegandt we wspomnianym wyżej opracowaniu pisała: „O tym, że Królestwo Galicji i Lodomerii, jak żadna inna kraina, prowokuje kpinę i dowcip, że nadaje się do ujęć głównie satyrycznych, zadecydowali sami Galicjanie. (…) Po upadku Austro-Węgier »baraszkowanie na temat galilejskiej krainy« wzbogaciło się o ton nowy, sentymentalno-nostalgiczny, którego przedmiotem stał się stary cesarz i jego Cekania” (s. 19).

Opowieści, którymi raczy nas narratorka „Felix Austrii” Andruchowycz, zdają się czerpać pełnymi garściami z galicyjskiej tradycji przekazywania świata przez pryzmat literatury, o której wspominała Wiegandt. Książka ukraińskiej pisarki to zwrot w stronę nostalgii, w której melancholię zastępuje się życzliwym uśmiechem, ciepłym spojrzeniem i przyglądaniem się światu przez to, co Josef Kroutvor nazywał „krajobrazem z płaskostopiem”, przez tę kulturę szpargału, której pełno w „Felix Austrii”, w jej cebrzykach, wellingtonach, płaszczach typu makintosz, kroplach walerianowych, powidłach, odkrytkach z krajobrazami, pracowniach kapeluszników.

Sama historia – jak można domniemywać i zakładać – jest umyślnie stylizowana na typowo

„kobiecą” powieść. Mamy tu rozmaite niespełnione i zawiedzione miłości, sztubackie żarty, emfazę i pretensjonalność młodzieńczej natury. Do tego nieco – niemalże fantastycznego – tragizmu podszytego znanym literaturze od podszewki i od zarania jej dziejów leitmotivem ostatnich słów wypowiadanych na łożu śmierci. Czytelnik szybko i sprawnie wyczuwa więc zamierzony dysonans pomiędzy twórczością Andruchowycz a tematem proponowanym czytelnikowi w jej najnowszej powieści. Wraz z odczuciem dysonansu przychodzi także – jak rozumiem również założone przez autorkę – wyczulenie na sposób opowiadania, język tej historii. Co oczywiście nie zmienia faktu, że pozornie trywialna treść odkrywana przez odbiorcę z kolejnych wynurzeń i wspomnień bohaterki napisana jest w sposób dowcipny, ujmujący, niepozbawiony polotu. Co więcej, poszczególne elementy fabuły zdradzają znakomite rozeznanie Sofiji Andruchowycz w materii powieści gatunkowych, w przestrzeni literatury popularnej. Kolejne wątki (fatalny pożar, opieka nad małoletnią Stefą sprawowana przez doktora Angera, wzajemne relacje pomiędzy Stefą a Adelą, małżeństwo tej ostatniej z Petrem, o którego Stefa najwyraźniej jest zazdrosna, wątek niespełnionych miłości Stefanii i wiele innych) są ze sobą niezwykle sprawnie splecione, supłają się i nakładają, ale nie bez wewnętrznej logiki, nie bez nadrzędnego sensu. Dlatego – mimo że treść w „Felix Austrii” pełni rolę zdecydowanie służebną wobec języka – warto nakreślić fabularne tło, które sprezentowała nam Autorka. Wejdźmy więc do świata, do którego zaprasza nas Andruchowycz. Do tej urzekającej i fantastycznej rzeczywistości, która kusi i pociąga swoim nieistnieniem, która opiera się na micie – nie tyle stwarzanym przez bohaterów tej fabuły, co micie narosłym w odbiorcach, we współczesnych czytelnikach.

Główną bohaterką (a jednocześnie narratorką) tej historii jest Stefania Czorneńko. „Żylasta, smagła i bystra, mocna jak chłop”, jak sama siebie charakteryzuje, młoda służąca-sierota. To właśnie jej pamiętnikarskie zapiski (mocno inkrustowane dialogami) stanowią kanwę i dominantę światopoglądową tej frapującej historii. Niczym w pensjonarskiej powieści, za pośrednictwem kolejnych kart z pamiętnika tej młodej służącej, poznajemy świat i jego bohaterów. Zagłębiamy się coraz bardziej w lokalny koloryt Stanisławowa przełomu epok. Świat kuszący na zawsze minionym duchem, na zawsze utraconą aurą. Oto rzeczywistość zapominana, wspomnieniowa, nostalgiczna.

W tym właśnie świecie, pełnym przedmiotów, których przeznaczenia już nie znamy i czynności, którym nikt nie oddaje się od dziesięcioleci, swoje małe i większe dramaty przeżywa Czorneńko. Wystarczy powiedzieć, że jej małomiasteczkowa egzystencja naznaczona została traumą i tragedią wielkiego pożaru, w którym życie straciła matka dziewczyny, a ona sama – wówczas kilkulatka – przygarnięta została przez doktora Angera jako współtowarzyszka zabaw jego córki, a potem jej służąca. Stefcia wzrasta więc w poczuciu pustki i samotności, konkurując z Adelą, doktorową córką, o względy, zainteresowanie i – wznosząc się na pewien poziom egzaltowanego, niczym niektóre wspomnienia Stefci, patosu – samo życie.

„Adela i ja wyrosłyśmy razem. Zawsze byłyśmy razem, nigdy się nie rozłączałyśmy. Nawet w podróż poślubną Adeli i Petra do Krakowa, Budapesztu i Wiednia pojechaliśmy razem” (s. 35) – zwierza się Stefcia w swoim pamiętniku. To zdanie idealnie zawiązuje fabułę – opartą właśnie na wspólnym wzrastaniu, niczym dwa drzewa splecione pniami (to ważna metafora w tej historii), ale i dokładnie, co do konkretnych punktów na mapie, określa ramy świata przedstawionego. To świat, którego granice i horyzont może i sięgają daleko, ale nie przekraczają granic Austro-Węgier, jakby poza C.K. światem nie było świata innego.

Pamiętnikowe zapiski młodej służącej koncentrują się na sprawach błahych (wyprawa po ryby na targ, świąteczne dekoracje miasta, przyrządzenie kolacji) i całkiem poważnych (zamążpójście Adeli, relacje Stefci z jej mężem, śmierć doktora). Dominantą tych wszystkich opowieści są natomiast – jak przystało przecież na „kobiecą” powieść, zdaje się zawadiacko uśmiechać do nas Autorka – uczucia, na czele z zazdrością oraz (zawiedzioną) miłością. Nie zdradzając za wiele z fabuły, warto tylko zaznaczyć, że rozmaite perypetie Stefani i Adeli oraz otaczających je mężczyzn urzekają i porywają czytelnika, nawet jeśli wyczuwa w nich (zamierzoną przez Andruchowycz) przesadę, rzewność i zbytnią egzaltację spod znaku nagromadzonych zbiegów okoliczności. To wszystko zaś – podlane niemalże filmowym sosem niedopowiedzeń, niedosłyszeń i niedomówień – gwarantuje przednią zabawę dla odbiorców książki „Felix Austria”.

Nie można, w kontekście tej lektury, zapomnieć też o pozostałej części sentencji, z której autorka zaczerpnęła tytuł dla swojej powieści. Polityczną receptą dla Austrii są w niej przecież nie umiejętnie prowadzone wojny, a umiejętnie aranżowane małżeństwa. O tej części słynnego powiedzenia – nube! – również traktuje omawiana książka. Dla każdej młodej kobiety – czy to cierpiącej na anemię nieco zblazowanej panienki z dobrego domu, czy jej służącej – miłość jest sprawą najistotniejszą; małżeństwo to najważniejszy horyzont dla wyobraźni, ale i jakby jednocześnie jej najdalszy kraniec. Nie brak w „Felix Austrii” miłosnych uniesień – faktycznych i domniemanych. Nie brak przystojnych kawalerów, ukradkowych spojrzeń, całkiem ziemskiego zauroczenia i podniecenia. Autorka z (to świadomy kolokwializm) dziewczeńskim urokiem oddaje te perypetie, intrygi, westchnienia, miłosne wpadki, grzeszki i rozgrzeszenia. Do tego wszystkiego dodaje zaś okruch tajemniczości, fantastyki i iluzji: pełne niejasności przygody, które wyjaśniać można całkiem trywialnie lub postrzegać je zupełnie irracjonalnie.

Język, którym posługuje się Stefcia, znakomicie odrysowuje jej pozycję w lokalnym społeczeństwie – choć jest służącą, to przecież wychowywała się wraz z Adelą, doktorską córką, towarzysząc jej nie tylko w zabawach, ale i nauce, co odciska wyraźne piętno w sposobie pojmowania rzeczywistości przez Stefę: nieco tylko pogłębionym, nieco wyraźniejszym. Taki mariaż prostoty z raczkującym wyrafinowaniem ubarwia relacje Czorneńko, czyniąc je jeszcze bardziej interesującymi dla czytelnika. To połączenie świata typowej służącej (wywody o sprzątaniu, przygotowywaniu kolacji, usługiwaniu słabującej Adeli) i panienki, która w dzieciństwie miała szansę obcowania z wyższą od własnej warstwą społeczną. Stefcia snuje więc rozważania o życiu, o charakterze miasta, własnych rozterkach.

Wydaje się, że „Felix Austria” smakuje inaczej czytana na dawnych galicyjskich ziemiach. Mechanizm idealizującej nostalgii za czasem utraconym, porządkiem utraconym, w końcu – co udowadniane w rozlicznych opracowaniach, artykułach – rajem utraconym, napędza tę lekturę i rozpala czytelniczy zachwyt. Tym wszystkim zaś odbiorcom, dla których Galicja oznacza termin określający ziemie przynależące do innego zaboru, też warto tę książkę polecić. „Felix Austria” pozwoli im choć na chwilę dać się pochłonąć fascynującemu żywiołowi i urzekającej potędze na zawsze minionego C.K. świata.
Sofija Andruchowycz: „Felix Austria”. Przeł. Katarzyna Kotyńska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2016.