Wydanie bieżące

15 września 18 (306) / 2016

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

MIODOWA WYDMUSZKA (MAJA LUNDE: 'HISTORIA PSZCZÓŁ')

A A A
Gramatyka bestselleru
Głęboko rozczarowałam się reklamowaną i polecaną „Historią pszczół” Mai Lunde, a ponieważ dopiero co czytałam artykuł o blurbach, to wrażenie nieprzystawalności reklamy do treści rzeczonej książki jeszcze bardziej się powiększyło. Chyba że to jeden z tych przykładów blurbów powstałych do nieprzeczytanych książek, co wiele tłumaczy. Oto, co znajdujemy na okładce: „Międzynarodowy bestseller” (na co się zwykle daję się złapać, niestety), „Jedyna taka saga o ludziach i pszczołach” (co nie znaczy, że znamy już inne sagi o ludziach i pszczołach, względnie dysponujemy półeczką powieści o ludziach i komarach lub innych obiektach zainteresowania entomologii, zresztą sugestia, że pszczoły mają jakieś wewnętrzne życie, które przekładałoby się na ludzką egzystencję, jest niespełnioną obietnicą), „Ta powieść oczaruje czytelników” (kogoś z pewnością). Cytat z „Dagbladet” jest mistrzostwem pustosłowia: „Znakomita opowieść o relacjach rodziców i dzieci, o marzeniach, o utracie i nadziei”, co pasuje do innych pozycji z biblioteki – od „Buddenbrooków” do „Olive Kitteridge”, wreszcie: „Maja Lunde tworzy historie ludzkiego życia, które poruszają i angażują, a zarazem rzuca światło na globalną katastrofę”. Gratuluję biegłości działowi reklamy w tworzeniu tzw. kontentu, który jednakże nie jest niczym więcej niż przyjemną watą. Może staniecie się wielbicielami „Historii pszczół”, niewykluczone, że odnajdziecie w niej te pokłady życiowej mądrości, które sprytnie się przede mną ukryły. Powinniście jednak zyskać świadomość, że być może to tylko sposób wepchnięcia nie tak do końca udanej książki. Moje zdanie jest, jak sadzę z kwerendy w blogach, gdzie dominuje zachwyt nad książką, dość oględne. Nie odmawiam autorce talentu, lecz nie przemawia do mnie prostota opisów, a z uwagi na nieznajomość norweskiego trudno mi odnieść się do przekładu, jednak autorka nie różnicuje szczególnie sposobu narracji – najbardziej elegancko przemawia może niewykształcona robotnica z Syczuanu, najprościej – farmer, a pionier nowoczesnego pszczelarstwa jest nijaki – jakże różna od tego była narracja „Botaniki duszy” Elizabeth Gilbert, która bardzo obrazowo oddała narodziny i umacnianie dyscypliny naukowej. Wiedza o tempie, które towarzyszy poszukiwaniu nowych tytułów i kupowaniu ich przez wydawców w ciemno na podstawie krótkich streszczeń, czasem nawet tytułów jeszcze niegotowych edytorsko, usprawiedliwia podobne wybujałe notki.

Powieść Lunde zbudowana jest na zasadzie trójgłosu – z trójką głównych bohaterów żyjących w różnym czasie i odmiennej przestrzeni. Chinka Tao, pracownica, choć raczej niewolnica, jest obywatelką Chin, która pod koniec XXI wieku prowadzi trudne, pełne zmęczenia i głodu życie ręcznej zapylaczki drzew owocowych. Totalitarne państwo sprawuje kontrolę nad życiem, prokreacją obywateli po ekologicznej katastrofie – Zapaści. Tao chce innego życia dla swojego trzyletniego syna, chce zapłacić za możliwość urodzenia kolejnego dziecka, lecz nie będzie jej to dane. George pod koniec XX wieku gorąco boleje nad faktem, że syn nie chce przejąć rodzinnej farmy – pasieki prowadzonej od pokoleń, żona wolałaby sprzedać ziemię i osiedlić się na słonecznej Florydzie. William Savage, niedoszły badacz przyrodnik, musi otrząsnąć się z depresji spowodowanej odrzuceniem przez mistrza, ma poczucie niespełnienia pokładanych w nim nadziei jako badacz, mąż, ojciec. Na nowo zaczyna odczuwać fascynację światem pszczół, buduje ul według własnego projektu, chociaż i tutaj spotyka go rozczarowanie. William i George podporządkowują owadom inne aspekty życia, szczególnie dzieci chcą kreować na własny obraz i podobieństwo, co jeszcze jest dość zrozumiałe u Williama, ale ahistoryczne u George’a, który nie dostrzega możliwości, jakie otwierają się przed Tomem. Patriarchalizm Williama i George’a musi przegrać, bo zmuszanie dzieci do przejęcia własnych pasji może odbyć się na poziomie mechanicznym, nie emocjonalnym. W toku narracji ujawnione zostaną związki między tymi, pozornie odległymi przestrzeniami.

Apokaliptyczna wizja świata pozbawionego pszczół – w którym niemożliwa jest naturalna uprawa roślin, pojawiają się niedostatki zboża, słabe zaopatrzenie w żywność, istnieje konieczność oszczędzania paliw – naturalnie robi przygnębiające wrażenie, tym bardziej, że do końca świata nie trzeba wojen nuklearnych, wystarczy zjawisko CCD (Colony Collapse Disorder) – znikania pszczół. „Historia pszczół” jest znakomitym głosem w narracji ekologicznej, jednak skandynawskie wiwisekcje rodzinne, tak teraz promowane (jak „Półbrat” Larsa Saabye Christensena – nie przebrnęłam), nie leżą w moim guście. Nie dajcie się również, drodzy czytelnicy, zbyt mocno zasugerować opiniami na blogach autorów współpracujących z wydawnictwami, czytaj: wynagradzanych paczkami książek. Kompetencje ograniczają się tam najczęściej do omówienia książki z minimalnym zarysowaniem tła, zaś ich znajomość wcześniejszej literatury sprowadza się do ostatnich kilku sezonów. W przypadku książki Mai Lunde chciałoby się zacytować Alberta Einsteina – kiedy wyginie pszczoła, rodzajowi ludzkiemu zostaną tylko cztery lata. Kiedy literaturę omawiają ci, których pamięć sięga ostatnich czterech lat – lepiej zrezygnować z etykiety „literatura”, a od razu przykleić naklejkę „produkt o krótkim terminie ważności”. Przyzwoicie skonstruowany jest natomiast w tej powieści sposób narracji – solidnie i konsekwentnie połączone wątki, co zapewne nieźle sprawdziłoby się w filmie – apokalipsa, niezłomna bohaterka poszukująca syna za wszelką cenę (Angelina Jolie, Jennifer Lawrence), mrukliwy, twardy farmer (Nick Nolte, Jeff Bridges). Czy żałuję wydanych kilkudziesięciu złotych? Trochę tak, bo może trzeba było dłużej pokrążyć przy regale z nowościami, niestety bez gwarancji, że to co kupię, będzie literaturą, a nie produktem literaturopodobnym z krótką przydatnością do spożycia.
Maja Lunde: „Historia pszczół”. Przeł. Anna Marciniakówna. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2016.