Wydanie bieżące

15 września 18 (306) / 2016

Marek Bochniarz, Małgorzata Bochniarz-Różańska,

ZA, A NAWET PRZECIW (SŁUGI BOŻE)

A A A
To nie jest film autorski, ale gatunkowy. Kryminał, ale specyficzny (…). Chcieliśmy odpowiedzieć na potrzeby widza, a jednocześnie prowadzić inteligentną grę z tymi oczekiwaniami.

(Mariusz Gawryś, reżyser)

Gdy traciłam wiarę, już na etapie przygotowań, oglądałam „Do widzenia, do jutra” i myślałam, że może kiedyś mieliśmy więcej odwagi w bawieniu się konwencją, jakąś umownością.

(Julia Kijowska, aktorka)

Jesteśmy podzieleni w naszej reakcji na „Sługi boże”. Po naradzie postanowiliśmy nie uśredniać naszego spojrzenia, a może wręcz je wyostrzyć. Nad historią nie będziemy za bardzo debatować. Wiadomo: jest zbrodnia, dziewczyna ginie, smarując głową bruk pod wrocławskim kościołem, co czyni z niej soczysty temat dla psów. „Sługi boże” są zatem polskim kryminałem.

Marek: Jestem za

Sprawdźmy, kim jest reżyser i współscenarzysta „Sług bożych”. Szerzej nieznany publiczności Mariusz Gawryś, rocznik ‘57, zadebiutował dekadę temu w pełnym metrażu dziś zgoła już zapomnianym „Masażem”. Co ciekawe, najnowszy film jest zarazem dopiero jego drugim.

Najbardziej intrygujące w dorobku Gawrysia są dwa projekty z lat 90., w których miał swój wkład poboczny bądź... przeoczony. W niesławnym „Deszczowym żołnierzu” Wiesława Saniewskiego jest wymieniony przy pozycji „współpraca reżyserska” jako jedna z trzech osób. „Deszczowy żołnierz” jest ciekawy bodaj tylko o tyle, że nasza rodzima krytyka zdrowo przejechała się po tym filmie (zapewne uznając, że podejmowanie tematu zbrodni stalinowskich jest zastrzeżone wyłącznie dla produkcji, które spełnią ich wyobrażone normy), podczas gdy na Zachodzie zareagowano wręcz przeciwnie, przyznając nagrody, wyróżnienia i pisząc dość ciepło. Gawryś napisał też scenariusz do „Egzekutora”, choć gdy film trafił do kin – nie znalazł się w jego czołówce. Tymczasem każdy, kto sięgnie po mrocznego i psychodelicznego „Egzekutora” Filipa Zylbera z fascynującą muzyką Tomasza Stański – rzecz o seryjnym mordercy niejako, acz opowiedzianą zgoła nietypowo – zrozumie, co tak bardzo Gawrysia pociąga w kinie. Opowiadanie solidnie poprowadzonych historii, przy równoczesnym tłumieniu artystowskich ciągot.

Gawryś ma otwartą ścieżkę na polskim poletku, bo naszym reżyserom z kinem kryminalnym czy w ogóle rozrywkowym kinem gatunkowym średnio się wiedzie. Nie wiem, czy to złe fluidy, złe wychowanie w szkołach filmowych, nadmierne ambicje związane z byciem autorem, czy może coś jeszcze innego. Bo rozbicie na ambitne kino art house’owe, które zbiera nagrody na festiwalach i produkcje realizowane ku uciesze gawiedzi jest nieproporcjonalne i podbite czymś niezdrowym. Choć w pierwszej odmianie można odnotować znaczące próby, to o tej drugiej w gruncie rzeczy wstyd mówić.

Marcin Koszałka próbował opowiedzieć o psychopacie w ramach wyrafinowanej żonglerki kinem w „Czerwonym pająku”. Łatwo byłoby mu przecież zarzucić, że co najmniej osobliwie konstruuje historię. Piękne, bo klimatyczne zdjęcia Krakowa, dziwaczni bohaterowie o bardzo nieprzekonującym portrecie psychicznym i subtelne aluzje do historii polskiej kryminalistyki zajmującej się seryjnymi mordercami nijak się mają do prawideł gatunku. Jednak piętnowanie „Czerwonego pająka” jest bezcelowe, bo to film zmajstrowany nie dla rozrywki, a po to, by zaspokoić jakieś pragnienia autora i jego fanów.

Gawryś, reżyserując „Sługi boże”, przypomina Davida Finchera na planie „Dziewczyny z tatuażem”, gdy trzeba się było zmierzyć ze skomplikowanym szwedzkim pierwowzorem, przycinając go do formatu własnego kraju, oczekiwań widowni, preferencji rynku itd. Kino jako produkt, który najpierw się robi, a potem sprzedaje – otwarcie, bez wstydu i z ukontentowaniem.

Na seansie polskiego kryminału odetchnąłem z ulgą, bo oglądałem nareszcie normalny, bardzo zwyczajny kryminał, a nie jego artystowską re-interpretację. Zagadka rozwijała się miejscami dość przewidywalnie, lecz trochę też nie – aby zaintrygowany widz mógł chwilę podumać nad dużym skomplikowaniem łamigłówki, a potem odkryć ją na chwilę przed finałem – i poczuć się przenikliwym jak Sherlock. Tajemnica nie jest przy tym tak naiwna, jak w przypadku „Sępa”. Trzeba też przyznać, że jeśli w „Czerwonym pająku” Adam Woronowicz był jeszcze stonowanym, cichociemnym seryjnym mordercą, to w „Sługach bożych” w roli niestabilnego emocjonalnie kantora pokazał nareszcie, że potrafi dać upust emocjom, nie popadając przy tym w przesadę i teatralność, której tak bardzo nienawidzimy u polskich aktorów.

Rozbawił mnie też humor „Sług bożych”, choć nie wiem, na ile był on zamierzony. Na pewno obsadzenie Małgorzaty Foremniak w roli seksownej pani psycholog i danie jej do odegrania kilku wyjątkowo brutalnych scen, zaaranżowanych na granicy wytrzymałości większości jej telewizyjnych fanów, by przez resztę seansu tym lepiej rozbrajała publiczność sztucznym, nadmiernie żywiołowym śmiechem, było pomysłem tak dobrym, że już to wystarczyło, bym poczuł szacunek. Odpowiedzialny za zdjęcia Mikołaj Łebkowski skroił je tak, aby działały jak dopasowany, wizualny garnitur, wyszykowany na potrzeby kina epatującego w równym stopniu gwałtowną przemocą i dosadną erotyką, co ironią i daleko posuniętą umownością (na którą – wedle prawideł gatunku – wypada przymknąć oko).

Wśród młodych reżyserów, którzy obecnie studiują na uczelniach bądź dopiero je ukończyli, wielu jest takich, co myślą o kręceniu kina gatunkowego lub popróbowali go w małej skali. Ich profesorowie często są zdziwieni (bo nie rozumieją pewnych gatunków) czy wręcz oburzeni (bo szkolne etiudy to powinny być wyłącznie dramaty psychologiczne – robić inaczej to jak kalać mury alma mater). Na szczęście adepci X muzy wyciągają rodzime kino ze złudnie pociągających macek sztuki, którą wielu „artystów” uprawia w Polsce niestety tylko przez małe „sz”, asekurancko i bez popuszczenia cugli.

Dobrze wiem, że po „Sługach bożych” polscy krytycy przejadą się jak po psie, bo gdy piszą o kinie zagranicznym, to są zdolni wyłącznie do kopiowania cudzych opinii. Rozumiem ich frustrację oraz to, że stracili serce do kina, i szczerze im współczuję. Nie wstydzę się jednak przyznać, że bawiłem się wyśmienicie.

Małgorzata: Jestem przeciw

Choć na film udałam się z entuzjazmem, przełamanym lekką nutką niepokoju o kunszt dzieła, to z kina wyszłam już z przeczuciem, że hitu z tego nie będzie. Po seansie usłyszałam w damskiej toalecie okrzyki ulgi zmieszane z lekkim rozdrażnieniem: „Chała, jaka chała, no, chała!”. Nie powiem, rozrywka jest, i owszem, ale cóż z tego, skoro zaraz po ostatnim kadrze człowiek chce natychmiast zapomnieć o tym, co zobaczył. No, może za ostro to powiedziane, ale pragnie się choć odrobinę złagodzić przysadzistość owego wspomnienia.

W samej narracji zdecydowanie zabrakło energii. Operator zasiedział się z kamerą i ewentualnie celebrował co lepsze ujęcia. Tylko co widzowi kina akcji po pięknych zdjęciach, gdy film go nie wciągnie, nie wzbudzi w nim żadnych emocji, a co najważniejsze – nie da mu tej odrobiny szaleństwa, którą tak chętnie absorbujemy z amerykańskich filmów.

Na naszego polskiego Stevena Seagala musimy jednak jeszcze trochę poczekać, bo Bartłomiejowi Topie w „Sługach bożych” daleko do ideału. Cytując kwestię jego komisarza Warskiego: mamy „psa o poranku”… Gdy nie rozbija się po ulicach wielkiego miasta, ścigając groźnych bandytów, spędza czas na medytacji w basenie bądź upaja się chwilą wytchnienia, opadając na kanapę we własnym mieszkaniu przy dźwiękach zawsze-tej-samej-muzyki.

W rolę femme fatale wcieliła się Małgorzata Foremniak. Niestety, nie przekonuje w roli pani psycholog, za to bardzo ładnie wpasowuje się w archetyp kobiety kusicielki, nadmiernie często wykorzystywany w kinie udającym noir. Zdecydowanie najlepiej wypadła na tym tle Julia Kijowska, która w pierwszej połowie filmu może nie zachwyca, ale za to w drugiej odgrywa ważną rolę i wygłasza najlepsze dialogi. Adam Woronowicz, który wcielił się w postać kantora Jana, wzbudził we mnie skrajne emocje. Z jednej strony, budzą się dzięki niemu pewne skojarzenia z „Kodem da Vinci”, watykańskimi spiskami i tajemnicami, z drugiej – po głębszym zastanowieniu – jego postać pozostawia uczucie niesmaku. Widzimy człowieka głęboko związanego z religią, który jednocześnie opowiada o swoim oddaleniu od Boga, piętnując kobiety, a nawet (to już jest zdecydowanie kuriozum) wprowadzając wątek apokryfów jako „tajemniczych ksiąg” (sic!).

Niestety, „Sługi boże” jako kino gatunkowe broni się dość słabo. Nie można zaprzeczyć, że film nie został nakręcony z chęcią zaangażowania widza i wywołania w nim entuzjazmu. Już od samej ekspozycji łatwo zauważyć, że twórcy dobrze bawili się w tworzenie filmu gatunkowego. Cóż z tego, skoro nie znalazło to odbicia w reakcjach widzów. Niezaprzeczalnie trudno jest mierzyć się z produkcjami amerykańskimi, ale może warto byłoby przyznać przed samym sobą, że zamiast próbować stworzyć coś na podobieństwo komedii, thrillerów i kryminałów rodem z Hollywoodu, lepiej byłoby zrobić to, w czym jesteśmy dobrzy, i bardziej lokalnego. I nie, nie mam tu na myśli „Smoleńska”. Gdy Mariusz Gawryś opowiada o osadzeniu swojej historii w polskich realiach i wykorzystaniu klimatu Wrocławia, na co ekipa i aktorzy grzecznie przytakują, uśmiecham się z politowaniem na wspomnienie scen, które zostały rozegrane tak, że sprawiają wrażenie groteskowych namiastek superprodukcji zza oceanu.
„Sługi boże”. Scenariusz: Mariusz Gawryś, Maciej Strzembosz. Reżyseria: Mariusz Gawryś. Zdjęcia: Mikołaj Łebkowski. Obsada: Bartłomiej Topa, Julia Kijowska, Małgorzata Foremniak, Adam Woronowicz i in. Produkcja: Polska 2016, 101 min.