ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (78) / 2007

Wojtek Mszyca Jr,

WYDARZENIE W KATOWICACH

A A A
Nie będę zaczynał tego tekstu od przedstawienia postaci Marca Ribota. Nie tylko dlatego, że zdecydowana większość czytających ten tekst – jak przypuszczam – doskonale wie kim jest ten twórca. Po prostu nie ma sensu po raz kolejny używać fraz typu „legendarny”, „jeden z najważniejszych”, „wybitny”, które musiałyby się znaleźć w tym miejscu, gdybym próbował nakreślić sylwetkę gitarzysty. Czytelnik internetowego magazynu, takiego jak „artPapier”, nie będzie miał problemu ze znalezieniem informacji o Ribocie, jeśli ich potrzebuje. Zanim jednak przejdę do relacji z koncertu Marc Ribot's Ceramic Dog w katowickiej Hipnozie, pozwolę sobie na krótką dygresję.

W niedawno opublikowanej przez magazyn „The Wire” rozmowie Ribot wyznaje, że dobrze jest mu w roli „wszystkogrającego” studyjnego sidemana. Nie podlega dyskusji fakt, że potrafi zagrać wszystko i z każdym. Jedni poczytują to jako jego wielki atut, inni zarzucają mu muzyczną schizofrenię i brak własnej drogi. Ci drudzy nie dostrzegają, jak się zdaje, jednej kluczowej sprawy – otóż Ribota można rozpoznać po kilku pierwszych dźwiękach, i to niezależnie od tego, czy gra akurat z Tomem Waitsem czy z Johnem Zornem. Jeśli to nie jest wyznacznik wybitnej indywidualności i własnego stylu to nie wiem, co nim jest.

Ribot na swojej oficjalnej stronie internetowej marcribot.com, pisząc o Ceramic Dog podkreśla: „Not a 'project': a real band”. Co to oznacza w praktyce? „Projekt” od „prawdziwego zespołu” odróżnia przede wszystkim względnie krótki żywot jak również płynny skład, czasem praca wyłącznie w studiu lub ewentualnie nieliczne koncerty. Wygląda na to, że Ceramic Dog powstał jako odskocznia od takiego trybu pracy, jako „zespół” z prawdziwego zdarzenia, który przed dłuższy czas będzie nagrywał i koncertował.

Z tego, co szczęśliwcy obecni w „Hipnozie” wieczorem 5 marca mogli zobaczyć i usłyszeć, wynika jeszcze jedno: Ceramic Dog to „zespół”, ponieważ każdy z jego członków jest jednakowo ważny, każdy w równej mierze współtworzy muzykę grupy. W tym trio zdecydowanie nie mamy do czynienia z sekcją rytmiczną tworzącą podkład dla gwiazdy-lidera. Towarzyszący Ribotowi młodzi muzycy udowodnili, że nie grają z mistrzem przypadkiem. Na gitarze basowej, Moogu, instrumentach perkusyjnych, gitarze oraz baterii efektów zagrał Shazad Ismailly, na perkusji oraz urządzeniach elektronicznych Ches Smith.

Zanim jednak bohaterowie wieczoru pojawili się na scenie, w roli supportu wystąpił solo Raphael Rogiński, grający na gitarze elektrycznej. Osobiście bardzo podobał mi się jego występ, choć wiem z rozmów z innymi uczestnikami koncertu, że jego odbiór był mieszany. Intymna, odwołująca się silnie do folku, delikatna i melancholijna muzyka, którą zaprezentował, mogła nie trafić do dużej części publiczności, nastawionej na power trio Ribota. W najlepszym momencie, kiedy Rogiński wzbudzał struny smyczkiem i zapętlał dźwięk w nieskończoność, było wspaniale. Wtedy na myśl przychodziło mi porównanie do muzyki Stevena R. Smitha, szczególnie zaś inspirowanego muzyką Europy Środkowo-Wschodniej projektu Hala Strana. To wielki komplement, za Smithem przepadam.

Gwiazda wieczoru, Ceramic Dog, stanowił dla mnie zagadkę aż do momentu samego koncertu. Nie próbowałem wcześniej szukać ich nagrań, chciałem dać się zaskoczyć. Muzykom bardzo szybko udało się zdobyć serca publiczności. Nic dziwnego – zagrali wspaniale, brawurowo, hiperenergetycznie a repertuar okazał się niezwykle chwytliwy. Idąc na skróty, najłatwiej można by nazwać muzykę zespołu eklektyczną. Mieszanka jazzu, rocka, bluesa, funku, klubowej elektroniki, dubu... ileż razy już to czytałem. Dość! Owszem, jest w tym wszystkim trochę prawdy, ale przecież jest już XXI wiek! Właśnie dzięki muzykom takim jak Ribot i zespołom takim jak ten, wszystkie wymienione określenia gatunków zacierają się, ponieważ ich muzyka jest już czymś więcej. To nie zbitek cytatów i odniesień, żaden postmodernizm. Jestem pewien, że muzycy Ceramic Dog nie zastanawiają się czy zagrać rocka, czy może jazz. Grają to co czują, a słuchacze najwięcej radości będą z tej muzyki czerpać, wyzwalając się z potrzeby kategoryzacji, szufladkowania. Wystarczy powiedzieć, że koncert był wspaniały, jeden z najlepszych w historii Hipnozy.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy Ribot po raz drugi wystąpił w Polsce, wcześniej zagrał w Gdańsku z projektem Spiritual Unity poświęconym muzyce Alberta Aylera. Miałem szczęście tam być i wysłuchać tego natchnionego koncertu, ze wspaniałym Chadem Taylorem na bębnach, Royem Campbellem na trąbce i przede wszystkim legendarnym, powracającym do muzyki po dziesięcioleciach przerwy, kontrabasistą Henrym Grimesem. Po tamtym mistycznym przeżyciu bałem się, że kolejny koncert Ribota może być rozczarowaniem. Bardzo się cieszę, że mistrz mnie przechytrzył i zagrał... nie, nie jeszcze lepiej. Zagrał zupełnie inaczej, z zupełnie innymi ludźmi, którzy wnieśli całą swoją nieokiełznaną, szaloną młodzieńczą energię. Teraz już wiem, że nie można przegapić żadnej okazji do spotkania z jego muzyką na żywo. To wielki muzyk, który potrafi dostarczyć wielkich emocji.
Marc Ribot's Ceramic Dog. Klub „Hipnoza” (Górnośląskie Centrum Kultury), Katowice, 5 marca 2007..