Wydanie bieżące

15 marca 6 (78) / 2007

Anna Katarzyna Dycha,

CLAP YOUR HANDS SAY YEAH

A A A
Some Loud Thunder. V2, 2007.
Nie udał się drugi album Clap Your Hands Say Yeah. To płyta nierówna, efekt jakiegoś zagubienia, zabrnięcia w złą ścieżkę.

Debiutowali przed dwoma laty. Nikomu nieznana amerykańska kapela nagrała w chałupniczych warunkach album wyśmienity, dla wielu sensacyjny, który bez promocyjnych zabiegów, a wykorzystujący fenomen Internetu sprzedał się w 300-tysięcznym nakładzie. W muzyce przemieszali fascynacje amerykańskie i europejskie, lubowali się w popowych melodiach, a wokalista wyraźnie był fanem Davida Byrne’a. Dzięki wykorzystaniu własnego potencjału brzmieli jednak świeżo.

Tym razem nie jest tak dobrze. Rozpoczyna się nawet ciekawie – brudnym, melodyjnym utworem tytułowym, w ich stylu, który niesie wiele nadziei. Wyróżnia się również utwór trzeci i przede wszystkim „Satan said dance”. Doskonały w swojej lekkości, pełen nieokreślonych dźwięków instrumentów, z oryginalnymi chórkami i powtarzanym refrenem wprowadzającym w pewien rodzaj mantry. I w zasadzie na tym kończy się ta płyta. Dalej ujawniają się wszystkie słabości zespołu: brak kompozycyjnych pomysłów, powtarzanie sprawdzonych wzorców aranżacyjnych (piosenki w drugiej części albumu po jego wysłuchaniu trudno od siebie odróżnić). Jednym słowem: nuda.

Całością zajął się wprawdzie doświadczony David Fridmann, ale nawet on tu nie pomógł. Nie przekonują mnie tłumaczenia wydawcy, że dzięki profesjonalnemu nagrywaniu poprawiono brzmienie (jest teraz ponoć wielowarstwowe), podkreślono współpracę gitarzystów, wzbogacono warstwę wokalną, poszerzono wachlarz eksperymentów. W pewnych niedoskonałościach debiutu była jednak siła. Brakuje tamtej zawadiackości, nerwu w brzmieniu oraz niezgody na mainstreamową produkcję.

Nie przypadł mi również do gustu sposób wyrażania przez zespół smutku. Wolne, stonowane fragmenty w połączeniu z – powiedzmy sobie szczerze – momentami nieznośnym wokalem Aleca Ounswortha to już, jak dla mnie, zbyt wiele. Zdecydowanie lepiej jego glos sprawdza się w lżejszym repertuarze.

Jeśli wracam do tej płyty, to do jej pierwszej części, w której CYHSY mają więcej do zaproponowania. Niestety, zespół nie udźwignął ciężaru wydania drugiej płyty. Dlatego proponuję zostać przy słuchaniu debiutu.