Wydanie bieżące

1 października 19 (307) / 2016

Karolina Kostyra,

W KRYPCIE LOKATORA (OSTATNIA RODZINA)

A A A
Zamykasz się w krypcie, zasłaniasz okna (żeby ciekawscy z sąsiedniego bloku nie zapuszczali sępiego spojrzenia swoich źrenic w twoje sanktuarium), nie otwierasz drzwi i nie odbierasz telefonów. Mimo to budzisz się któregoś dnia ze smakiem krwi w ustach i w panice odkrywasz, że wyrwano ci ząb (a może serce?). Ząb tkwi teraz w dziurze w ścianie, zaś twoja perła trafiła pod wieprzka. Nim się zorientujesz, już stoisz na parapecie. „Is everybody in? The ceremony is about to begin”. Jeszcze tylko malutki kroczek… i wpadniesz w mroczną czeluść szeroko rozwartych, wrzeszczących ust Simone Choule.

(Beksiński 1999)

Wielkie kino, arcydzieło, film kompletny. „Ostatnia rodzina” zbiera entuzjastyczne recenzje już od pierwszego pokazu w Locarno, gdzie film zgarnął nagrodę za główną rolę męską. Niedawno doszły do tego jeszcze wygrane na Festiwalu Filmowym w Gdyni: ta najważniejsza – Złote Lwy – oraz nagroda publiczności. Podczas odbierania tej drugiej Dawid Ogrodnik, wcielający się w Tomka Beksińskiego, podziękował za wyróżnienie, imitując słynny głos Beksy. Sala pęka ze śmiechu, wszyscy biją brawo z zachwytem. No, no – zdolny ten Ogrodnik, a cały film jest doskonały. Wypadałoby tylko przyklasnąć. Skąd więc ten niesmak?

Filmy biograficzne czystą przyjemność dostarczają jedynie widzom umiarkowanie zorientowanym w temacie pierwowzoru. Jeśli seans jest udany, a bohater atrakcyjny, można później na własną rękę wgłębiać się w meandry życia i twórczości bohatera oryginalnego. W przypadku zaś nieciekawych realizacji pozostaje przynajmniej świadomość powiększenia prywatnej wiedzy encyklopedycznej o jedno krótkie hasło. I tak zawsze wyjdzie się na swoje. Co innego fani, a szczególnie ci, którzy za obiekt uwielbienia obrali owiane legendami indywidualności. Dla zapalonych miłośników samobójczych gwiazd rocka czy innych poetów przeklętych premiery kinowe sygnowane nazwiskiem idola bywają często przykrym obowiązkiem. Obejrzeć trzeba – wiadomo, ale robi się jakoś nieswojo, kiedy na ekranie widzimy niby znajomą, lecz nie całkiem tę twarz i kiedy wszystkie tajemnicze, romantyzowane przez lata anegdoty zamieniają się po prostu w lepiej lub gorzej zrealizowane sceny. Śledzenie dyskusji wokół filmu przypomina męki związane z omawianiem na lekcji ukochanej lektury – przypadkowi komentujący nie czują tematu, mało kto trafia w sedno i w ogóle byłoby najlepiej, gdyby całe to zamieszanie wokół naszych świętości dobiegło już końca.

Wstyd się podobno przyznawać do tego rodzaju zaborczych uczuć, gdyż te przystoją co najwyżej snobom albo egzaltowanym nastolatkom. Kontekst postaci Tomasza Beksińskiego pozwala jednak usprawiedliwić powoływanie się na postawę estetyczną faworyzującą odbiór skryty, ekskluzywny, uwznioślający. Grzegorz Gajewski mówił, że Tomek był jednym z bohaterów „Purpurowej róży z Kairu” – ciągle poszkodowanym przez zderzanie filmowych fantazji z nieprzystającą doń rzeczywistością. Nowe wersje swoich ulubionych filmów nazywał „artystyczną nekrofilią”. Unikał też podróży, bo miejsca oglądane wcześniej w Bondach na żywo zawsze traciły blask, którego użyczał im ekran. Wszystko, byle zachować wewnętrznie wyidealizowany obraz rzeczy.

Fakt: miłośnicy Nosferatu mieli czas, aby przygotować się na nadejście „Ostatniej rodziny”. W punkcie wyjścia zachęcało do tego permanentne zamazanie granic między jego życiem prywatnym a publicznym. W dużej części to pewnie dzieło samego Tomka. To, czego nie dopowiedział na swój temat w audycjach radiowych (dosyć jednak eleganckich i aluzyjnych), dopisał w beznadziejnie szczerych felietonach dla „Tylko Rocka”. Wiadomo było nie tylko, że lubi Marillion, ale też, że gustuje w wysokich brunetkach w typie dominy, że szlag go trafia, gdy dostaje wygazowaną Colę, że sam naprawia swój niesprawny ustęp i że przyjaciel odbił mu narzeczoną. Już po śmierci Tomka na forach internetowych związanych z jego osobą stale podnoszone były dyskusje na temat tego, na ile albo czy w ogóle można interesować się jego życiem osobistym. Co bardziej gorliwi obrońcy jego prywatności nie godzili się nawet na zdrabnianie imienia, twierdząc, że „Tomek” to mogą mówić o nim przyjaciele, a nie marni trójkowi słuchacze. Na tych samych forach można też było natknąć się na ogłoszenia dotyczące sprzedaży fetyszy po Beksie – części jego kolekcji z przegranymi albumami i kasetami VHS. Przykłady można mnożyć. Na zorganizowanym jesienią 2009 roku festiwalu „Love Never Dies…” uczestnicy oglądali wyświetlane z rzutnika fanowskie teledyski kręcone przez Tomasza oraz domowe filmy z mieszkania Beksińskich. Kręcone raczej nie dla szerokiej publiczności. Na sali dało się wyczuć napięcie połączone z pewnym podglądackim upojeniem. W przerwach można też było zrobić sobie zdjęcie przy domowym biurku bohatera festiwalu. Nie ma się co oszukiwać: każdy miłośnik Beksy (choćby nie wiem jak się zapierał, że chodzi mu tylko o merytoryczną zawartość trójkowych audycji) musi mieć w sobie coś z amatora trupiego jadu. Egzotyczna aura rozkładu plasowała całą tomkową spuściznę gdzieś w kręgu odbioru kultowego i Beksa pewnie nadał byłby bohaterem głównie gotek i czterdziestolatków wspominających młodość przy dźwiękach Cocteau Twins, gdyby nie ta nieszczęsna książka Magdaleny Grzebałkowskiej. Empikowy bestseller był pierwszym gwoździem do trumny Nosferatu.

Choć twórcy "Ostatniej rodziny" utrzymują, że scenariusz powstał na wiele lat przed biografią Grzebałkowskiej, to mimo tych zapewnień można przypuszczać, że wiele szczegółowych informacji o Beksińskich, a przede wszystkim rys psychologiczny postaci zaczerpnęli jednak z jej książki. Film również kreśli portret podwójny czy nawet potrójny - to przecież historia Zdzisława, Zofii i Tomasza. U Grzebałkowskiej prym wiedzie senior, zaś młody Beksiński przedstawiony jest jako bystry, lecz jednocześnie uciążliwy i histeryczny duży chłopiec, co to nigdy w dzieciństwie nie dostał lania i stąd wypływa przynajmniej połowa jego nieszczęść. Jedna z jego byłych miłości stwierdziła, że Beksa „świeci blaskiem odbitym” wziętym z dialogów filmowych i erudycji ojca. Być może właśnie obawa przed zbyt dużym podobieństwem głównych postaci męskich popchnęła twórców do pewnego wykoślawienia filmowego Tomasza. W „Ostatniej rodzinie” stary Beksiński jest typem rozważnego nestora – szalenie inteligentny, dowcipny, porusza się powoli i ma się wrażenie, że przez cały czas ciężko mu się oddycha. Syn siłą rzeczy musiał przyjąć na siebie rolę rozedrganego satelity. Krąży między życiem a śmiercią, robi rundy od mieszkania swojego do rodziców i z powrotem. Dodaje też ruchliwości w scenach zbiorowych (jak podekscytowany piesek albo niesforne dziecko).

Przed premierą pisano, że Dawid Ogrodnik urodził się do tej roli. Rzeczywiście, jego fizjonomia, energia i zdolności wokalne pozwoliły mu chwilami podejść nad wyraz blisko Nosferatu. Najlepiej poradził sobie w scenach, których – jak sam przyznał – obawiał się wyjątkowo: pierwszy i ostatni występ w radiu, DJ-owanie czy lektorowanie do Bonda. W aurze intymności, znajomym głosie i ciepłym blasku oczu odnajduje się na moment duch „romantyka muzyki rockowej”. Na moment, bo przez większość czasu nerwicowa motoryka, rozbiegany wzrok i zbyt często załamujący się głos przypominają jadowitą parodię Beksy. Wiesław Weiss, kolega i współpracownik Tomka, powiedział, że ekranowy bohater jest „świrem i półgłówkiem”, a sam film jest niezwykle krzywdzący dla pamięci o Tomaszu. Można oczywiście odeprzeć te zarzuty, stwierdzając, że film jako odrębna sztuka rządzi się swoimi prawami, że w imię tej sztuki ma wolną rękę do własnych interpretacji rzeczywistości i że nikt nie powiedział, iż biografia (tym bardziej tak niebanalna, jak „Ostatnia rodzina”) musi koniecznie oddawać realia. A zresztą: kto tam właściwie wie, co to są te całe realia? Dlaczego niby publiczny wizerunek Beksińskiego, eksponowany w kontaktach towarzyskich, miałby być „prawdziwszy” niż jego psychologiczny portret, kreślony przez Grzebałkowską czy Matuszyńskiego? Kluczem do czyjejś osobowości mogą być właśnie stany wyjątkowe, wybuchy smutku, momenty egzaltacji, nerwowe tiki, przegięte pozy, w których najbliżsi nie rozpoznają bohatera w jego codziennej postaci. Zostawiając na boku dyskusje o etyczności w portretowaniu zmarłych, można pozwolić filmowcom robić z faktami i ludźmi, co im się żywnie podoba, byle tylko efekt był zadowalający! No cóż, rozum swoje, serce swoje. Jakoś trudno o profesjonalny osąd, gdy od kilku tygodni co rusz przypomina się kąśliwy felieton Beksy skoncentrowany wokół „Lokatora” (1976) Romana Polańskiego – ten o podglądaczach i innych życzliwych parszywcach, którzy pod przykrywką dobrych intencji robią z człowieka monstrum skrojone na własną modłę. W kontekście słynnej książki i jeszcze słynniejszego filmu słowa Tomasza nabierają nowego znaczenia.

Podchodząc do tematu na chłodno, sukcesu filmu upatrywać można w umiejętnym przechwytywaniu i odbijaniu detali. Strategia twórcza dała się zauważyć już na etapie fotosów promocyjnych, które były w zasadzie replikami zdjęć z prywatnych albumów rodziny Beksińskich. Zachowano wszelkie drobiazgi od identycznej mimiki portretowanego po koszulkę w pasy Tomasza. Podobnie jest ze scenariuszem. Potężna część dialogów jest w zasadzie powtórzeniem całych partii z domowych wideo czy produkcji dokumentalnych, jakie powstały na temat syna i ojca. Przejmuje się mimikę, żachnięcia, gesty, a nawet napięcie mięśniowe bohaterów. Scena z tańcem do Yazoo oparta jest na przykład o fotografie do pantomimicznego widowiska, jakie Tomek stworzył z inspiracji muzyką The Who, a grymas bólu w studiu radiowym powtórzony jest za „Dziennikiem zapowiedzianej śmierci” (reż. Daniel Światły, 2000). Z całą pewnością nie jest to jednak łatanina, lecz najlepsza robota krawiecka. U Matuszyńskiego wyblakłe skrawki starych dokumentów zyskują nowe życie, a jeśli ktoś nie zna materiału źródłowego, to nie zauważy nawet cieniusieńkich szwów łączących klatkowe wycinki.

Na potrzeby produkcji stworzono również w studiu kopię mieszkania Zdzisława i Zofii. Scenografia odpowiada zresztą nie tylko czterem ścianom, w których akurat mieszkali Beksińscy, ale znakomicie uobecnia epokę. Zadbano o wszystko: srebrne klamki w drzwiach, sprane ręczniki z nienowoczesnym wzorkiem, szklanki z metalowymi koszyczkami, a jednocześnie nie ma w tym sterylnie muzealnej przesady, w którą tak często popadają filmy portretujące minione dekady. Idealnie zagracone lokum z oknem wyglądającym na szare osiedle (stale jakby zatopione w styczniowym krajobrazie) tworzy aurę zawiesistości. Dzieła dopełnia kolorystyka filmu tonąca w granatach, szarościach, brązach. Trochę jak z wyobrażeń schyłkowego PRL-u i duchologicznych lat 90., trochę jak z obrazów Zdzisława.

W „Ostatniej rodzinie” z pewnością chodzi o coś więcej niż tylko ukazanie scenek z życia rodziny słynnego malarza. Powtarzają się opinie, że wszyscy jesteśmy trochę Beksińskimi i to opowieść tyleż o nich, co o każdej innej rodzinie. Mistrzowsko przegląda się w filmie szara familijna codzienność: jedzenie, spanie, wydalanie. Obiad na przykład zajada się bez specjalnych ceremonii – szybko, żarłocznie, w skuleniu nad kuchenną szafką. W innym znowu momencie Tomek w zdenerwowaniu podciąga wysoko gumę nieładnych slipów, a gest ten jest rozbrajający w swoim żałośnie ludzkim wymiarze. Do takiej codzienności można się tylko uśmiechnąć. Takie to smutne, śmieszne i swojskie. Kolejne lata rodziny mijają przeplatane przyziemnymi detalami zwykłego życia (nudna jazda windą, chroniczne problemy żołądkowe Zdzisława). Prawie trzy dekady, a w gruncie rzeczy nic się nie zmienia. Czas stoi w miejscu zatopiony w oparach kuchni, farby i całej dusznej atmosferze przyciasnego mieszkania. Na pozór odmierzają go kolejne zgony, lecz odarte z aury podniosłej zadumy czy wielkiego przygnębienia sankcjonują tylko domową zwyczajność. To nie tak, że film jest beznamiętny. Wręcz przeciwnie – emocje aż rozsadzają „Ostatnią rodzinę”. Matuszyński jednak wie, kiedy wyhamować i każdy wysoki ton, każdy ucisk w gardle równoważy śmiechem i prozą życia rodzinnego. Już po śmierci matki Tomasz włącza na magnetofonie nagranie „Nights in White Satin” The Moody Blues. W momencie, gdy utwór dociera do szczytowego natężenia emocji, bohater naciska stop. Zaczyna się nowa scena. Taka strategia w zasadzie odnosi się do całości dzieła. To film jak kaseta wideo z domowej kolekcji, na którą nagrywało się latami kolejne warstwy materiału. Przebijają na niej urywki przeszłości ucinane nieraz w momencie, kiedy akurat najbardziej chcemy oglądać dalej. Boli to szczególnie dojmująco. Niedokończone sceny zostają w widzu jeszcze na długo po seansie.

Niełatwo mają fani z tym filmem biograficznym. Udane realizacje są paradoksalnie nawet trudniejsze do strawienia. Na kiepskie filmy można chociaż machnąć ręką i szybko o nich zapomnieć. Dzieła tak znakomite, jak „Ostatnia rodzina” przylegają na stałe do wyobrażeń o uwielbianej postaci, dostosowując je do wyobraźni twórców. Ian Curtis to trochę ten chłopak z papierosem na tle blokowiska („Control”), a Rimbaud ma w pewnym sensie twarz młodego DiCaprio („Całkowite zaćmienie”). A jaki jest Tomasz Beksiński? Znamienne, że na okładce nowego wydania „Portretu podwójnego” nie widzimy już zamglonego zdjęcia Zdzisława i Tomasza, lecz plakat filmowy „Ostatniej rodziny”. Seweryn, Ogrodnik i Konieczna siedzą na kanapie przebrani w kostiumy zmarłych. Niby standardowe posunięcie marketingowe mające na celu opchnąć dwa produkty na raz, a jednak robi się człowiekowi jakoś nieprzyjemnie. Można tylko (już bez zęba) zasunąć okiennice, zamknąć szczelnie kryptę i odpalić którąś z audycji „Trójki pod księżycem”.

LITERATURA:

T. Beksiński: „Simone Choule”. „Tylko Rock” 1999, nr 9.
„Ostatnia rodzina”. Scenariusz: Robert Bolesto. Reżyseria: Jan P. Matuszyński. Zdjęcia: Kacper Fertacz. Obsada: Andrzej Seweryn, Dawid Ogrodnik, Aleksandra Konieczna, Andrzej Chyra i in. Produkcja: Polska 2016, 124 min.