Wydanie bieżące

1 października 19 (307) / 2016

Przemysław Pieniążek,

KIEDY DZWONI NUDA (KOMÓRKA)

A A A
Wydania DVD
To mógł być najszczęśliwszy dzień w życiu Claya Riddella (John Cusack) – rysownik podpisał bowiem w Bostonie lukratywny kontrakt, dzięki któremu jego graficzna powieść ma stać się kanwą przebojowej gry komputerowej. Uskrzydlającą wiadomość bohater niezwłocznie przekazuje swojej żonie (abstrahując od faktu, że para jest w separacji), mając nadzieję na rychły powrót do domu w New Hampshire. Jednak rozmowa z małżonką i ukochanym synem zostaje gwałtownie przerwana za sprawą mrożących krew w żyłach wydarzeń. Dzwoniąc z lotniskowego aparatu, Clay z przerażeniem obserwuje, jak zgromadzeni w gmachu czynni użytkownicy telefonii komórkowej zmieniają się – pod wpływem zagadkowego sygnału – w krwiożercze bestie.

Uciekając przed rozszalałą tłuszczą, protagonista trafia na stację metra, gdzie poznaje maszynistę Toma McCourta (Samuel L. Jackson), z którego pomocą dociera do swojego mieszkania. Wkrótce do bohaterów dołącza siedemnastoletnia sąsiadka Riddella, Alice Maxwell (Isabelle Fuhrman). Wszyscy wyruszają w pełną niebezpieczeństw podróż do centralnej części stanu Maine, znajdującej się poza zasięgiem wszelkich sieci. Nie tracąc nadziei na odnalezienie najbliższych, Clay i spółka przemierzają rubieże dawnego świata, kierując się ku ostatniemu bastionowi ludzkości, który jednak równie dobrze może okazać się śmiertelną pułapką.

Częstotliwość z jaką adaptacje prozy Stephena Kinga trafiają na duży i mały ekran, (stosunkowo) rzadko idzie w parze z równie wysokim poziomem ich realizacji. Oczywiście, nie brakuje chlubnych wyjątków od reguły, o czym przekonują seanse „Carrie” (1976) Briana De Palmy, „Miasteczka Salem” (1979) Tobe’ego Hoopera, „Lśnienia” (1980) Stanleya Kubricka, „Christine” (1983) Johna Carpentera, „Martwej strefy” (1983) Davida Cronenberga, „Stań przy mnie” (1986) oraz „Misery” (1990) Roba Reinera czy „Skazanych na Shawshank” (1994) Franka Darabonta – autorskich interpretacji bestsellerowych tekstów sygnowanych nazwiskiem króla horroru, skądinąd od dawna konsekwentnie poszerzającego granice swego gatunkowego dominium. Niestety, postapokaliptyczny dreszczowiec Toda Williamsa plasuje się po stronie najmniej udanych dzieł wywiedzionych z twórczości amerykańskiego pisarza.

Pochodzący z Nowego Jorku reżyser, mający na koncie takie tytuły, jak „Paranormal Activity 2” (2010) i „Drzwi w podłodze” (2004) – ekranizację „Jednorocznej wdowy” Johna Irvinga – tym razem poległ na całej linii. I nie chodzi wyłącznie o to, że „Komórka” jest kiepskim, pozbawionym jakiegokolwiek napięcia produkcyjniakiem stworzonym z myślą o mniej wybrednych miłośnikach horrorów. Rozłażąca się w szwach dramaturgia, do bólu monotonna praca operatorska czy koszmarny poziom efektów wizualnych – lista zarzutów pod adresem filmu ciągle się wydłuża. Trudno stwierdzić, w jakim stopniu Stephen King partycypował w pisaniu skryptu (zresztą, dla niego to nie pierwszyzna), który popełnił razem z Adamem Allecą, scenarzystą między innymi nowej wersji „Ostatniego domu po lewej” (2009) w reżyserii Dennisa Iliadisa. Doprawdy jednak żal serce ściska na myśl, że twórca „Mrocznej Wieży” przyczynił się do wykastrowania własnego dzieła z wszystkich jego przymiotów.

Opublikowana po raz pierwszy w 2006 roku „Komórka” – drapieżna przypowieść o supremacji homini insanus dowodzonych przez enigmatycznego Łachmaniarza – jest książką w równym stopniu skrzącą się od literackich nawiązań do innych utworów Kinga, co wciągającym czytadłem nie bez kozery i w pełni zasłużenie dedykowanym Richardowi Mathesonowi oraz George’owi A. Romero. Problem w tym, że napięcie i paraboliczny wymiar prozatorskiego pierwowzoru mocno wyblakły w procesie translacji dzieła na język filmu.

Nadmierna redukcja wątków i postaci, zbyteczna metamorfoza niektórych dramatis personae w stosunku do ich powieściowych odpowiedników (szczególnie widoczna na przykładzie Toma McCourta), a nade wszystko nowy – co bynajmniej nie oznacza, że lepszy – finał tej odpowiednio uwspółcześnionej opowieści zdecydowanie przemawiają na niekorzyść realizacji. John Cusack snuje się przed kamerą bez jakiegokolwiek przekonania i wyrazu (a właściwie z jednym uporczywym wyrazem twarzy), w czym dzielnie sekunduje mu równie oszczędny Samuel L. Jackson. W porównaniu z dziełem Williamsa wcześniejszy, przypadający na rok 2007, ekranowy duet owych panów w adaptacji Kingowskiego „1408” Mikaela Håfströma jawił się jako szczyt aktorskiego wysublimowania. Nieco więcej emocji stara się przemycić Isabelle Fuhrman, podczas gdy Stacy Keach, wcielający się w postać Charlesa Ardaia, dyrektora Akademii Gaiten, zadowala się uprawianiem ekranowej pańszczyzny – choć robi to z właściwym sobie wdziękiem i naturalną charyzmą.

Jak wieść gminna niesie, początkowo o realizację „Komórki” ubiegał się Eli Roth, ale producentom nie przypadła do gustu wizja zaproponowana przez twórcę soczystych makabresek pokroju „Śmiertelnej gorączki” (2002) czy „Hostel” (2005). Znając zamiłowanie reżysera do kina z dreszczykiem spod znaku torture porn, można gdybać na temat potencjalnego kształtu jego interpretacji powieści Kinga – aczkolwiek mam dziwne przeczucie, że z powierzonego zadania wywiązałby się o wiele lepiej niż Tod Williams. Bo jego dzieło to małoekranowy zakalec, który wylatuje z pamięci widza jeszcze w czasie seansu. Jednym słowem: szkoda!
„Komórka” („Cell”). Reżyseria: Tod Williams. Scenariusz: Adam Alleca, Stephen King. Obsada: John Cusack, Samuel L. Jackson, Isabelle Fuhrman, Stacy Keach. Gatunek: horror. Produkcja: USA 2016, 98 min. Dystrybucja: Monolith Video.