Wydanie bieżące

1 października 19 (307) / 2016

Rafał Rutkowski,

WIERSZE

A A A
Wrzesień

Wywołuję z siebie ruiny jakbym

strzepywał z ubrań piach i chociaż

nie skamieniałem to jestem bardziej

kruchy więc jaśniej mogę widzieć



mimo że to przez dziury i prześwity

mimo że pęknięcia zniekształcają sufit

podejdę do drzwi i otworzę widzialność

na to co pode mną i na to co we mnie



wszystko takie nienowoczesne chociaż

komputery za oknem słychać obce dźwięki

patrzę na pocztówkę i jakbym widział

prawdziwy świat który wyleciał jak krew



z urwanej ręki i rysował się tą farbą

jeszcze raz jakby specjalnie dla mnie

a i tak coś nie tak jakieś to nieświeże

dookoła zmieszane budynki z drzewami



pola z miastami i zalegający w przełyku

beton czy to ziemia smutna czy roztańczona

aż tak bardzo że zapomniała że poza murami

własnego ciała tańczy jedynie na orbicie



Pikanie

Kołdry w powietrzu ogólny półmrok

wielkie pikanie wynurzające się zza

horyzontu już się domyślam że skończyła

się zabawa wszystko zostało podłączone



do respiratora i kona drzewa trawy kwiaty

kamienie nawet nagrobki pikają w dolinach

cmentarzy przechadzają się podstarzałe

pielęgniarki wołają cicho – do domu czas

wrócić



złapałem w ręce grubą linę i mam ambicję

nawlec ją na dziurę która mam nadzieję

tylko zasłania słońce mam nadzieję że

jakoś to wszystko zwiążę choć wszystko pika



i tak będzie do końca każdego ranka lata

dekady wieku tysiąclecia wszystko będzie

podtrzymywane przy życiu a ja będę starał się

kablami od swojego związać się ze słońcem



Druk

Na podłączonych do ziemi obserwuję przyszłość

na siebie patrzę widzę wystające lampy jak porwane

włókna które znowu się zaplatają miasta też mają

swoje nici prowadzą nimi w zaciskającą się dal



wszystko podłączone możemy być spokojni

nie mówię tu bynajmniej o jakimś prądzie czy

ogrzewaniu po prostu o spokoju nie przerwanej

trasy która coraz bardziej się prosi o zapisanie



nie rozsypię się na drodze będę skrobał nogami

jakbym zamiast stóp miał zardzewiałe stalówki

skrobał rękami przez co przeszła wskazówka

która gnała swojego niewolnika przed minutami



sekundami i resztą swojego wojska jestem nim

uwięziony wiem że jest jedna droga na której 

się nie rozsypię nie zatrę całej historii  nie utopię

największego pisma bo jakby się przyjrzeć temu



w nim też są jakieś maleńkie kropki części

składowe wiecznej pisaniny i znów patrzę na siebie

patrzę jak na pismo ciągle zadając sobie już

nie pytanie a pewność że wszystko dookoła

to pismo



Drewno

Położyłem na balkonie dwa wielkie płaty

kory nie wiem jak mogły się mieścić

na mojej twarzy jednak teraz już leżą

i czuję się jakbym zdjął sztuczną szczękę



mam czym gryźć w głowie rosną nowe

gałęzie pewnie niebawem obrosnę jednak

dziś jestem wolny od całego robactwa

które zamieszkiwało mnie i ładniej wyglądałem



teraz wyglądam na mniej ogorzałego

jest mi trochę chłodniej i mniej myślę o śmierci

chociaż jest bliżej niż kiedy miałem jej twarz

nie boję się i nie czuję jak pracuje



jestem bardziej narażony na krzywdę

zaraz mnie przepiłują wstawią w jakiś mebel

zrobią na wymiar po prostu się za mnie wezmą

złapią w katalogu moją jakość i gatunek



więc co lepiej nie zdejmować gęby

stać w lesie pozwolić pod siebie szczać

czy pozwolić sobie powoli umrzeć

pod lakierem będąc stołem albo drwem