Wydanie bieżące

15 października 20 (308) / 2016

Natalia Kaniak,

BEZ SZARŻY (PAPIEROWY REWOLWER)

A A A
Szawła Płóciennika można nazywać autorem poszukującym. Jako komiksiarz sprawdza się zarówno w roli twórcy albumów dla dzieci („Naleśniki z jagodami”), jak i w formach non-fiction (biograficzne „Sprane dżinsy i sztama”, „Moja terapia”). Można go jednak, i to uważam za bardziej trafne, uznać za twórcę dojrzałego, świadomego medium, po które sięga oraz środków ekspresji, z których korzysta. Dzięki opanowanemu warsztatowi i hołubionej wrażliwości, jego prace bywają różnorodne, a każdy z komiksów wystylizowany na tyle umiejętnie, by sprostać wymogom danej historii.

Ta opowiedziana w „Papierowym rewolwerze” ukazuje ostatni dzień z życia Włodzimierza Szymanowicza – „poety przeklętego”, o którym próżno czytać w podstawach programowych ogólniaków, a nawet niektórych szkół wyższych. Komiks autora „Pinkiego” to artystyczne śledztwo, w którym Płóciennik dzieli się z czytelnikami swoją wykoncypowaną wersją wydarzeń z 4 marca 1967 roku. Brak jakichkolwiek poszlak oraz strzępki zachowanych z tamtego okresu informacji to (poza tragedią bliskich poety) niewątpliwe pole do artystycznej konkretyzacji.

Twórca „Mojej terapii” pokusił się o malarską wizję lokalną, w której toporny styl i odpychające kolory w gruncie rzeczy doskonale oddają klimat tamtych czasów. Szarawe, ziemiste tkaniny, obrzydliwa lamperia na korytarzu uczelni, lodowaty marcowy wiatr. Łatwiej mi uwierzyć w takie lata 60. niż w kolorową i beztroską wersję polskiej Ery Wodnika. Brak tu „pozytywnych wibracji”, seksualnego wyzwolenia oraz chwytania dnia; są za to chłód, depresja i kryzys ćwierćwiecza. Z pomocą zaś przychodzą nie psychodeliki, powiew oceanu i jednodniowa miłość, lecz znajomi, których można mieć dosyć, tępy scyzoryk i odrobina wódki w stalowej piersiówce. W głowę można sobie strzelić tylko kartonowym pistoletem, bo próżno szukać pod ręką ojcowskiego egzemplarza Smith&Wessona.

Nie znajdziemy w albumie wystudiowanych kompozycji paneli i kadrów (każdy z nich ma ten sam rozmiar i proporcje). Prostota i minimalizm – wydawałoby się, jedyna możliwa filozofia życia dla pokolenia, które było zmuszone egzystować w kraju ograniczonym żelazną kurtyną. „Papierowy rewolwer” to album nieprzyjemny w odbiorze i raczej jednorazowy w kwestii lektury. Jest jednak niezwykle potrzebny, bo otwiera (patrząc z perspektywy lokalnej) wciąż tylko lekko uchylone drzwi do dyskusji o komiksie jako sztuce wielowymiarowej. Nie chodzi tu o oczywistość, w której komiks jest jedynie rozrywkowy i sprawny realizacyjnie (nie jest i nie musi być, ale tych truizmów już nie trzeba powtarzać), lecz o spojrzenie na medium, wśród którego realizacji powinny znaleźć się również dzieła zwyczajnie antyestetyczne.

Recenzowany album wygrywa swą brzydotą, za pomocą której stara się opowiedzieć o trudzie wyrażenia nieszczęścia niepojmowanego i niezauważanego przez innych. Wydanie tego komiksu w lśniącej okładce byłoby niespójne z głównym zamysłem autora, a wizualne uatrakcyjnianie opowieści – nieszczere. Płóciennikowi należą się za ów tomik brawa i szacunek, który on sam miał dla swojego bohatera, czytelników i przede wszystkim dla wybranego przez siebie medium.
Szaweł Płóciennik: „Papierowy rewolwer”. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2016.