Wydanie bieżące

15 października 20 (308) / 2016

Zuzanna Sokołowska,

RYTUAŁY DNIA CODZIENNEGO (LISTY DO JERZEGO LEWCZYŃSKIEGO)

A A A
Nazwijmy rzeczy po imieniu: czytanie cudzej korespondencji ma w sobie coś nieprzyzwoitego. Podglądanie czyichś myśli, które wcale nie były skierowane do czytającego, wywołują jednoczesne uczucie podskórnego skonfundowania, jak i ogromną ciekawość. Listy są niezwykle intymne, osobiste, kierują do zupełnie prywatnego świata, o którego istnieniu wiedzą tylko te osoby, które do siebie piszą. Czytając je, niczym nieproszeni goście, niepostrzeżenie wkraczamy w odrębną przestrzeń, przybliżającą nas do codziennego życia, zmagań, wątpliwości, radości i trosk. Nie inaczej stało się w przypadku udostępnionej przez Jerzego Lewczyńskiego, jednego z najwybitniejszych polskich fotografów, prywatnej korespondencji ze Zdzisławem Beksińskim, artystą, którego nikomu przedstawiać nie trzeba.

Opracowanie licznych listów, jakie ci wyjątkowi pod każdym względem twórcy wymieniali w ciągu niemal pól wieku, wymagało solidnego, niemalże mrówczego wysiłku, którego podjęła się Olga Ptak. „Zdzisław Beksiński. Listy do Jerzego Lewczyńskiego” to ponadsiedemsetstronicowy tom, w którym znajdują się zarówno listy, jak i karty pocztowe. Pierwszy list, który można przeczytać, datowany jest na 27 stycznia 1958 roku, ostatni na 1 października roku 1998. Można sobie wyobrazić, jak obszerna jest to korespondencja, nawet pomimo faktu, że zebrana w publikacji wydanej przez Muzeum w Gliwicach wciąż jest ona niepełna. Jak można przeczytać we wstępie książki, późniejsze listy Beksińskiego do Lewczyńskiego były pisane w postaci maili, które nie zawsze fotograf drukował i zachowywał. Co istotne, artyści prowadzili także korespondencję głosową – nagrywali się na taśmach magnetofonowych i wzajemnie je sobie przesyłali. W książce znajdują się również fotokopie listów Beksińskiego. Czytelnik dostaje wgląd tylko w korespondencję słynnego malarza.

Jak zaznacza Olga Ptak, największą trudnością w opracowaniu publikacji były grafologiczne zawiłości, na które składały się mało czytelne komentarze i poprawki nanoszone przez samego Beksińskiego. Trzeba też dodać, że artysta był dysgrafikiem, który na dodatek cierpiał na dysortografię. Jak twierdzi Ptak, artysta „częstokroć żartował, pisząc m.in. do Liliany Śnieg-Czaplewskiej o »kondicjo hómana« czy do Andrzeja Urbanowicza o »Pikasach i Lówże«” (s. 9). Listy, które trafiają do rąk czytelnika, są oczywiście pozbawione błędów, choć ich poprawienie było prawdziwie karkołomnym przedsięwzięciem. Publikacja odsłania kolejny rozdział z życia Beksińskiego, którym staje się jego niezwykła potrzeba pisania, nerwowe wręcz pragnienie zapisywania siebie, a może raczej: opisywania na papierze. Bo, jak sam twierdził, „interesuję się tylko sobą i tak już było od zawsze” (s. 19).

A jaki rodzaj znajomości wyłania się z listów artysty do Lewczyńskiego? Była to zdecydowanie trudna przyjaźń, przerwana przez brutalne morderstwo dokonane na Beksińskim w 2005 roku, które dla Lewczyńskiego okazało się straszliwym ciosem i szokiem. Z ich listów, w dużej mierze związanych albo z organizacją wystaw, albo z próbą zdobywania materiałów plastycznych i fotograficznych, których uzyskanie w czasach PRL-u graniczyło z cudem, wyłania się bliska relacja oparta na przeciwieństwach. Lewczyński – ciągle pełny życia, niepoprawny optymista; Beksiński – urodzony pesymista, prowadzący ze sobą ciągłe zmagania. Fotograf uwielbiał podróżować, Beksiński tymczasem tkwił w Sanoku i tworzył. Niejednokrotnie się spierali. Malarz miał pretensje, że Lewczyński kupił nie te materiały, co trzeba; potrafił mu to nawet ostro wytknąć w płomiennych, kipiących od nabrzmiałych emocji listach: „Drogi Jurku, ponieważ brak jakiejkolwiek wiadomości od Ciebie, więc albo spadłeś z jakiejś góry, albo obraziłeś się za »połajanki« w związku z terpentyną” (s. 292). „Powinienem zatytułować po włosku: Imbecile! Hydrocefalico monstro! Idioto superioro grandissimo! Kretino simplicissimo! Wrrrrrrrrrrr! Czy Ty nie potrafisz zrozumieć najprostszej rzeczy, jaka została powiedziana?” (s. 298) – pisze Beksiński, jak widać, nie przebierający w słowach, gotowy dokuczyć Lewczyńskiemu, przyzwyczajonemu do bezpośrednich, sympatycznie prowokujących kłótni. Przecież obaj nie potrafili się na siebie nawzajem długo gniewać.

Oprócz materiałów plastycznych, artyści wymieniali między sobą także inne towary, na przykład czasopismo „Playboy”, o czym ironicznie wspomina malarz w jednym z listów: „Za »Playboye« i inne dziękuję. Nie uszkodzę, nie zniszczę, nie zgubię, nie podrę, nie popryskam spermą, nie oślinię” (s. 299). Czasopismo to stało się przyczyną głębszego namysłu nad erotyką, o czym Beksiński zaczyna pisać Lewczyńskiemu: „W sumie taka kupa golizny zaczyna być nudna i konformistyczna. Zupełnie dobrze zaczynam rozumieć twórcę zachodnioeuropejskiego, który mogąc to kupić w każdym kiosku i widząc tego tony, tym silniej widzi cukierkową tandetność tego wszystkiego i taką trochę bezradno-bezwyjściową namiastkowość i dlatego odwraca się od tego typu w swojej twórczości. U nas golizna, ta zwykła, cukierkowa, typu »Playboy«, na skutek cenzury staje się nieoczekiwanie nonkonformistyczna, niezwykła etc. Wystarczy jednak obejrzeć kilka zeszytów, a ma się tego dość” (s. 299) – podsumowuje. Oprócz miejscami filozoficznych dysput na temat tożsamości, w listach pojawiają się także dyskusje na temat nowych trendów w sztuce, które Beksiński traktuje z pogardliwym wręcz przymrużeniem oka. „Konceptualizm to jest pierdoła, tyle samo warta, co kubizm, unizm, suprematyzm, impresjonizm, faszyzm, komunizm, buddyzm, tumiwisizm i całe to pozostałe gówno nazw, nazw, nazw!” (s. 431) – pisał zdenerwowany, zauważając przy okazji, że to, co było naprawdę świeże, nigdy nie zostało odkryte, zauważone, „przechodziło (…), czekało na swoje spóźnione odkrycie, a jak wiadomo w międzyczasie cywilizacja poszła już sobie w innym kierunku, więc spóźnione odkrycie było tylko spóźnionym odkryciem, a niczym więcej” (s. 431).

Listy artysty do Lewczyńskiego często okraszone były błyskotliwymi przemyśleniami, które sprawiają, że jego korespondencję czyta się z zapartym tchem, niczym dobry traktat z pogranicza filozofii i sztuki, obrazujący niezwykłą wręcz erudycję Beksińskiego, jego inteligencję i osobiste, głębokie wiwisekcje własnej wyobraźni. Nie sposób w tym miejscu nie zgodzić się z Susan Sontag twierdzącą, że myśl to pewna forma odczuwania. Odczuwania, w którym Beksiński tak mocno się przecież wyspecjalizował. Artysta nigdy nie znosił przeintelektualizowanych interpretacji swoich obrazów, demaskujących w dużej mierze słabość ludzkiej kondycji.  Podobnie rzecz ma się z listami wymykającymi się jednoznacznej klasyfikacji, choć po skończeniu książki nie można oprzeć się wrażeniu, że miało się do czynienia z kawałem dobrej literatury, która stanowi kolejną odsłonę jego twórczości. Twórczości, w której nigdy nie zasłaniał się symbolami, gdzie ponad wszelką miarę był absolutnie sobą. Jego listy stanowią przejmujące świadectwo wrażliwości oraz niezwykłej wręcz uważności, która stała się rytuałem definiującym jego codzienność i który z tak wielkim zaangażowaniem starał się rejestrować. Nie tylko za pomocą listów.
Zdzisław Beksiński: „Listy do Jerzego Lewczyńskiego”. Opracowała: Olga Ptak. Muzeum w Gliwicach. Gliwice 2015.