Wydanie bieżące

15 października 20 (308) / 2016

Kamila Czaja,

STARY, NOWY, (JESZCZE) LEPSZY SPRINGER (FILIP SPRINGER: 'MIASTO ARCHIPELAG')

A A A
Pracowity i dojrzewający

Debiutancka „Miedzianka” ukazała się w 2011 roku. Wydane we wrześniu „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast” to już siódma (!) książka Filipa Springera. Tempem pracy autor wręcz prowokuje, by przy każdej jego nowej publikacji zadawać pytanie, czy możliwe jest utrzymanie wysokiego poziomu i renomy, jaką cieszy się ten młody reporter. Wprawdzie niedawną „Księgę zachwytów” uważam za tom może nie tyle słaby, co po prostu nie do końca potrzebny na literackim rynku i w dorobku Springera, ale „Miastem Archipelagiem” autor w imponującym stylu udowadnia, że nie tylko się nie wypala, lecz wręcz wciąż dojrzewa. Jeśli – jak pisze Ryszard Koziołek – „Filip Springer, dziennikarz, reporter i fotograf, w »Miedziance« staje się pisarzem (…)” (Koziołek 2014: 209), to najnowsza książka pokazuje, że ten pisarz w stosunkowo krótkim czasie dużo się nauczył. I że potrafi wykorzystywać doświadczenie wynikające z wcześniejszych tekstów, by zaproponować tom jeszcze lepszy.

„Miasto Archipelag” jest częścią większego internetowego projektu poświęconego byłym stolicom województw, jednak wolałabym się skupić tylko na reportażach zawartych w samej książce. A ta już od fantastycznego prologu o mapach zachęca, by wybrać się z autorem na nieco mglistą wędrówkę: „Mam więc coś na kształt planu (który wkrótce się rozpadnie) i coś na kształt mapy. Wszystko, czego trzeba, aby wyruszyć w coś na kształt podróży” (s. 11).

Stare, choć na nowo podane

Niektóre zalety „Miasta Archipelagu” znamy z poprzednich książek Springera. Niezmiennie imponuje na przykład jego umiejętność znalezienia tematu, który może nie brzmi jak spektakularny problem, ale taki się okazuje pod piórem reportera. Codzienność „Polski mniejszych miast” – tych, które po reformie straciły status wojewódzkich stolic – pozwala spojrzeć na nasz kraj pod różnym kątem. Springer demaskuje na przykład skłonność do martyrologii, pisząc: „Miasta Archipelagu pielęgnują swoje nieszczęścia” (s. 43) i: „Archipelagiem targają dwa uczucia. Poczucie krzywdy i tęsknota” (s. 283), śledzi PRL-owskie zalążki samorządu terytorialnego („Eksperyment”), pokazuje lokalnego wizjonera („Dagarama”). Reporter doskonale zestawia przeszłość z teraźniejszością (choćby w reportażu „Reforma”) i wykorzystuje umiejętność wyważenia proporcji między zjawiskami makro (historia, polityka, socjologia) i mikro (portrety wybranych osób, skupienie na szczególe). Na pojedynczych przypadkach udaje mu się zbudować opowieść mocno uniwersalną, opowieść o Polsce dawnej i dzisiejszej, o mechanizmach społecznych, ambicjach i rozczarowaniach. Nie każdy potrafiłby stworzyć książkę reporterską, w której finale prawdziwie, a nie pretensjonalnie wybrzmiewa wyznanie: „Wyobrażam sobie, że nie przyjechałem do Sieradza, Łomży, Piły. Po prostu przyjechałem do Miasta” (s. 309).

Niezmiennie podoba mi się w pisaniu Springera także język: klarowny i adekwatny w mówieniu o konkretach, ale gdy trzeba, to poetycki. „Świat w tej mgle nie wygląda, jedynie brzmi” (s. 227) – diagnozuje lirycznie reporter, albo sięga po cytaty z Charlesa Dickensa i Bolesława Prusa. Ale potrafi też złośliwie skomentować niskiej klasy hostel, w którym „po kąpieli człowiek ma ochotę iść się gdzieś umyć” (s. 159). Dobrze dobiera również wypowiedzi rozmówców, trafiają się więc celne spostrzeżenia w rodzaju: „Żyjemy w mieście krasnalu ogrodowym, i to w dodatku takim, któremu ktoś utrącił czapeczkę” (s. 72). A w zakorzenione w geograficznym konkrecie opowieści zgrabnie wplecione zostają zdania wręcz aforystyczne – na przykład: „Bo dzielenie czasu na coraz mniejsze części wcale nie sprawia, że jest go więcej” (s. 20).

Znowu, tak jak w poprzednich książkach, najlepiej wypada Springer nie wtedy, kiedy elegancko zestawia kroniki i cytaty (chociaż i z tym radzi sobie bardzo dobrze), ale wtedy, gdy rusza w drogę i jest możliwie blisko tego, o czym pisze. Na tym polega na przykład siła fragmentów zatytułowanych „Z drogi”, przeplatających główne teksty. Springer nie boi się pobrudzić rąk (dosłownie – w „Czerwonym atramencie” ugniata ciasto w piekarni, dowcipnie komentując: „Ten chleb będzie ze łzami reportera” [s. 235]). Jeśli widzi temat, to za nim idzie (też dosłownie – śledząc mężczyznę w rozdziale „Niedziela”), a nawet się wspina: „Wdrapałem się na tę cholerną górę, bo skały mają tu kolor surowego mięsa. A poza tym z tej skarpy jest podobno najlepszy widok na Wałbrzych” (s. 305). I nawet jeśli „Miasto Archipelag” też miałoby być „ze łzami reportera”, który w pewnym momencie przyznaje się nawet do zapominania, w jakim mieście w danym momencie przebywa, to udany efekt powinien rekompensować zmęczenie, zagubienie i wszelkie poświęcenia autora książki.

Wspomniane walory (temat, język, zaangażowanie) to jednak coś, z czym Springer i dawniej nie miał kłopotów. Cieszy oczywiście, że nadal potrafi sięgać po takie skuteczne środki, ale warto się zastanowić, czemu nowa propozycja wydaje mi się jeszcze dojrzalsza niż poprzednie.

Nowe, choć zbudowane na starym

O ile poszczególne książki Springera dość znacznie różniły się od siebie konstrukcyjnie, to tym razem reporter proponuje bardzo różne teksty w ramach jednego tomu. Nie tylko rezygnuje z najprostszego rozwiązania i zamiast opisywać poszczególne miasta, stawia na trudniejszą – ale ciekawszą – wersję, często zestawiając w jednym reportażu kilka miejscowości stanowiących przykład wybranego problemu. Autor różnicuje rozdziały także pod względem formy. Wystarczy przyjrzeć się pod tym kątem trzem pierwszym tekstom. Wprawdzie pierwszy, „Kolor nieba”, z konceptem pierwszoosobowego wczucia się w znanego fizyka, Clausisusa, nie do końca mnie przekonuje literacko, ale broni się jako reportażowy eksperyment. Drugi, „Czas”, to pasjonująca opowieść o antykwariacie w Lesznie. Kolejny, „Hasło”, zestawia hasła promujące miasta interesujące Springera. To zaledwie początek książki, ale dobrze sygnalizujący tendencję reportera do zabaw z formą, dopasowywania stylu opowieści do jej zawartości, bez wtłaczania w narzucony z góry szkielet całości. Do tego dochodzą jeszcze mapki, autorskie zdjęcia, dane statystyczne… I chociaż warsztatowej wszechstronności dowodził autor już wcześniej, to chyba dopiero w „Mieście Archipelagu” tak wyraźnie rezygnuje z narzucania sobie konstrukcyjnych ograniczeń.

Springer poszerza też spektrum emocji, wreszcie mocniej dostrzegając istnienie ludzi, którzy chcą działać, a ich posunięcia przynoszą efekty. „Ból fantomowy” w dużej mierze opowiada o Bielsku-Białej wyrastającym na – by sparafrazować Stanisława Barańczaka – miasto, któremu się lepiej powiodło. „Czerwony atrament” to fascynujące historie tych, którzy z pomysłem walczą o swój biznes w „mniejszych miastach”. Z kolei zaskakująco pozytywne reakcje społeczne w tekście „Szalom alechem” działają budująco, a przecież optymizm trudno byłoby kojarzyć z wcześniejszymi książkami Springera. Gdy czytałam otwierające tom motto z „Opowieści o dwóch miastach” Dickensa – słynny fragment zaczynający się „Była to najlepsza i najgorsza z epok” (s. 6) – powątpiewałam, czy reporter pokaże też te najlepsze aspekty, ale motto okazało się świetnie dobrane.

Na dodatek tym razem Springer rezygnuje z tak jasnych deklaracji ideologicznych, z jakimi mieliśmy do czynienia w „Wannie z kolumnadą” i „13 piętrach”. Nadal jest zaangażowany, ale chyba bardziej otwiera się na dostrzeżenie innych racji. Owszem, to nadal Springer, który w dwóch zdaniach potrafi uchwycić bezsilność władzy: „Wchodzimy do środka, w zadymionym półmroku widzę kilku smutnych gości siedzących przy jednorękich bandytach – tych, co im kiedyś rząd wypowiedział bezkompromisową wojnę. Sklep z dopalaczami jest nieco dalej” (s. 283). Jednak kwestie takie jak przyjmowanie uchodźców, nacjonalizm i seksizm, chociaż pojawiają się jako problemy mieszkańców „Archipelagu”, zostają zarysowane subtelnie, bez dydaktyzmu, w który zdarzało się zapalonemu do pewnych idei reporterowi popadać (co przyniosło oczywiście wiele dobrego w kwestii edukacji na temat estetyki polskich osiedli i zalet wynajmowania mieszkania, ale chwilami mogło irytować).

Nie znaczy to, że w książce nie ma postulatów, bo do wcześniejszych wezwań do walki z niszczeniem przestrzeni oraz do uwolnienia się ze szponów mieszkaniowych kredytów (przez budowę mieszkań pod wynajem) można po „Mieście Archipelagu” dodać choćby pochwałę deglomeracji – takiego rozmieszczania instytucji, by kraj rozwijał się równomiernie. Tę najnowszą książkę stworzył jednak autor zaangażowany i zdystansowany równocześnie. Kiedyś w recenzji „13 pięter” twierdziłam: „(…) Springerów jest dwóch. Jeden wpatrzony w przeszłość, czasem ironiczny, ale wyważony i pięknie ocalający od zapomnienia (»Miedzianka«, »Zaczyn«, niektóre rozdziały »Źle urodzonych«). Drugi to reporter »z misją«, próbujący wpływać na przyszłość, gorzki, wręcz wojujący (»Wanna z kolumnadą« i fragmenty »Źle urodzonych«)” (Czaja 2015: 93). Tymczasem w „Mieście Archipelagu” chyba po raz pierwszy aż tak dobrze udało się Springerowi połączyć oba wcielenia, przez co książkę cechuje zarówno wartość społeczna, jak i empatia charakterystyczna dla mniej zideologizowanych prac tego reportera.

Lepsze niebędące wrogiem dobrego

Te „nowe” zalety Springerowskiego pisania są oczywiście w dużej mierze rozwinięciem wcześniejszych dokonań autora, ale odnoszę wrażenie, że wyciągnął on wnioski z – już przecież bardzo dobrych – poprzednich książek, by stworzyć nową jakość. Jeszcze lepiej wykorzystuje dziś swoje pisarskie możliwości i jeszcze trafniej odmierza proporcje (na licznych planach: przeszłość-teraźniejszość, makro-mikro, konkretnie-lirycznie, ideologia-dystans).

Nie twierdzę, że „Miasto Archipelag” to książka idealna. Nie przekonuje mnie na przykład częstsze niż dawniej stosowanie wulgaryzmów, bo wydaje mi się, że te teksty broniłyby się spokojnie bez takiej językowej dosadności. Jednak nieliczne wady na tle całości wydają się drobne, więc sądzę, że Springer o kolejny duży krok zbliżył się do ideału literackiego reportażu społecznego. A chyba już samo to, że z coraz większym przekonaniem można przypisywać książkom Springera równocześnie oba nobilitujące określenia – „literackie” i „społeczne” – zaświadcza o klasie wciąż młodego, a już tak znaczącego i zasłużonego autora.

LITERATURA:

Czaja K.: „Ludzie bezdomni i siłacz”. „FA-art” 2015, nr 4.

Koziołek R.: „Epitafia dla architektury. O książkach Filipa Springera”. W: „Zamieranie fikcji”. Red. M. Ładoń, G. Olszański. Katowice 2014.
Filip Springer: „Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast”. Wydawnictwo Karakter. Kraków 2016.