Wydanie bieżące

15 października 20 (308) / 2016

Kamila Czaja,

'TO SAMOTNE COŚ' (ROSE TREMAIN: 'LATO ZIMĄ I INNE OPOWIADANIA')

A A A
WyTŁUMACZenie

To moje pierwsze zetknięcie z prozą Rose Tremain. Może należałoby się z tego wytłumaczyć, ale odnoszę wrażenie, że mimo opublikowania w Polsce kilku książek tej brytyjskiej autorki („Droga do domu”, „Jej portret”, „Muzyka i cisza”, „Powrót”) jej nazwisko nie przebiło się w naszym kraju na tyle, by moje przyznanie się do lekturowych braków było wielkim wstydem. Co nie zmienia faktu, że jeśli pozostałe dzieła cenionej i nagradzanej w swojej ojczyźnie Tremain dorównują świeżo wydanym po polsku opowiadaniom (oryginał ukazał się w roku 2014), to braki te warto uzupełnić.

Zbiór „Lato zimą i inne opowiadania” trafił do mnie przypadkiem. Wydawnictwo przysłało egzemplarz, chociaż o niego nie poprosiłam. Na takie prezenty patrzę z jednej strony z radością (książka-niespodzianka!), z drugiej – z nieufnością (ktoś chce mnie przekonać do omówienia danej książki, a wolę sama wybrać, co chcę zrecenzować). Nieufność na szczęście przełamałam, a wątpliwości, czy warto przeczytać, rozwiało nazwisko nie tyle autorki – które, jak już przyznałam, niewiele mi mówiło – lecz tłumaczki. Wyszłam bowiem z założenia, że przecież Anna Przedpełska-Trzeciakowska nie przekładałaby słabej literatury. Założenie okazało się słuszne. Książce Tremain nie można odmówić literackiej klasy, nawet jeśli zaczerpnięta z „The Independent” okładkowa zachęta jest nieco na wyrost (w odpowiedzi na opinię: „Nikt dzisiaj nie pisze o uczuciach z takim zrozumieniem” można by zapewne wymienić kilkoro pisarzy całkiem nieźle radzących sobie z tematem uczuć, na czele z noblistką Alice Munro, która nasuwa się w tym kontekście ze względu na podobnie wyważony styl i zamiłowanie do formy opowiadania).

Niech się przytrafi?

„Lato zimą…” przytrafiło mi się więc niejako wbrew planom (co zresztą nieźle współgra z paradoksalnym tytułem tomu), a motyw „przytrafiania się” był obecny także w samej lekturze. Wielu bohaterów opowiadań Tremain łączy tęsknota – za tym, by coś wyjątkowego im się przytrafiło, lub za czymś, co się przytrafiło, a potem już nic nie mogło się z tym równać. Beth w „Amerykańskim kochanku” tłumaczy: „W pewnych chwilach w życiu człowiek tak właśnie czuje. Była kochanką swojego kochanka, i tyle” (s. 9), a jej późniejsze zachowanie wyznaczone zostaje przez miniony romans. Iwan z opowiadania „Dowcipniś z Astapowa” szuka sensu życia, a ulotne poczucie spełnienia przyniesie dopiero przypadkowe uwikłanie skromnego zawiadowcy stacji w skandale towarzyszące śmierci Tołstoja.

Znaczenia egzystencji bohaterowie Tremain doszukują się też w relacji z drugim człowiekiem. W tych opowiadaniach znaleźć można najróżniejsze konfiguracje – przyjaźnie, romanse, małżeństwa, macierzyństwo i ojcostwo (często z uwzględnieniem punktu widzenia dzieci). Są tu ciekawe biografie pozornie osobne, a jednak powiązane („Lucy i Gaston”), nie pominięto również miłości do zwierząt („W potrzasku”) oraz samotności („Smithy”). Drugi człowiek potrafi krzywdzić, ale i ratować. Niby nic odkrywczego, ale proponowane przez pisarkę warianty bronią się eleganckim stylem i dowartościowaniem tego, co pozornie wydaje się banalne, ale pod piórem brytyjskiej autorki okazuje się zaskakująco istotne.

Lekturze zbioru kilkunastu tekstów Tremain towarzyszyć może pytanie: skoro życie samo w sobie najczęściej nie składa się ze spektakularnych sukcesów, to czy warto być przez moment drugo- albo i trzecioplanowym bohaterem wielkiej historii, zatracić się w biegu zdarzeń i emocjach, a potem cierpieć z powodu niespełnienia, jakie niesie codzienność zderzona z takim wspomnieniem? A może łatwiej żyć bez takich pragnień, skoro na końcu i tak zostanie rozczarowanie – nawet boleśniejsze na tle minionego zachwytu? W opowiadaniach Tremain na szczęście brak jednoznacznych odpowiedzi i czytelnik samodzielnie musi zastanawiać się nad „morałem”, ale ważny trop niesie niepozorne opowiadanie „Czarna suknia Juliette Gréco”. Karen po wysłuchaniu opowieści o przeżyciach matki koleżanki zaczyna rozmyślać, ile kosztuje bilet lotniczy do Francji, chociaż wie, że jej poprzedniczce po powrocie z szalonej paryskiej przygody „Nic więcej nigdy się (…) w życiu nie przytrafiło” (s. 126). Może Karen wierzy, że jej los będzie inny? A może musi spróbować, choćby miała ponieść klęskę? Bohaterom opowieści ze zbioru „Lato zimą…” bez takich przełomowych – chociaż dla postronnego obserwatora często dość skromnych – zdarzeń trudno byłoby się dopatrzeć w życiu nawet śladowego sensu. Może lepiej więc, jeśli w życiu nie przytrafi się już „nic więcej”, niż jeśli nie przytrafi się nic wcale?

Unarracyjnieni

Nie wystarczy jednak, zdaje się przekonywać brytyjska pisarka, żeby coś się zdarzyło. Trzeba o tym jeszcze opowiedzieć. Na najogólniejszym planie będzie to opowiedzenie w ramach literatury, tekstowe ocalenie pozornie zwykłego ludzkiego życia i związanych z nim emocji. Jednak literatura ma w prozie Tremain i inne warstwy. Autorka sięga po gotowe struktury, na przykład „uwspółcześniając” Szekspira w przewrotnej „Julii dwudziestego pierwszego wieku” (warto przy okazji dodać, że i malarstwo okazuje się istotne – w „Człowieku w wodzie” pisarka sięga po obraz Josepha Stannarda). Bohaterka opowiadania „Ochmistrzyni” to z kolei postać, która zainspirowała Daphne du Maurier do stworzenia przerażającej pani Danvers w „Rebece”. Bohaterowie opowiadań piszą (Beth w „Amerykańskim kochanku” wydaje powieść o przeżytym romansie) i czytają (w „Lecie zimą” – „Zimę latem” Roberta Penna Warrena, a w „Widoku na Jezioro Górne jesienią” – liczne książki, które dla pary bohaterów, emerytowanych księgarzy, stanowią ważny punkt odniesienia).

Literatura w zbiorze Tremain zachowuje więc ulotne losy, służy porządkowaniu doświadczeń i orientacji w świecie, akcentuje niezmienność pewnych zachowań i emocji. Stanowi także szansę poznania życia innego niż nasze własne – i nie musimy w tym celu śledzić ludzi na ulicach jak bohaterka opowiadania „Zamykanie drzwi”, która chce sprawdzić, co ominęło ją przez wybory, jakich dokonała w młodości. Literatura staje się też specyficznym słuchaczem – a potem kolejnym opowiadaczem – dla tych, którzy tak bardzo chcą być wysłuchani. Wielu pojawia się w tych opowiadaniach ludzi szukających kogoś, kto wysłucha ich historii. Ale i tu pisarka komplikuje sytuację, gdy w „Ochmistrzyni” łączy zasygnalizowane już wątki przełomowych dla kogoś zdarzeń, pragnienia bycia usłyszanym, znaczenia literatury, a Daphne du Maurier okazuje się podwójną uwodzicielką – uwodzi panią Danowski dosłownie, ale i kusi szansą na zwierzenia. I nie tylko porzuca kochankę, ale na dodatek wykorzystuje jej życie do stworzenia powieściowej postaci rodem z koszmaru, wypaczając opowieści i cechy pierwowzoru. Pragnienie zostania wysłuchanym potrafi prowadzić do klęski, a pisarz może okazać się kradnącym życie oprawcą. Literatura – podobnie jak relacja z drugim człowiekiem – to w „Lecie zimą…” błogosławieństwo i przekleństwo, a tę dwoistość Tremain wygrywa subtelnie i bez dydaktyzmu.

Na wciąż”

Delikatność i wieloznaczność opowiadań ze zbioru „Lato zimą…” sprawia, że świat prozy Tremain broni się przed łatwymi interpretacjami. Dużo tu krzywdy, a człowiek zdolny jest do okrucieństwa, ale jest i zrozumienie dla trudnych do przekroczenia mechanizmów psychologicznych. Gdy ktoś pozbywa się swojego psa, Owen, bohater „W potrzasku”, diagnozuje gorzko: „Bo to jest cześć ludzkiej natury: chęć pozbywania się tego, co jak myślałeś, będziesz potrafił kochać, ale stwierdziłeś, że nie potrafisz” (s. 39). Ale równocześnie sam Owen jest dowodem, że człowieka stać na poświęcenie wszystkiego dla istot, które nie mogą zatroszczyć się o siebie same. Lena i Walter z „Widoku na Jezioro Górne jesienią” zadają sobie trudne pytania o granice rodzicielskiej miłości do córki, ale ich miłość do siebie nawzajem pozostaje bezgraniczna. „Lucy i Gaston” to opowieść o wojnie, zemście i lęku – ale przecież także o wybaczeniu.

Są oczywiście w „Lecie zimą…” wątki, które trudno oswoić – jak choćby powracające u kilkorga bohaterów pragnienie powrotu do dzieciństwa, kiedy zawsze można było zapytać dorosłych o radę, a mama przynosiła budyń umilający chorowanie. Opowiadanie „Smithy” zawiera diagnozę wręcz straszną: „Chyba po prostu życie toczyło się dalej: to samotne coś, jego życie jako Smithy’ego” (s. 162). Jednak Tremain potrafi tak dobrać proporcje, że w odbiorze jej tekstów melancholijna refleksja nie zmienia się w całkowitą czytelniczą rozpacz. To proza raczej łagodna niż spektakularna, raczej cicha niż głośna, ale wciągająca zarówno intelektualnie, jak i emocjonalnie. I prowokująca, by za bohaterami „Widoku na Jezioro Górne jesienią” powtórzyć: „Zostajemy tutaj na wciąż” (s. 101).
Rose Tremain: „Lato zimą i inne opowiadania”. Przeł. Anna Przedpełska-Trzeciakowska. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2016.