Wydanie bieżące

1 listopada 21 (309) / 2016

Przemysław Pieniążek,

POD CZUJNYM OKIEM BARNEVERNETU (MACIEJ CZARNECKI: 'DZIECI NORWEGII. O PAŃSTWIE [NAD]OPIEKUŃCZYM')

A A A
Norwegia niezmiennie przyciąga Polaków wysokimi zarobkami oraz dostatnim poziomem życia. Ale jak słusznie zauważa Maciej Czarnecki, na mocno wyidealizowanym obrazie tego kraju widnieje wyraźna rysa. Jest nią Barnevernet – osławiony urząd ochrony dzieci, przed którym emigranci z Europy Wschodniej wprost ostrzegają się na forach internetowych. Zabieranie „pokrzywdzonych” pod nieobecność prawnych opiekunów, posądzanie rodziców o psychiczną niestabilność, podburzanie małoletnich do zeznawania przeciwko bliskim, kontrole i wywiady środowiskowe doprowadzające familie do stanu permanentnej paranoi – to tylko niektóre z zarzutów kierowanych pod adresem skandynawskiej instytucji. Jednak lektura reportażu przygotowanego przez rodzimego dziennikarza udowadnia, iż podział na „dobre” rodziny i „zły” Barnevernet jest sporym nadużyciem, aczkolwiek wynikającym z autentycznego problemu.

Autor recenzowanej publikacji skrótowo, lecz przejrzyście zarysowuje genezę norweskich instytucji opieki nad dziećmi, wskazując na rok 1896, kiedy to parlament uchwalił ustawę o odbieraniu pociech patologicznym rodzinom, by zapobiec potencjalnemu wychowaniu kolejnych pokoleń kryminalistów. Wszak, o czym przekonuje reporter, Norwegia pragnęła stworzyć system, który nie tylko chroniłby wszystkie dzieci przed przemocą (także seksualną), ale jednocześnie czuwałby nad ich rozwojem. Maciej Czarnecki w toku snutej przez siebie narracji wyjaśnia, dlaczego dla krajanów Edvarda Muncha autonomia dziecka jest świętością (już siedmiolatek ma prawo wypowiadać się w sprawach, które go dotyczą, a sąd powinien brać pod uwagę jego opinie), zaś tamtejsze szkoły umacniają uczniów w przekonaniu o słuszności (ba, powinności) donoszenia na swoich rodzicieli jeśli czują się w jakikolwiek sposób skrzywdzone. I bynajmniej nie chodzi wyłącznie o psychiczne upokorzenia, kary fizyczne czy rękoczyny z klapsem na czele – nawet wygłoszone tonem irytacji upomnienie pociechy może okazać się punktem zaczepienia dla urzędników Barnevernetu, w wielu przypadkach ochoczo drążących temat metodą manipulacji (Maciej Czarnecki wskazuje na casusy, gdy poddane perswazji dzieci naprawdę zaczynają wierzyć, że są regularnie bite przez matkę/ojca lub – w skrajnych sytuacjach – celowo świadczą na niekorzyść rodziców w ramach familijnych „porachunków”). Nie bez znaczenia jest również to, że konsekwencje owych interwencji nader często kładą się cieniem na dalszym życiu konkretnych rodzin, w których „ratowane” latorośle muszą potem korzystać z pomocy psychoterapeuty.

Dziennikarz „Gazety Wyborczej” klarownie wykazuje, że szokujące dla wielu rodaków doświadczenia z norweską służbą ochrony dzieci w znaczącym stopniu wynikają z kulturowych różnic w wychowywaniu najmłodszych oraz definiowaniu przemocy względem nich. W odróżnieniu od polskich instytucji tego typu, tamtejsze urzędy są bardziej rozbudowane, a w dodatku częściej i szybciej weryfikują niepokojące doniesienia napływające ze strony nauczycieli, przedszkolnych opiekunów, pielęgniarek, lekarzy, sąsiadów, czy osób postronnych – podstawą interwencji są także anonimowe zgłoszenia. Niemniej jedna czwarta sygnałów, co podkreśla Maciej Czarnecki, pochodzi od członków rodziny, w tym od samych dzieci. Skrupulatnie analizując modus operandi urzędników Barnevernetu dziennikarz sygnalizuje, iż tamtejsze prawo pozostawia im wybór najodpowiedniejszych (z ich punktu widzenia) metod działania, co wynika z charakterystycznego dla Norwegów przedkładania poczucia sprawiedliwości nad ścisłe przestrzeganie litery prawa. Jak przekonuje autor tomu, po zakończeniu dochodzenia budząca kontrowersje instytucja może uznać, że dalsza interwencja jest zbyteczna lub też zaproponować pomoc (zapewnienie darmowej opieki, porad, zasiłków, etc.). Jedynie w najpoważniejszych sprawach urzędnicy wnoszą o przejęcie opieki nad dzieckiem. Decyduje o tym fylkesnemnda: komisja wojewódzka, od której „wyroku” rodzice mogą odwołać się do sądu. Warto także podkreślić, że nieletni może być zabrany z domu w trybie natychmiastowym (tuż po otrzymaniu przez Barnevernet doniesienia, zanim jeszcze ruszy całe dochodzenie) jeśli stwierdzono, że dziecku dzieje się krzywda lub jest nią realnie zagrożone.

„Dzieci Norwegii” to po części także opowieść o następstwach polskiego exodusu do ojczyzny Henrika Ibsena (według danych urzędu statystycznego z początku 2016 roku mieszka tam prawie 96 tysięcy naszych rodaków). Reporter oddaje głos emigrantom dzielącym się z nim własnymi doświadczeniami, w których swoistym leitmotivem okazuje się problem zderzenia polskiej mentalności z machiną państwa (nad)opiekuńczego. W przywoływanych przez Macieja Czarneckiego relacjach nie brakuje zatrważających świadectw (także tych odbijających się medialną czkawką), ale także refleksji rodziców zadowolonych ze współpracy z Barnevernetem, który z uwagi na poufność swoich działań zachowuje w obliczu nagonki wymowne milczenie. Mając świadomość, że zasadniczą niedoskonałością wielu relacji dziennikarskich dotyczących tego tematu jest oddawanie głosu tylko stronie pokrzywdzonej, autor książki w wielu rozdziałach posiłkuje się pisemnymi decyzjami fylkesnemndy, sądu czy opiniami psychologów, aby poznać i nade wszystko zrozumieć argumenty urzędników.

Podczas kilku podróży do Norwegii polski reporter rozmawiał z pracownikami Barnevernetu, rodzicami zastępczymi, wykładowcami pracy społecznej i opieki nad dzieckiem (kształcącymi przyszłe kadry wyżej wymienionej instytucji), prawnikami, psychologami, psychiatrami, dyplomatami, politykami oraz aktywistami – każda z tych osób, jak podkreśla autor, miała nieco inny punkt widzenia na poruszaną przez Macieja Czarneckiego kwestię. W niektórych sprawach stykał się z błędami w postępowaniu dowodowym, upartym trwaniem przy z góry założonych tezach, niepokojącymi konfliktami interesów, naginaniem prawa, w pojedynczych przypadkach: zwykłym niedbalstwem. O nieco innych problemach opowiadali mu eksperci: bariera językowa oraz kłopoty z tłumaczami, zbyt mała liczba pracowników, niewystarczające kompetencje pewnej części urzędników, wyolbrzymianie skali problemu zarówno przez rodziców, jak i media – argumenty przytaczane przez obrońców praw dziecka stanowią równie istotną część omawianej publikacji.

Wieloaspektowe ujęcie tematu (vide: retrospektywne spojrzenie na sprawę Adele Johansen kontra Norwegia rozpatrywaną przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu, dzieciństwo Andersa Breivika czy zaskakujące decyzje sądów w przypadkach rozwodów polsko-norweskich małżeństw) sprawia, że ukazujący się nakładem wydawnictwa Czarnego tom nie jest książką o Barnevernecie, którego działalność zdecydowanie wykracza poza odbieranie rodzicom ich milusińskich. „Dzieci Norwegii” nie są również reportażem o Polakach żyjących w tytułowym kraju, bo większość z nich nigdy nie miała styczności z urzędem łączącym w sobie funkcje „niani” i „policjanta” (s. 237). To, jak przekonuje autor, opowieść o newralgicznych przypadkach, gdy dochodzi do spotkania tych dwóch światów. Spotkania będącego jednym z istotnych elementów toczącej się dziś medialnej debaty dotyczącej instytucjonalnych nadużyć, dostrzeganych – co nie jest bez znaczenia – także przez samych Norwegów.
Maciej Czarnecki: „Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2016.