Wydanie bieżące

1 listopada 21 (309) / 2016

Dawid Kujawa,

NAWET KIEDY CIĘ NIE MA, JESTEŚ PO PROSTU NIEOBECNA (BARTOSZ SADULSKI: 'TARAPATY')

A A A
1.

Dojmujące poczucie straty, które wydaje się naczelną zasadą organizacji nowej, drugiej książki poetyckiej Bartosza Sadulskiego (co do tego zresztą nie ma wątpliwości blurbująca książkę Anna Marchewka), dźwięcznie zatytułowanej „tarapaty”, jest, jak sądzę, lekką zmyłką, łudząco podobną do tej, jaką autor zaserwował nam w roku 2012, debiutancki tom nazywając krótko i całkiem niejednoznacznie – „post”. Wychodzę z założenia, że wszelkim dyskursom krążącym wokół kwestii braku, nieobecności czy kastracji przyglądać należy się z głęboką podejrzliwością – brak bowiem jako kategoria dyskursywna sam musi zostać przecież wyprodukowany i wpuszczony w obieg, w punkcie wyjścia stanowi zatem pewien bolesny i szkodliwy naddatek, a nie ubytek, który należy uzupełnić, zagadać. Czy Sadulski o tym wie? Proszę bardzo, wiersz miłosny „o uciekaniu” dedykowany ms: „przekonuje się nas że z całą pewnością / byt jest i każda rzecz która jest / jest doskonała // można to opisać na prostym przykładzie: / nawet kiedy cię nie ma/ jesteś po prostu nieobecna // i z pewnością jest miejsce/ mogące cieszyć się twoją obecnością”.

Taka postać rzeczy narzucić się może zatem czytelnikowi sama, bez żadnych wstępnych supozycji. Wynika to z całkiem prostego faktu: wiersze wrocławskiego poety i dziennikarza cechuje nieczęsto spotykany w ostatnich latach – choć szczęśliwie dzisiaj powracający w niezłym stylu – rodzaj językowej bujności i żywotności, który nie kojarzy się ani z poszczeniem, ani tym bardziej z melancholią (nie wątpię mimo wszystko, że znajdą się i tacy, którzy ów nadmiar konceptualizować będą zgodnie z linią klasycznej psychoanalizy jako strategię kompensacyjną). Motto zaczerpnięte z Pessoi, absolutnego mistrza podmiotowych kreacji, nie jest tu przypadkowe: ponieważ „[n]ic tak nie męczy jak czyjaś namiętność”, Sadulski wykonuje gest absolutnie przewrotny, bo zaprzepaszczoną namiętność prezentuje jako własną, „autentyczną” i „dogłębną”, ale nie wyrzeka się przy tym przeogromnego dystansu do takiego retorycznego nadużycia – i tutaj właśnie, w miejscu, w którym wytwarzany jest ów dystans, dzieją się rzeczy zupełnie zawrotne.

2.

Zawrotne, bo rzeczywiście wywołujące u czytelnika swoiste vertigo: urodzony w 1986 roku autor nie tylko wykorzystuje wypracowaną u nas w ostatnich dekadach rezerwę przejawianą w stosunku do własnej wypowiedzi, ale pokazuje jednocześnie w wymowny sposób, co się stanie, jeśli rezerwę tę podrasujemy, spotęgujemy i zużytkujemy podczas poruszania się w obrębie ramy konfesyjnej. Okazuje się zatem, że tryb wypowiedzi wcale nie „wygrywa” tu z podejmowanym eksplicytnie problemem – jak gotowi bylibyśmy podejrzewać, a nawet z góry założyć – to znaczy jakimś cudem nie odwraca treści wypowiedzi na nice, bo na przykład okrąglutkie zdanie otwierające tom („dziewczyna którą kocham mówi / że jestem chujem, a ja kontratakuję / jak chuj”), choć w pierwszym wrażeniu wydawać się będzie w pełni zanurzone w „cieniu” literalnej wypowiedzi, przy lekturze kolejnych tekstów odzyska swój trzeźwy, ani trochę nie anegdotyczny charakter i rozbłyśnie własnym przerysowaniem w zaskakującym kontekście – ujawni się mianowicie jako wyartykułowane „na serio”, zupełnie tak, jakby programowe rozpasanie i nadmiar drwiny prowadziły do wyrugowania z retorycznego rejestru drwiny jako takiej. Mówiąc zwięźlej, Sadulski wykonuje przewrotkę, która ma paradoksalny charakter: podmiot, który po Schleglowsku transcenduje poza nadany przez siebie komunikat najdalej, jak tylko może, w nieoczekiwanym momencie znajduje się znów bardzo blisko komunikatu „czystego”, niezironizowanego, jawiącego się jako wysoce jednoznaczny. Po kilku utworach pełnych – moglibyśmy się założyć – stuprocentowej szydery, wzmacnianej dodatkowo przez doskonale „wyczute”, jakby z gruntu Wiedemannowskie rymy (czasem zupełnie wymyślne, czasem znowuż najbanalniejsze z możliwych, zawsze jednak huśtające się między wysokimi i niskimi rejestrami), od których wręcz się tu roi („istnieje życie po końcu świata lecz nie ma bata / nie powie ci o tym mama że powiem ci o tym tata”; „należy ci się jak psu woda a kotu lewarek / nasz nowy właściciel ma na imię darek” – słychać Majerana?), trafiamy ostatecznie na utwór zatytułowany „6 czerwca”, który zupełnie znienacka pojawia się w samym środku tego bezpiecznego, bo przecież kpiarskiego, językowego terytorium: „kiedy umarła mama / najpierw zacząłem kompulsywnie zmywać / a później pomyślałem o zarośniętych torach / łączących miasteczka równie opuszczone / co moje ciało”. Trudno mieć jeszcze wątpliwości co do tego, jak Sadulski rozkładał będzie w swoim tomie akcenty.

3.

Jeden z autotematycznych wątków poruszonych w „tarapatach”, których swoją drogą nie znajdziemy tu aż tak wielu, zdecydowanie wart jest odnotowania – w wierszu „oko cyklonu” autor rzuca krótką, celną, a jednocześnie pojemną frazę, która dla okołopoetologiczych rozważań bez wątpienia mogłaby okazać się nieprzeciętnie stymulująca: „wiersz biały jest jak tenis bez siatki”; przychodząca na myśl jako pierwsza analogia ze znaną ping-pongową metaforą Bohdana Zadury, która niegdyś wywołała tyle zamieszania, nie jest chyba nie na miejscu, ale i w gruncie rzeczy na niewiele nam się zda, bo rozpoznanie Sadulskiego nie dotyczy przecież, jak tamto, nowatorskiej strategii twórczej, a raczej konsekwencji wynikających z braku poetyckiego samoograniczenia: „wyobraźcie sobie finał Wimbledonu / rozgrywany w pustce forhend zawieszony / w bezczasie – ze względu na okoliczności / wygra nadal: fragment to mniejsza całość // mów dalej”. Współczesny wiersz jest zawsze „rozgrywany w pustce”, zasady jego organizacji każdorazowo muszą być ustanawiane od nowa, a okoliczności „wygranej” nigdy nie podlegają raz na zawsze przyjętym, powszechnie znanym zasadom; status „dobrego wiersza” jest rzeczą, delikatnie mówiąc, umowną – to jednak nic nowego, wiemy o tym od dawna, dobrze byłoby zatem zaakcentować jeszcze inną kwestię: tak zorganizowana (bądźmy konsekwentni: niezorganizowana) przestrzeń kortu stanowi tytułowe „oko cyklonu”, każda wypowiedź podważona może tu zostać przez samą siebie; i między innymi z tym problemem właśnie, jak sądzę, Sadulski szarpie się w swoim tomie.

4.

Zarysowane wyżej wątki autor zgrabnie łączy z wypisami na temat notowań światowych indeksów („dubaj”), mówiąc o intymności w roli metafor ustawia sformułowania dalece wykraczające poza słownik dotyczący najbliższych międzyludzkich relacji („twoje serce niech na zmianę / będzie jak przemysł lekkie i ciężkie ale / nigdy zbrojne”), trawestując śmiesznych klasyków, nie marnuje okazji, by odnieść się do własnej prekaryjnej sytuacji („ubrudzić się i wyjść / jest łatwiej niż zostać i z powtórzeń opiewać / ranny świat bo chociaż nie ubywa nam rat / do spłacenia nie jest kredyt ale jego brak”). Wszystko to pozwala mu odświeżyć dość skompromitowaną konwencję wyznania, unieważniając przy tym fasadowe podziały na idiomy ironiczne i poważne, prywatne i liczące się z problemami ponadindywidualnymi. Wnioski są przednie: „wszystko co powiesz może być wykorzystane / w reklamie kaszlu i sprzedane za bezcen / ale straty nikt ci nie zabierze”; brak jako produkt jest doskonale bezużyteczny i nie podlega subsumpcji.
Bartosz Sadulski: „tarapaty”. Wydawnictwo Książkowe Klimaty. Wrocław 2016.