Wydanie bieżące

1 listopada 21 (309) / 2016

Patryk Szaj,

STANY WYJĄTKOWE(JOANNA LECH: 'TRANS')

A A A
Nowy tom Joanny Lech poza spisem treści posiada także soundtrack – każdy wiersz opatrzony został tytułem piosenki. Trudno nie uznać tego gestu za znaczący, mamy tu bowiem do czynienia z wyraźną autorską projekcją lektury, która sugeruje, że poszczególne utwory poetyckie korespondują jakoś z utworami muzycznymi. Sprawa jednak tylko pozornie jest tak oczywista. Bo cóż to znaczy: autorska projekcja lektury? I co to znaczy, że utwory tekstowe i muzyczne „jakoś” ze sobą korespondują? Zdaje się, że możliwości czytelniczych konkretyzacji jest tu co najmniej kilka. Można na przykład potraktować poszczególne wiersze jako „przekłady intersemiotyczne”, a więc przekłady nie tylko z języka (z reguły angielskiego, z tego obszaru językowego pochodzi większość kawałków) na język, ale także z jednego medium na inne. Można też, idąc tropem korespondencji (sztuk i uczuć), potraktować wiersze jako impresje z wrażeń muzycznych lub też wariacje na ich temat (do czego uprawniają pojawiające się w nich czasem kryptocytaty z tekstów piosenek). Można wreszcie, i nie ukrywam, że ta możliwość podoba mi się najbardziej, czytać wiersze, jednocześnie słuchając przypisanych im kawałków. W takiej wersji „Trans” staje się tomikiem quasi-multimedialnym (albo właśnie: transmedialnym), łączącym w sobie medium tekstowe i muzyczne (a także wizualne, jeśli wziąć pod uwagę, że niektóre z zaproponowanych przez Joannę Lech kawałków mają też klipy). Ponadto okazuje się swego rodzaju tomikiem konceptualnym – być w „transie” oznaczałoby: doświadczać wszystkimi zmysłami naraz, reagować na napływające zewsząd bodźce. Transmedialność tylko by ten stan podkreślała.

Taki tryb lektury sugeruje jeszcze jedna odautorska projekcja – dołączone do tomu bardzo wyraziste (na tyle wyraziste, że aż budzące obawy, czy nie nazbyt sugestywne) motto z „Księgi niepokoju” Fernanda Pessoi: „Odczuwam moje życie tak, jakby mnie nim tłuczono”. Czytelnik zaznajomiony z dotychczasowymi dokonaniami autorki nie może przejść obok tych słów obojętnie, bo przecież doskonale charakteryzowałyby one także jej dwie wcześniejsze książki poetyckie: „Zapaść” i „Nawroty”. Pojawia się zatem pokusa, aby czytać „Trans” jako kontynuację jej dotychczasowej drogi twórczej. Wydaje mi się bowiem (choć, oczywiście, mogę się mylić), że należy ona do tych pisarzy, którzy mają swoje obsesyjne tematy i krążą wokół nich, zataczając coraz to szersze kręgi, rzadko jednak zapuszczając się na zupełnie nieznane sobie terytoria. Do takich obsesji Joanny Lech należą z pewnością rozkład, rozpacz, depresyjność, ale także uczuciowość, cielesność, zmysłowość. Obsesje te, dodajmy, potrafi ona zgrabnie opowiedzieć, nadając im indywidualne piętno.

W tym względzie „Trans” przynosi tyleż kontynuację, co… może nie zerwanie, ale pewne poluzowanie. Tonacja nadal jest tu minorowa, nadal dominują szarości, nadal powracają motywy silnie nacechowane fizjologią. Ale obok tego wszystkiego tom wprowadza sporo dystansu, a nawet autoironii. W debiucie krakowskiej autorki każdy wiersz „stał” na skraju przepaści, w „Nawrotach” nie sposób było uciec od gęstej, dusznej, przytłaczającej atmosfery gnicia, spopielania, wszechobejmującego rozkładu. W „Transie” jest o wiele więcej miejsca dla gry, humoru (prawda że czasem wisielczego), nawet niezbyt złowieszczego absurdu. Przez pojedyncze przesmyki dociera tu też świat zewnętrzny, zupełnie nieobecny w poprzednich tomach. Te różnice widać także na poziomie poetyki: gęstą, rozbudowaną frazę zastępują tu czasem wersy krótsze, mniej nabite, celujące raczej w zwartość i dosadność niż w hiperboliczne (i hipertroficzne) nagromadzenie doznań. To być może nie radykalny, ale jednak wyraźny krok w stronę redukcji.

Elementy gry wprowadza już pierwszy wers wiersza otwierającego tom, „Jakby z rozpędu”, w którym czytamy: „W spektaklu tym odgrywam wszystkie role”. W utworze pojawia się też kontrastowe obrazowanie, które będzie powracać w całej książce: „stoję nieruchomo […], jestem rzeką”, „mówię o deszczu, […] mówię, że upał”. Oba te sygnały każą zwrócić uwagę na bogatszą niż w „Zapaści” czy „Nawrotach” paletę „barw”: spektrum doznań jest tu dość szerokie, a wahania ich amplitudy bardzo często następują w obrębie jednego wiersza. Być może ma na to wpływ charakterystyczny dla Joanny Lech „somatyczny” sposób obrazowania. Podmiotka czy bohaterka jej wierszy reaguje na sytuacje liryczne poceniem się, odczuwa „zawroty”, jest wrażliwa na czynniki atmosferyczne (upał, mróz, deszcz…) – jest tak, jakby sens i non-sens nie były kwestią samego intelektu, ale całego „sensorium”; zmysły współkonstytuują jej tożsamość, a czasem wręcz nad nią dominują, jak w wierszu „Uwiódł mnie soczystej barwy łagodny zaśpiew”, gdzie dym z kominów huty i smog opisane zostają za pomocą peryfrazy „Oto jest kaszel, który wytrąca mnie z każdej nocy”, czy w zakończeniu utworu „Wiele neonowych pętli”, gdzie następuje jakby dociśnięcie nerwów, przywołujące atmosferę z „Zapaści”: „A dopiero, co wczoraj znalazłam twój włos i chciałam / go połknąć. Ale położyłam pod poduszkę, zasnęłam z nożem / w zębach, był świt i prowadziłeś mnie na tym sznurku / prosto w zamieć. Jak w błogi, blady lęk”.

Niemniej, tego typu zbiegi są stosowane w „Transie” z umiarem, autorka nie przeciąga struny, nie bywa też tak dosłowna jak w poprzednich tomach. Zamiast tego sięga po bardziej subtelne środki, np. po zmetaforyzowane anafory, aby wyrazić przesyt negatywnych uczuć w „There is too much pepper on my paprikash”. Wszystko to jest, jak sądzę, wynikiem wprowadzenia do „Transu” bardzo ożywczego dystansu. Jeśli w spektaklu tym „odgrywam” wszystkie role, to niekoniecznie utożsamiam się z graną przeze mnie postacią, niekoniecznie jestem w stu procentach sobą. Albo może: za każdym razem jestem całkowicie sobą, za każdym razem będąc kimś innym. Mam też świadomość, że poza nastrojami „otchłannymi”, poza temperaturami skrajnymi, życie bogate jest także w temperatury letnie, że obok „napadów śmiertelnego poświęcenia” jest też miejsce na „szelest kapci”. Sygnałów dystansu (czy wręcz autoironii) znajdziemy w „Transie” całkiem sporo: „I nie brakuje niczego, nic, tylko się szarpać (więc tak / się uśmiecham, jakbym z pamięci mówiła różaniec: / #shouldistayorshouldigo”, „ta twoja przepaść, to jest żałosne. Znaczy urocze, chciałem powiedzieć”, „tak bardzo na nic nas nie stać, że niemal wypada coś stracić”. Należą do nich również, wcześniej obecne u autorki w niewielkim stopniu, gry językowe: „na przejściu dla pieszych nachodzi mnie rozpacz”, „Gdyby tylko twój smutek mógł połączyć się z moim / powstałoby piekło i od razu by pękło”, „Pospieszne pod wiaduktem, leniwie”. Spośród nich najciekawsza wydaje mi się fraza „koniec świta” z wiersza „Kęsy” – choć ewokuje ona sfrazeologizowany „koniec świata” , to przecież nie jest z nim tożsama. Raczej (jeśli w ogóle) zapowiada jakiś kres… zapowiada, ale, sygnalizując grę z utartym sformułowaniem, jednocześnie go neutralizuje.

Nie jest oczywiście tak, że Joanna Lech nagle stała się stereotypową postmodernistką, obezwładniającą wszelką powagę za pomocą wysublimowanej ironii. Nie – nadal wciela się w swoje dawne role, nadal przede wszystkim drąży to, co negatywne, przy czym – jako się rzekło – nieraz obniża ton. W wierszu „Krztyny” np. dominuje chęć ucieczki, eskapizm, pragnienie wyzbycia się nadmiaru wrażeń i uczuć. Dominuje, ale nie jest dojmująca – nie przytłacza ani bohaterki, ani czytelnika. I taki wydaje mi się cały ten tom – raczej smutek niż rozpacz, raczej mowa pół żartem, pół serio, niż śmiertelna powaga. Nawet jeśli czytamy gdzieś, że „śmierć jest znacznie ciekawsza od spania”, to przy wypowiadaniu tych słów bohaterka jakby mruga do nas okiem. Sam oniryzm zresztą także nie jest w „Transie” tak „śmiertelny” czy złowieszczy jak w poprzednich tomach. Na przykład „Sen, w którym strzelasz” to tyleż zapis absurdalnego snu, ile manifestacja iskrzących się metaforycznych znaczeń „strzelania”, które w konsekwencji okazuje się całkiem niegroźne.

Są wreszcie w „Transie” trzy wiersze, do których bardzo wyraźnie „wdziera” się świat zewnętrzny – wiersze stanowiące w repertuarze Joanny Lech novum. Chodzi o tytułowy „Trans”, „Pracę w branży filmowej” oraz o „Zadyszkę”. Pierwsze dwa to jednowersowe cytaty-nagłówki: z serwisu „Gazeta.pl” („Podejrzany w sprawie śmierci popełnił samobójstwo”) oraz z portalu Gumtree.pl („Porno studio poszukuje impotentna do roli czarnego charakteru”). Ostatni składa się z fraz, które brzmią, jakby były podobnymi nagłówkami prasowymi (choć nie otrzymujemy od autorki żadnej informacji, że w istocie tak jest), opowiadającymi o niewesołych wydarzeniach ze świata: „Chwile grozy w wesołym miasteczku. W Rosji brakuje nawet samoopalaczy. W Indiach pachnie zamachem stanu”, i tak dalej. Po wyliczeniu tym następuje krótki komentarz (puenta?): „To najgorsza pora, żeby mieć całą żałość na własność”. Wiersze te – jakby proweniencji „zadurowskiej”, choć „Zadyszka” kojarzy się też ze „Stanem wyjątkowym” Juliana Kornhausera (swoją drogą, czy nie tak – jako stan wyjątkowy – można by opisać trans?) – przynoszą zdecydowanie odmienną optykę. Uwaga nie jest tu już skoncentrowana na podmiotce, raczej łowią one absurdy rzeczywistości medialnej (i nowomedialnej) lub – poprzez akcentowanie dwuznaczności – wprowadzają sensy naddane.

A co z transmedialnością tomu? Jej odbiór jest chyba kwestią indywidualną. Wzbogacenie „cichej” lektury podkładem muzycznym przynosi rozmaite efekty i nie twierdzę, że moje wrażenia są całkowicie słuszne, wydaje mi się jednak, że niektóre utwory (jak „A może naprawdę niebieski jest smutek” i „The slow drug” PJ Harvey) korespondują ze sobą świetnie, zgrywając się ze sobą nastrojem. Inne z kolei są w ciekawy sposób skontrastowane – np. „Zawroty (dizzy, dizzy)” to wiersz jakby „momentalny”, chwilowy, łapiący afekt na gorącym uczynku, zaprzeczający tytułowi towarzyszącego mu kawałka The White Stripes – „I’m slowly turning into you”. Nic tu bowiem nie jest „slowly”, wszystko dzieje się w mgnieniu oka. „Klaszczę w dłonie” zespołu Variété wzmaga z kolei efekt transu poprzez wielokrotne powtarzanie refrenowej frazy „Klaszczę w dłonie, by było mnie więcej”. Bo i tym jest przecież trans – pragnieniem wyjścia poza siebie, by było siebie więcej.

W końcu bowiem powracamy do tytułu tomu. Zwiększona wrażliwość na bodźce, momentami oniryczne odczuwanie rzeczywistości, jakby podświadome, niekontrolowane wybuchy uczuć, a także jednoczesność percepcji – to przecież wszystko czynniki charakterystyczne dla stanu transu. Dlatego też cały tom czytać można „konceptualnie”. Co jednak znaczyłyby wówczas dystans, ironia, „poluzowanie”? Czy pojawią się one w twórczości Joanny Lech na dłużej, czy są jednorazowymi gośćmi? Czy trans to kolejna somatyczna metafora określająca permanentny (to znaczy: wciąż nawracający) od pierwszego tomu stan podmiotki, czy też zapowiedź jakiegoś przejścia (czyli właśnie: transu)? A jeśli to drugie, to ku czemu by ono wiodło?
Joanna Lech: „Trans”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2016.