Wydanie bieżące

1 listopada 21 (309) / 2016

Maja Baczyńska, Janusz Wawrowski,

SPROSTAĆ SAMEMU SOBIE

A A A
Maja Baczyńska: Skąd wziął się pomysł na „Sequenzę”? Twoja poprzednia płyta - „Aurora” była całkiem inna w charakterze. Tymczasem „Sequenza” to propozycja odważna, wręcz prowokacyjna.

Janusz Wawrowski: Ta płyta jest zupełnie inna – zaskakująca i różnorodna. To dla mnie kolejne wyzwanie po muzyce Paganiniego. „Kaprysy” były bowiem wyzwaniem czysto technicznym w klasycznym stylu, a teraz jest „Sequenza” – również gigantyczne wyzwanie techniczne, ale także intelektualne, bo to muzyka nie dla każdego. To potrójna trudność: sprostać samemu sobie technicznie, intelektualnie i interpretacyjnie. Muzyka zawarta na płycie pozbawiona jest naleciałości i tradycji. „Sequenza” jest najdłuższym utworem, zestawionym na albumie z krótszymi dziełami. Poprzez niedużą formę tych kompozycji i indywidualną interpretację, na której niezwykle mi zależało, pragnę przyciągnąć uwagę miłośników tej nieco bardziej wymagającej solowej muzyki skrzypcowej. Chcę tu pokazać aspekty znane ze świata naukowego oraz świata mechaniki, a nawet popkultury. W muzyce zawartej na tej płycie wyeksponowane są pewne efekty i odgłosy, które nawiązują do myśli nauki, rozwijanej w trakcie tworzenia wybranych przeze mnie utworów. Odnajdziemy więc tu dzieła, które komponowano w XX wieku, gdy zaczynały nas otaczać silniki, maszyny, instrumenty elektroniczne, gitary, gdy rodził się rock. Słyszę tu wiele takich rzeczy. Zależało mi aby jak najokazalej pokazać otaczającą nas współczesność. Myślę, że klip wyprodukowany do płyty też będzie oddawał świat pełen dźwięków, pozostających niemalże na granicy obłędu. To nie jest cisza Beethovena podczas tworzenia „Symfonii Pastoralnej”.

M.B.: Muzyka współczesna bywa bardzo hermetyczna. Ale czy rzeczywiście jest „nie dla każdego”?

J.W.: Zawsze coś, co jest nowe, jest mniej dostępne. Co prawda żyjemy w zgiełku, gdzie pełno jest muzyki współczesnej, tym niemniej jest ona jeszcze nie wyselekcjonowana. Weźmy pod uwagę, że muzyka miniona, to muzyka, która musiała tej selekcji w pewnym momencie się poddać. Bardzo dużo dzieł zostało już odrzuconych. W czasach Beethovena, Wieniawskiego, czy Mozarta większość utworów słabych i nużących tonalnie nie mogła przetrwać. My znajdujemy się jeszcze przed selekcją krytyków, wykonawców i odbiorców, zatem trudniej nam ocenić muzykę współczesną. Co ciekawe, zauważyłem, że małe dzieci są bardziej otwarte na to, co nowe, nie mają zapisanej karty historii słuchania muzyki tak jak dorośli. Nawet meloman ma swój wyrobiony gust, przyzwyczajenia, że muzyka musi być dur-moll, że musi mieć taką a nie inną formę czy barwę. Dzieci odbierają to co nowe bez uprzedzeń. Uważam jednak, że pomóc słuchaczom oswoić się z muzyką współczesną, może przekonanie do niej idące od artysty, który prezentuje ją na scenie. Ważne, aby on sam usiłował wyłuskać z niej najważniejsze elementy.

M.B.: Tymczasem już Paganini był w pewnym sensie jej prekursorem, a Ty jego kaprysy wykonujesz po mistrzowsku.

J.W.: Istotnie, Paganini był prekursorem i pisał bardzo współczesne utwory. W zasadzie jego kaprysy mają nowatorskie rytmy, brzmienia, a ponadto są postępowe w technice. Stąd mój pomysł na zestawienie tej muzyki ze sobą – niektóre fragmenty w jego utworach spokojnie mogłyby zostać skomponowane na przełomie XX i XXI wieku! Czasami mogą się kojarzyć się z rockowymi solówkami gitarowymi, a wiemy, że Paganini był również wirtuozem tego instrumentu.

M.B.: Mówiliśmy o muzycznych wyzwaniach. „Sequenza” Luciano Berio jest szczególnie wymagająca. Ponoć to jedyny utwór w Twojej karierze, który zdecydowałeś się najpierw nagrać, a dopiero potem zagrać na żywo. Na czym polega jego trudność?

J.W.: Wynika to z wielkiej złożoności tego utworu. Ekstremalne, techniczne pomysły są więc w pewnym sensie zbieżne z Paganinim, sięgamy niemal obłędu. W Sequenzy mamy do czynienia z motywem niewykonalności, ciężarem intelektualnym dzieła i dużą, intensywną formą przeznaczoną na skrzypce solo. Ten utwór to jedno z iście największych (jeśli nie największe) wyzwań na tej płycie.

M.B.: I to nawet po 24 „Kaprysach” Paganiniego! A jak znalazły się na płycie utwory młodszego pokolenia kompozytorów? Ponoć zostały napisane specjalnie dla Ciebie.

J.W.: Tak. Bardzo chciałem, żeby ten album był żywy, żeby wpleść tu wyraźny symbol współczesności. To muzyka tworzona tu i teraz. Bo co może być bardziej atrakcyjnego, żeby nie powiedzieć sexy, niż to, że kompozytor pisze utwory specjalnie na twoją płytę? Z Darkiem i Tomkiem miałem już okazję nagrywać koncerty skrzypcowe, ale stwierdziłem, że są świetnymi partnerami do dalszej współpracy. Dlatego bardzo się cieszę z naszych działań. Bardzo im za to dziękuję.

M.B.: Zestawienie różnych twórców, z różnych krajów, legend oraz gwiazd wschodzących – czy to jest właśnie według Ciebie idealny sposób na prezentację muzyki współczesnej?

J.W.: Tak, według mnie siła prezentacji tkwi w różnorodności muzyki. Kiedy sam ustalam program recitali, z chęcią łączę różne epoki, nawet utwory, które dzieli kilkaset lat. Trudno mi ocenić, czy lepsze dzieła powstały w baroku czy w XIX wieku. Nie czuję się na tyle mądry, by rozsądzać co jest bardziej wartościowe. Jeśli mogę łączyć muzykę z XVIII, XIX i XX wieku na jednym koncercie, to chętnie to czynię. Na płycie mamy zatem czasowy rozstrzał: od Ysaÿe’a, który pisał w stylu romantyczno-impresjonistycznym, sięgającym czasów Wieniawskiego, aż po dzieła rodem z XXI wieku, bardzo odważne, czy nawet takie jak „Sequenza”.

M.B.: Co chciałbyś przez ten album powiedzieć odbiorcom?

J.W.: Chciałbym, żeby słuchacze spróbowali skosztować tej muzyki. Życzyłbym sobie, żeby nie zamykali się na nią, żeby podeszli do niej jak do eksperymentu naukowego – z ciekawością, a nie z uprzedzeniem. Wystarczy nieco otwartości, wysiłku i ciekawości.

M.B.: To na koniec kilka słów o Twoich kolejnych, planowanych projektach.

J.W.: W planach mam rejestrację koncertów, odnoszących się do tradycji późnoromantycznej. Za chwilę czeka mnie Wielka Brytania. Planuję tam nagrać „Koncert skrzypcowy” A-dur op. 8 Mieczysława Karłowicza oraz „Koncert d-moll” op. 47 Jeana Sibeliusa z jedną z tamtejszych orkiestr i dyrygentem Michałem Dworzyńskim. Postanowiłem „popełnić” nawet kadencję do koncertu Karłowicza – jest ona wynikiem moich refleksji na temat jego twórczości. Bardzo kocham i szanuję ten utwór i mam nadzieję, że uda mi się go nieco wypromować. Poza tym przede mną mnóstwo koncertów, związanych z promocją obu płyt – „Sequenzy” i planowanego albumu „Faces”.



Specjalne podziękowania dla Magdaleny Kajszczak za pomoc w przygotowaniu wywiadu.
Fot. Anita Wąsik-Płocińska