Wydanie bieżące

15 listopada 22 (310) / 2016

Kamila Czaja,

PONURA SYNERGIA (MORZE PO KOLANA)

A A A
Wielka Litera zdecydowała się na ciekawy krok. Niekomiksowe do tej pory wydawnictwo opublikowało książkę łączącą teksty Marcina Kołodziejczyka („B. Opowieści z planety prowincja”, „Dyforia. Przypadki mieszczan polskich”, „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne”) i rysunki Marcina Podolca („Wszystko zajęte”, „Fugazi Music Club”, „Dym. Pablopavo. Wywiad graficzny”). Obaj twórcy, reporter i autor komiksów, są w swoich dziedzinach bardzo cenieni – ale przecież nie zawsze stanowi to gwarancję udanego efektu połączenia sił. Tym razem się jednak udało.

Kołodziejczyk

Nie ukrywam, że do sięgnięcia po „Morze po kolana” skłoniło mnie nazwisko autora tekstów, a świat komiksów jest mi dość odległy. Podchodziłam do lektury, mając w pamięci wcześniejsze książki reportera, który zdążył dać się poznać jako twórca bardzo oryginalny. O ile „komiks reportażowy” (określenie z okładki) może wydawać się formą zaskakującą, o tyle akurat w przypadku Kołodziejczyka wola takiego eksperymentu aż tak mocno nie dziwi. Już w przypadku debiutanckiego zbioru „B” zwracano uwagę na przekraczanie przez autora reportażowych form, na wyraźne wychodzenie w stronę opowiadania. Napisanie komiksu byłoby więc kolejnym etapem zacierania granic gatunku, naruszania czytelniczych przyzwyczajeń (przy czym najwyraźniej i ja nie zaliczam się do „purystów reportażu”, skoro nie nienawidzę tej nowej książki – na okładce czytamy celowo skandalizującą zachętę: „Dzieło, które liczni puryści reportażu pokochają nienawidzić”).

Dla fanów Kołodziejczyka na wstępie pewnym rozczarowaniem może być odkrycie, że w kwestii historii niewiele tu nowości. Autor głównie adaptuje do komiksowej formy opowieści znane już z „B” i „Bardzo martwego sezonu” – przede wszystkim z reportaży „Szczurek”, „Gumowy wchodzi na tory” i „Bardzo martwy sezon”. Pojawia się przystanek opisany w „Z Krzywej na prostą”, scenka z „Pod sklepem”, Wajdelota z opowieści „Royal”, pogrzeb z tekstu „Proste”… To nie tylko prawie te same wydarzenia, ale i użyty już język, bo Kołodziejczyk wykorzystuje opisy i dialogi z tamtych tomów, dopasowując je do innego medium i nowego kontekstu. Jednak nawet oddani fani reportera, którzy czekali na nowe historie, powinni dać „Morzu po kolana” szansę. Wprowadzone zmiany sprawiają bowiem, że powstaje dzieło w dużej mierze odrębne.

Kołodziejczyk łączy publikowane dawniej historie, tworząc z nich tym razem opowieści snute przez głównych bohaterów: Mariana, Szczurka i Gumowego. „Purystów” faktycznie razić może swoboda, z jaką autor zmienia warunki gry, wiążąc bohaterów wcześniej odrębnych tekstów, zmieniając niektóre personalia, przypisując wydarzenia innym postaciom niż kiedyś lub – jak w przypadku losów Szczurka – dopisując nowe zakończenie. Ale „niepuryści”, nawet odnotowując te różnice, powinni się dobrze bawić (o ile do ponurego świata z prac Kołodziejczyka można odnieść taki czasownik). Nadanie tekstom wspólnej ramy zmienia odbiór samych tekstów. Przystanek, na którym z braku lepszego zajęcia spotykają się bohaterowie, staje się na chwilę centrum świata, a formuła zbierania się w celu snucia opowieści doskonale pasuje do wiejskiej tradycji oralnej. Fakt, że poszczególne historie się przeplatają, składając się przy tym na spójną wizję tak istotnej dla twórczości Kołodziejczyka prowincji, pozwala przerwać dany wywód w paru miejscach, przez co uwydatnia się „po drodze” więcej puent, które stanowią mocną stronę reportera. Konieczność skrócenia tekstu, przymusowa kondensacja jeszcze bardziej akcentuje (wyraźną już w poprzednich książkach) ironię diagnoz na temat wsi. A motto z „Czekając na Godota” jakby czekało – skuteczniej niż bohaterowie Becketta – aż Kołodziejczyk i Podolec po nie sięgną, bo idealnie wpisuje się w prowincjonalny bezruch, jaki uderza w tym „komiksowym reportażu”.

Podolec

Reportaże Kołodziejczyka wyróżniają się oryginalnym językiem, ale w „Morzu po kolana” pomysłowość i kreska Podolca sprawiają, że dobrze wypadają też partie bezsłowne lub opisane bardzo oszczędnie. Sportretowany z różnych stron i z różnej odległości przystanek zaczyna się jawić wizualnie jako mikrokosmos. Obrazy fantastycznie oddają prowincjonalną stagnację (Podolec proponuje na przykład sześć prawie identycznych kolejnych kadrów, na których bohater pluje, albo dwie strony klatek spadania piórka). Zachwycające są barwy: ponure kolory wsi, uwodzące i groźne odcienie nadmorskiego nieba, a w ostatnim akcie intensywna zieleń kojarząca się z dżunglą. Pięknie oddane zostają w komiksowych kadrach zmiany pogody. Z kolei portrety postaci są specyficzne, raczej brzydkie, ale dzięki temu można w nich dostrzec to, co dla bohaterów Kołodziejczyka tak istotne: porażkę. Nieco mniej trafiają do mnie fragmenty czarno-białe (retrospekcje), ale może to kwestia zestawienia ich z doskonałymi kolorowymi partiami.

Tekstowe wizje Kołodziejczyka w wersji Podolca często nabierają zaskakującego kształtu. Rysownik doskonale oddaje gorycz diagnoz na temat prowincji, ale równocześnie dodaje sporą dawkę surrealizmu, który w reportażach był raczej przyziemnym absurdem. Gdy autor pisze, że pani we wspomnieniach „się rozmywa” (s. 21), to pani na rysunku faktycznie znika powoli niczym duch. Skoro synek Szczurka „żarł jak oszalały” (s. 105), to Podolec podsuwa obraz niemowlaka z ogromną butelką. Fetysz stóp nawiedzający Gumowego jawi się w wersji komiksowej jako obsesja rodem z prozy Brunona Schulza (mały mężczyzna i wielkie kobiece nogi powtarzające się na kilku planszach). Podolec podkreśla też zezwierzęcenie bohaterów, więc Szczurek faktycznie bywa szczurem, a w opowieści o człowieku na obrazkach może występować pies. Kwintesencją takich motywów, trochę baśniowych, sytuujących się wręcz na pograniczu metafizyczności, jest anioł – dawny Szczurek (łącznie z telefonem komórkowym i puszką piwa), ale ze skrzydłami, które unoszą go nad własnym pogrzebem i pozwalają po śmierci towarzyszyć przyjaciołom. Bohaterowie „Morza po kolana” szukają ratunku w tym, że się „upiększa stan rzeczywisty” (s. 25). Rysownik znalazł trafne techniki przedstawienia tego upiększania paskudnego „bardzo martwego sezonu”.

Najbardziej zachwyciły mnie plansze krajobrazowe. Warto jednak docenić także mniejsze kadry, bo kreska Podolca wydobywa sceny, które w reportażach ginęły jako mało istotne, a tu nabierają blasku. Obrazkowe detale dodane przez rysownika idealnie pasują do tego świata (choćby symbol Polski Walczącej na bluzie emigranta, dowcipne plakaty na ścianach, liczne puszki po piwie marki „Duszne”).

Duet

Połączenie tekstu Kołodziejczyka i rysunków Podolca to nowa jakość, przykład synergii. Najlepiej widać to w partiach, których w reportażach pierwszego z twórców nie było – jak fragment teleturnieju oglądany przez Gumowego („Co niby można, a w praktyce nie można zjeść?” – „Pies” [s. 32]) i w genialnej parodii sceny z kieliszkami spirytusu z „Popiołu i diamentu” (s.134). Ale także to, co znane już z wcześniejszych prac Kołodziejczyka, nabiera w „Morzu po kolana” interesującego wydźwięku. Gorzka wizja prowincji jest ta sama, ale przesunięcia wynikające ze zmiany medium i świetnej adaptacyjnej pomysłowości autorów pozwalają wydobyć jej nowe aspekty.

Eksperyment, którego efektem stał się – tu znów okładka – „komiks reportażowy o miłości, śmierci i nudzie”, zapewnił mi ciekawe doświadczenie tekstowe i estetyczne. Nie wiem, czy to samo stanie się udziałem fanów komiksów, którzy nie będą porównywać „Morza po kolana” z wcześniejszymi książkami Kołodziejczyka i spojrzą na publikację przede wszystkim pod kątem komiksowych kryteriów. Być może nie zgodzą się oni z diagnozą o oryginalności wizji świata przedstawionego i formy przekazu, podchodząc do sprawy inaczej – przykład stanowi recenzja z profilu „Kurzojady”. Jej autorzy obawiają się, że „niekomiksowy czytelnik po lekturze »Morza…« uzna, że komiks jest sztuką podporządkowaną literaturze, ilustracją do tekstu wybitnego reportażysty” (FB „Kurzojady”, 31.10.2016). Trudno mi wprawdzie ręczyć za innych „niekomiksowych czytelników”, ale ja, chociaż odruchowo zestawiałam komiks z poprzednimi pracami Kołodziejczyka, dzięki współpracy tego autora z Podolcem przypomniałam sobie – a z komiksów ostatnio czytywałam chyba „Thorgale” kilkanaście lat temu – że komiks to sztuka, ciekawe medium o własnym kodzie. I że oglądanie kolejnych plansz sprawia mi przyjemność. Sądzę, że pięknie wydane przez Wielką Literę „Morze po kolana” ma szansę przysporzyć Podolcowi (i komiksowi) zwolenników wśród odbiorców Kołodziejczyka, a Kołodziejczykowi (i reportażowi literackiemu) miłośników wśród fanów Podolca. Byłby to miły efekt dodatkowy powstania tej opowieści o ponurej polskiej prowincji – opowieści pięknie narysowanej i świetnie napisanej (kolejność zachwytów dowolna).

LITERATURA:        

Kołodziejczyk M.: „B. Opowieści z planety prowincja”. Warszawa 2012.

Kołodziejczyk M.: „Bardzo martwy sezon. Reportaże naoczne”. Warszawa 2016.          

Wróbel O., Szot W.: „Kurzojady” – wpis z 31.10.2016. https://pl-pl.facebook.com/Kurzojady/posts/880602125407840:0.
Marcin Kołodziejczyk, Marcin Podolec: „Morze po kolana”. Wydawnictwo Wielka Litera. Warszawa 2016.