Wydanie bieżące

15 listopada 22 (310) / 2016

Natalia Gruenpeter,

POSŁAŃCY (CZY CZEKA NAS KONIEC?)

A A A
Aktywizm gwiazd wielkiego ekranu przyjmuje różne formy i ukierunkowany jest na rozmaite obszary życia. Emma Watson działa na rzecz równości płci, Angelina Jolie angażuje się w działalność humanitarną na całym świecie, Brad Pitt pomagał w budowie domów dla nowoorleańczyków wracających do miasta po Katrinie, a Seth Rogen wraz z żoną założył fundację wspierającą chorych na Alzheimera i ich rodziny. Do grupy aktywistów należy też Leonardo DiCaprio, na którym ciąży podsycany przez plotkarskie media wizerunek lekkoducha i sybaryty popijającego drinki z palemką w towarzystwie pięknych modelek podczas wakacji na prywatnych wyspach. Obok takiego obrazu nie da się przejść obojętnie. Na pewno nie wtedy, gdy ONZ mianuje aktora Posłańcem Pokoju.

Ludzie do wynajęcia

Wprawdzie DiCaprio działa na rzecz ochrony środowiska już od wielu lat, ale nadany mu w 2014 roku tytuł zobowiązuje do czegoś w rodzaju publicznego odniesienia się do własnego śladu węglowego. Aktor robi to w dokumencie „Czy czeka nas koniec?” udostępnionym bezpłatnie przez National Geographic na portalu YouTube. Alarmistyczny w wymowie i konwencjonalny w sposobie realizacji film jest zwieńczeniem podróży, podczas których Posłaniec Pokoju docierał do najdalszych zakątków świata, aby przyjrzeć się skutkom zmian klimatycznych, wysłuchać naukowców i lokalnych aktywistów, porozmawiać z rolnikami i rybakami obserwującymi to, co się dzieje z perspektywy codziennego życia.

Wnioski są przygnębiające, a DiCaprio nie ukrywa swojego pesymizmu: „Gdyby działacze ONZ wiedzieli, jak wielkim jestem pesymistą... Szczerze mówiąc, chyba wybrali niewłaściwego człowieka”. Czy aktorzy w ogóle są właściwymi ludźmi do takich spraw? Z jednej strony, są oczywiście lubiani i podziwiani. Z drugiej, często wydają się oderwani od rzeczywistości przeciętnych ludzi, oddzieleni od świata murem plotkarskich mediów i paparazzi, desperacko broniący resztek prywatności.

Niemal każda większa gwiazda ma na swoim koncie udział w jakiejś kampanii lub regularnie angażuje się na rzecz wybranej sprawy. Do wymienionych już aktorów i aktorek dodać należy jeszcze Roberta Redforda, Julię Roberts czy Harrisona Forda (Nature Is Speaking), Ashtona Kutchera (Real Men Don't Buy Girls), Matta Damona (water.org) czy Pamelę Anderson (PETA). To krótka lista osób, które przyszły mi na myśl w pierwszej kolejności. Łatwo zauważyć, że wszyscy są twarzami (lub głosami) konkretnych kampanii. Mogą sprawiać wrażenie „ludzi do wynajęcia”, odgrywających kolejne role zatroskanych losami świata aktywistów.

Inny model reprezentują Mark Ruffalo i Shailene Woodley, angażujący się znacznie silniej na lokalnych szczeblach i w konkretnych sprawach, chętnie spotykający się z tak zwanymi zwykłymi ludźmi, czasami maszerujący w pierwszej linii protestujących, jak Woodley aresztowana niedawno w Dakocie podczas manifestacji przeciwko budowie ropociągów. Są znani, grają w hollywoodzkich hitach, ale wiele wskazuje na to, że zdołali zachować pewną autonomię wobec medialnej maszyny ukierunkowanej na kreowanie półbóstw po to, żeby późnej demaskować ich człowieczeństwo. Ruffalo i Woodley wydają się w swoich działaniach bardziej wiarygodni, choć ten wniosek formułuję na postawie wywiadów, artykułów prasowych i profili w mediach społecznościowych, a to – jak wiadomo – może być złudne. Zresztą, jak rozstrzygnąć, kto jest autentyczny?

Zawstydź mnie

Jeden z rozmówców DiCaprio sugeruje, że najprostszym dostępnym każdemu sposobem na wywarcie pozytywnego wpływu na klimat jest zmiana diety, w szczególności zrezygnowanie z wołowiny. DiCaprio zdaje się nie dowierzać. Dopytuje, czy to możliwe w kraju, który jest tak przywiązany do steków i hamburgerów. Ale coś w jego w jego postawie, gestach i mimice podpowiada mi, że nie dowierza także czemuś innemu: że można coś takiego całkiem poważnie proponować Amerykanom. Albo: że można wciąż odwoływać się do sumienia przeciętnego człowieka.

Ta strategia okazała się nieskuteczna albo nawet przeciwskuteczna. Nie można dłużej ignorować reakcji tych, którzy widzą, że wąska grupa najbogatszych lata prywatnymi odrzutowcami i poucza innych, jak mają żyć. Inną sprawą, również podjętą w dokumencie, jest to, że w kontekście globalnym to rozczarowani i zadłużeni Amerykanie są grupą uprzywilejowanych, na którą z zazdrością spoglądają pozbawieni elektryczności i czystej wody mieszkańcy Indii, Meksyku, Haiti czy Ugandy. Ta scena należy do niewielu, które w tak bezpośredni sposób apelują do zwykłych ludzi. Oczywiście, „Czy czeka nas koniec?” przypomina także o tym, że nasze codzienne konsumenckie wybory mają realny wpływ na środowisko. Możemy zrezygnować z wołowiny, wyeliminować z diety olej palmowy, wybierać ekologiczne środki transportu… Dokument National Geographic odchodzi jednak od zawstydzania ludzi i obarczania ich odpowiedzialnością.

Słowo to słowo

Na pierwszy plan wysuwa się potrzeba zmiany systemowej – w polityce, podatkach, inwestycjach i sposobie traktowania wielkich korporacji. To kwestia, którą w przejrzysty sposób wyłożył Noam Chomsky w „Requiem dla amerykańskiego snu”, śledząc wzajemne umacnianie się władzy i kapitału w Stanach Zjednoczonych.

National Geographic udostępniło „Czy czeka nas koniec” 30 października, dziewięć dni przed wyborami prezydenckimi w USA. W pewnym momencie DiCaprio pyta Baracka Obamę, co się stanie, kiedy jego miejsce zajmie osoba kwestionująca zmiany klimatu. Prezydent uspokaja. Z jego ust płyną okrągłe zdania, a jego ręce składają się w ciąg logicznych gestów, w których zakodowana jest informacja o kompetencji i zaangażowaniu. Prawdę mówiąc, nie uspokoił mnie. DiCaprio chyba też nie.

Teraz wynik wyborów jest już znany i raczej przesądzony. Jeżeli elektorzy, zgodnie ze zobowiązaniami, wybiorą Donalda Trumpa, w fotelu prezydenckim zasiądzie osoba, która rozwodziła się nad absurdem myślenia, że używany w zamkniętych pomieszczeniach lakier do włosów może być szkodliwy dla środowiska.

Nie możemy oczekiwać, że politycy czy szefowie korporacji dobrowolnie i spontanicznie zrezygnują ze swoich wpływów. DiCaprio spogląda więc w stronę ONZ i zobowiązań 195 krajów, które w ubiegłym roku przyjęły powszechne porozumienie w sprawie klimatu. Ustalenia weszły w życie 4 listopada tego roku. „Czy czeka nas koniec?”, konwencjonalny i przystępny dokument, służy zatem także popularyzacji wiedzy o paryskiej konferencji klimatycznej i o zasadności przyjętych na niej postanowień. W finałowym przemówieniu Leonardo DiCaprio zwraca się do przywódców: „Dziś sobie gratulujecie, ale jeśli po powrocie do swoich ojczyzn nie dotrzymacie słowa, to historyczne porozumienie przestanie cokolwiek znaczyć. Po 21 latach debat nadszedł czas, by skończyć ze słowami i wymówkami”.

„Czy czeka nas koniec?” dostępny jest bezpłatnie w 171 krajach i 45 językach. Biorąc pod uwagę tak szeroką, globalną kampanię oraz wydźwięk końcowej mowy DiCaprio, pierwszoplanowym celem filmu wydaje się informowanie widzów, że teraz – kiedy w końcu porozumienie weszło w życie – możemy i powinniśmy trzymać polityków za słowa. Oczywiście, to też zobowiązanie, tylko trochę inne niż segregowanie śmieci, zmiana diety lub czytanie etykiet produktów.

*

W 2012 roku w programie festiwalu Nowe Horyzonty znalazł się znakomity dokument „Patu!” Meraty Mity, o którym warto przypominać w kontekście rozmów na temat współczesnego aktywizmu. Film poświęcony jest ogólnokrajowych protestom w 1981 roku w Nowej Zelandii. Punktem zapalnym był wyjazd drużyny rugby do Afryki Południowej, który przez protestujących postrzegany był jako akceptacja segregacji rasowej. Eskalacja konfliktu doprowadziła do ulicznych starć z policją i jednego z najważniejszych w Nowej Zelandii ruchów obywatelskiego nieposłuszeństwa. Reżyserka pokazuje w „Patu!” wspólną mobilizację protestujących, wyrozumiałość, akceptację i poszukiwanie właściwego miejsca zarówno dla tych, którzy gotowi byli stracić zęby w ulicznych protestach, jak i dla tych, którzy – z różnych powodów – nie chcieli do tego dopuścić, ale mogli pomóc w inny sposób.

Tej wspólnotowej i strategicznej perspektywy brakuje w rozmowach o ekologii. Dlatego tak łatwo przychodzi nam odrzucanie, wyśmiewanie i sprowadzanie do cynicznej, wizerunkowej gry aktywizmu celebrytów. DiCaprio ma pieniądze i wizerunek. To prawda. Ale inni mają wiedzę, czas, cierpliwość, odwagę, dobre pióro, znajomości, pomysły... Są też tacy, którzy nie mają już nic do stracenia.
„Czy czeka nas koniec?” („Before the Flood”). Scenariusz: Mark Monroe. Reżyseria: Fisher Stevens. Zdjęcia: Antonio Rossi. Obsada: Leonardo DiCaprio i in. Produkcja: USA 2016, 95 min.