Wydanie bieżące

15 listopada 22 (310) / 2016

Zuzanna Sokołowska,

MOŻE NAD MORZE? (MORZE)

A A A
Jesień wyzwala tęsknotę za ciepłem, słońcem, rozgrzanym powietrzem, a także słonym smakiem ust, napęczniałych od pływania w morskiej wodzie. Morze, zwłaszcza owiane zapierającymi dech w piersiach kolorami wchodu i zachodu słońca, sprzyja kontemplacji i zamyśleniu nad sensem życia oraz miejscem człowieka we wszechświecie. Jednakże morze to nie tylko symbol ukojenia i refleksji, lecz także atrybut zmienności, niepokoju, buntu, pramaterii, mądrości oraz tajemnicy, samotności, znikania i zapomnienia. To właśnie ono stało się inspiracją kolejnej wystawy w MOCAK-u. Na ekspozycję składają się dzieła znajdujące się w krakowskiej galerii, które zostały w tym celu podzielone na dwie grupy – pierwszą z nich są prace nawiązujące do tradycji malarstwa manierystycznego, „bliskiego estetycznemu potencjałowi morza”, jak można przeczytać w tekście towarzyszącym wystawie, drugą – realizacje, w których miejscem akcji i działań artystów stają się morskie przestrzenie.

Wystawa zaaranżowana na najniższym piętrze galerii jest minimalistyczna, wyciszona, budząca tęsknotę i trudną do opisania nostalgię. Zwiedzanie rozpocząć można od filmu nawiązującego do postaci Basa Jana Adera – artysty, genialnego performera i weterana morskich podroży. Z ostatniej z nich nie powrócił – zaginął w trakcie samotnej eskapady przez Atlantyk, a jego ciała nigdy nie odnaleziono. „Nowo odkryty film Basa Jana Adera” (2006) Davida Horvitza stanowi wariację na temat legendarnego zniknięcia artysty, a także performansu „Upadek II” (1970). Zdjęcia były kręcone tam, dokąd Ader miał ostatecznie dopłynąć – w przestrzeni nieodwołalnego wpływu przeznaczenia, nad którym artysta nie mógł w żaden sposób zapanować.

Kolejnym morskim filmem Horvitza jest obraz „O dzień drogi” (2013). Artysta filmuje wschód i zachód słońca w dwóch miejscach świata – na Malediwach i w Kalifornii. W ten sposób pragnie pokazać uniwersalność morskiego krajobrazu i jego doświadczania – zawsze takiego samego, bez względu na to, gdzie aktualnie się znajdujemy. Realizacja ta wyzwala potencjał podskórnie ukrytej melancholii, która kieruje ku upragnionemu spokojowi, wyciszeniu oraz wspomnieniu promieni słońca łaskoczących łuszczącą się od nadmiernego opalania skórę, zapachu mleczka kokosowego oraz długich spacerów po plaży.

Tymczasem Magda Buczek poddaje widzów oczyszczającemu rytuałowi. W dokumentacji wideo, rejestrującej serię jej performansów „Lido” (2009-2013), odbywających się w miejscu akcji noweli Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”, grupa kobiet cyklicznie powtarza pewien tajemniczy zabieg – pięknie ubrane i uczesane, gotowe na wieczorne przyjęcie, wchodzą do morza. Ich zmysłowe, pełne gracji ruchy przywodzą na myśl syreny, które – prowadzone przez pierwotny instynkt – wracają do swojego domu, do morza, do głębin migoczących w promieniach słońca wszystkimi odcieniami turkusu. Rytuał ten służy katharsis – całkowitemu oczyszczeniu i wyzwoleniu, nawiązywaniu głębokich relacji nie tylko z własnym ciałem, lecz także z fizycznością drugiego człowieka – oswajaniem jego bliskości, zapachu, dotyku.

Veaceslav Druta wraz z Mary Beth Heffernan decydują się na wspólne czytanie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby na miejsce lektury nie wybrali morza. Performans z 2008 roku ukazuje ich w geście szaleńczego wysiłku, jakim jest czytanie w otoczeniu morskich fal, które nie chcą dać za wygraną, skutecznie przeszkadzając parze w kontemplacji książki. Realizacja demonstruje ciągłą walkę z naturą, którą człowiek zawsze będzie przegrywał, ponieważ nigdy nie uda mu się przejąć kontroli nad środowiskiem, rządzącym się swoimi prawami, niezłomnymi nawet w obliczu najnowocześniejszej technologii. W podobnym tonie utrzymany jest film Nezaket Ekici i Sahar Markusa „Słony posiłek” (2012). Artyści postanawiają w tradycyjny sposób, tzn. przy stole, spożyć posiłek na Morzu Martwym. Suto zastawiony intrygującymi potrawami mebel unosi się niczym tratwa na morzu. Morska woda zalewa wykwintne jedzenie, a para bezsilnie stara się dzielić tym, co jeszcze nadaje się do skonsumowania. Praca ta oparta jest na silnych kontrastach – z jednej strony artyści walczą o przetrwanie w miejscu, gdzie nie ma żadnego życia organicznego z powodu poziomu zasolenia wody. Z drugiej, słodycz owoców zderzona zostaje z obrzydliwie słoną wodą, która zniechęca do jakiejkolwiek konsumpcyjnej aktywności.

Na krakowskiej wystawie nie zabrakło także płócien, w tym słynnego morskiego obrazu z cyklu „Błękitne” (1992) Edwarda Dwurnika, malującego intensywność i siłę fal. Maya Gold tworzy dzieło o tytule „Morski” (2007). Jest ono tyleż zaskakujące, co hiperrealistyczne, ukazuje bowiem nie morze, odmieniane na krakowskiej wystawie przez wszystkie przypadki, lecz to, co widać, kiedy nie spoglądamy na wodę: niebo, kotłujące się obłoki, przez które próbuje przedrzeć się słońce, maszt, należący być może do jakiegoś statku albo żaglówki. Artystka poddaje estetycznej ocenie przede wszystkim podniebną przestrzeń – przykuwa ona uwagę bardziej niż jednostajne morze. Gold próbuje konserwować czas za pomocą pędzla i farb, zatrzymać w spojrzeniu to, co udało jej się dostrzec podczas prywatnej wędrówki.

Krakowska wystawa „Morze” to arcyciekawa propozycja dla widzów, którzy tęsknią za wakacjami i z niechęcią witają przygnębiającą jesień oraz zimę w mieście. To także ekspozycja próbująca ubrać w wizualny język wrażenia, jakie generuje widok morza – tego niebezpiecznego, które może pochłonąć, a także tego szumiącego leniwie w promieniach zachodzącego słońca, na którego tle rozentuzjazmowani plażowicze robią kolejne selfie. Przede wszystkim jednak „Morze” jest próbą analizy tego, co pierwotne, instynktowne i naturalne, co drzemie ukryte pod skórą spragnioną dotyku morskiej wody, delikatnie obmywającej ją z brudu przeszłości. 
„Morze”. Muzeum Sztuki Współczesnej MOCAK w Krakowie, Galeria Alfa. 21.10.2016-26.03.2017.