Wydanie bieżące

15 listopada 22 (310) / 2016

Teresa Fazan,

ESEJ W CZASACH POPKULTURY (DAVID FOSTER WALLACE: 'RZEKOMO FAJNA RZECZ, KTÓREJ NIGDY WIĘCEJ NIE ZROBIĘ')

A A A
W oczekiwaniu na polski przekład „Infinite Jest”, literackiego kolosa, który przyniósł Davidowi Fosterowi Wallace'owi sławę i pozycję jednego z najważniejszych współczesnych pisarzy amerykańskich, polski czytelnik może zaspokoić apetyt wydanym właśnie zbiorem esejów autora. Od znanego tomu opowiadań „Krótkie wywiady z paskudnymi ludźmi” „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię” różni się przede wszystkim pod względem gatunkowym — forma eseju przybliża nas do pisarstwa jawnie pierwszoosobowego, autora odsłaniającego się przed czytelnikiem w narracji autobiograficznej. Odbiorcy zaznajomieni z prozą Wallace'a dostrzegą z pewnością znane zabiegi stylistyczne, takie jak choćby dygresyjność ujętą w ramę przypisów rozrastających się nieraz do rozmiaru osobnych podrozdziałów, przyprawiające o zawrót głowy, gorączkowe wyliczenia, używanie wielkich liter przy Całkiem Zwyczajnych, A Jednak Znaczących Frazach czy niezwykle czarny, pełen ironii humor. Kolejną cechą wspólną tomu opowiadań i tomu esejów jest niezwykła eklektyczność zebranych w nich tekstów (każdy z siedmiu esejów zasadniczo różni się od pozostałych — zarówno formalnie, jak i tematycznie). Znakiem tego może być choćby sam tytuł, który miast stać się summą zgromadzonych w tomie wątków, jest po prostu tytułem jednego z obecnych w nim esejów. Co ciekawe, pozornie wykraczając poza doświadczenie pisarza — na rzecz poszczególnych tekstów Wallace staje się dziennikarzem, obserwatorem czy krytykiem — w nowych funkcjach jeszcze pełniej owo doświadczenie reprezentuje. W każdym z nowych wcieleń jawi się jako twórca wyjątkowo utalentowany literacko, przekuwający reporterskie czy krytyczne spostrzeżenia w narrację niezwykle błyskotliwą artystycznie.

Znajdziemy w tomie dwa eseje poświęcone młodzieńczej pasji pisarza, porzuconej na rzecz matematyki, filozofii i późniejszej kariery literackiej — tenisowi. W jednym z nich w niezwykle osobistej narracji Wallace opowiada o nastoletnim romansie z tenisem zawodowym i czasie dojrzewania w wietrznym Illinois. Drugi tekst poświęcony jest Michaelowi Joyce’owi, amerykańskiemu tenisiście, którego obserwacja podczas Canadian Open w 1995 roku staje się przyczynkiem do rozważań na temat tenisa i oczywiście — nie tylko. Kolejny jest bardzo krótki (dziesięciostronicowy) esej o historii teorii krytycznej w literaturze, w którym Wallace, analizując problem śmierci autora i przyglądając się proponowanemu przez H. L. Hixa rozwiązaniu owego problemu, ujawnia swoje fascynacje filozofią — co ciekawe w tym kontekście, nie tylko XX-wieczną filozofią kontynentalną, ale także brytyjską filozofią analityczną (implicite wskazując zarazem na niebywale ograniczony sens samego podziału). Należy dodać, że esej nazywa się „Gruba przesada” i mimo nieco akademickiego tonu i autentycznego zaangażowania krytycznego autora jest momentami bardzo zabawny. Znajdziemy w książce także esej o Davidzie Lynchu, którego Wallace miał okazję pooglądać na planie filmu „Zagubiona autostrada” w ciągu trzech styczniowych dni 1996 roku. Poddając obserwacji i analizie twórcę, o którym – jak sam przyznaje – w zasadzie nie ma pojęcia, pisarz na poziomie narracyjnym i metanarracyjnym odtwarza proces mitologizacji i radosnej fascynacji amerykańskim artystą-celebrytą. Warto nadmienić, że w swej analizie twórczości Lyncha pisarz waha się od głębokich tez interpretacyjnych do kłujących oczy stwierdzeń, że coś było lub nie było „cool”. Posługując się w rozważaniach przede wszystkim własną intuicją (kilkakrotnie podkreśla kolosalny wpływ filmów Lyncha na własne życie) i nie starając się nawet silić na profesjonalizm krytyka, równocześnie wykazuje niezwykłą przenikliwość badacza filmu i ujawnia się jako wielki fan kina. Znajdziemy tu także esej o relacji między byciem autorem fikcji literackiej przed czterdziestką i ilością godzin spędzanych na oglądaniu telewizji, stanowiący złożoną wiwisekcję telewizji, rozumianej z jednej strony jako fenomen ucieleśniający szalone wizje postmodernistów, z drugiej jako niezaprzeczalny objaw smętnej schyłkowości kultury Zachodu. Wallace dostrzega niebezpiecznie cienką linię rozciągającą się pomiędzy byciem badaczem a zwykłym, bezmyślnym konsumentem, i to napisawszy… dziarsko zabiera się za analizowanie fenomenu telewizji.

Finał tomu stanowi tekst najdłuższy i bynajmniej nie najlepszy, ale stanowiący w pewnym sensie swoistą sumę pisarskich technik Wallace'a i podejmowanych przez niego zakresów tematycznych (frapujące połączenie pełnego bolesnego autentyzmu histerycznego realizmu, postmodernistycznych technik literackich i prostoty sięgającej wręcz trywialności w opisie doświadczanej rzeczywistości — głównie amerykańskiej). Tytułowy esej tomu, napisany na zamówienie „Harper's Magazine” zapis przeżyć z tygodniowego luksusowego rejsu po Karaibach (dosyć ekscentrycznej dla polskiego czytelnika formy spędzania wolnego czasu, która – jak się zdaje – w społeczeństwie amerykańskim jest czymś od dawna oswojonym), jest w istocie krytyczną analizą amerykańskich klas średniej i wyższej. Analizą o tyle udaną, że sam autor nie plasuje się pośród powyżej obserwowanych i opisywanych, ale świadomie stoi pomiędzy nimi. Krytycyzm staje się więc formą autokrytycyzmu, obserwacja nicowanego społeczeństwa formą pogłębionej introspekcji. Obnażając amerykańskość, Wallace nie może nie obnażać również samego siebie. Co oczywiście przyprawia autora „Infinite Jest” o uczucia raczej ambiwalentnej natury: „Moje manifestacyjne antystadne zachowanie motywowane jest, oczywiście, pełną zażenowania i swoistej pogardy troską o to, jak się prezentuje w oczach innych — troską stuprocentowo amerykańską. Rozpaczliwość mojej sytuacji polega na tym, że cokolwiek bym zrobił, nie ucieknę przed własną esencjalną i po nowemu nieprzyjemną amerykańskością”.

Jeżeli do pewnego stopnia amerykańska kultura kojarzona jest głównie z rozrywką prowadzącą do łatwego katharsis, produkującą nieporównywalną ilość doświadczeń zastępczych, mających pomóc przepracować w sposób gładki i bezbolesny tematy trudne i nieprzepracowywalne, to Wallace się z tej tradycji niezwykle uczciwie wyłamuje. Piszę „uczciwie”, bo jako jeden z niewielu współczesnych amerykańskich pisarzy nie odżegnuje się od partycypacji w tej kulturze, od ulegania jej łatwości, ładności i przyjemności. Owe narzędzia sam zresztą w niezwykle przewrotny sposób wykorzystuje: jego narracja jest przyjemna, ale jej lektura bynajmniej nie prowadzi do pogodzenia się, do przyjęcia, do zaakceptowania. Pozostawia w czytelniku niesmak intelektualny, z którym niełatwo się pogodzić. Jeżeli w tej literaturze jakakolwiek kategoria stanowi formę katartycznego wykroczenia poza problematyczność opisywanej rzeczywistości, nie jest nią wzniosłość, ale raczej wszechobecna ironia. I nawet ona, mimo wyostrzonego ostrza, nie uwalnia — ani autora, ani czytelnika — od bolesnej konfrontacji z rzeczywistością.

Pisarz pogrąża nas w świecie, w którym sam jest pogrążony, o którym wie, że nie może z niego uciec. Na tym poziomie jego rozważania wybiegają poza temat samej kultury amerykańskiej, chorobliwej mentalności, poza którą, choćby z racji samoświadomości, niejako wykracza — przynajmniej w oczach czytelnika. W zaskakujący sposób udaje się pisarzowi relacjonującemu doświadczenie tak przecież współczesne, tak materialistyczne i przede wszystkim do cna, zdaje się, pozbawione wymiaru metafizycznego, opowiedzieć historię doświadczanego przez niego samego (co skądinąd wiemy z jego biografii) tragizmu ludzkiej egzystencji. Przywołam tu cytat, fragment figurującego w początkowych partiach eseju wprowadzenia w relacjonowaną przez pisarza sytuację: „W masowo sprzedawanych Luksusowych Rejsach jest coś nieznośnie smutnego. Jak większość nieznośnie smutnych rzeczy, i ta zdaje się niewiarygodnie ulotna i złożona w swych przyczynach i skutkach: na pokładzie Nadiru — zwłaszcza nocą, gdy cichnie wesoły gwar zorganizowanych rozrywek — doznawałem rozpaczy. Słowo to — rozpacz — jest dziś nadużywane i brzmi banalnie, ale jest to słowo poważne i ja używam go poważnie. Dla mnie oznacza ono prostą zbitkę dziwnego pragnienia śmierci i przytłaczającego poczucia własnej małości i płonności, przejawiającej się jako lęk przed śmiercią. Najbliższe temu, o czym mówi się dread lub angst. Ale nie jest do końca żadną z tych rzeczy. Bardziej tak, jakby człowiek chciał umrzeć, aby uniknąć nieznośnego uczucia uświadamiania sobie, że jest mały, słaby i samolubny i że bez wątpienia kiedyś umrze. Jest to chęć wykonania skoku przez burtę”.

Takich fragmentów, wstrząsających autentyzmem i głębią doświadczeń, jest oczywiście więcej. I nie byłby to tekst Wallaca’e, gdyby owe fragmenty nie zostały wplecione w barwne, ironiczne i momentami rubaszne opisy wyszukanych uciech oferowanych gościom statku oraz detaliczne charakterystyki współpasażerów. A jest o czym pisać, bo na warsztat Wallace bierze niemal wszystkie przywary amerykańskiego społeczeństwa końca XX wieku: fetyszyzację każdego prozaicznego elementu życia połączoną z tendencją do popadania w skrajności — od obżarstwa, do chorobliwej fiksacji na punkcie joggingu i diet, bezwstydne wręcz pobłażanie sobie przy równoczesnej manii wielogodzinnej, ogłupiającej pracy, masowy, pozbawiony refleksji turyzm czy uleganie idiotycznym nieraz modom. Przede wszystkim jednak krytykuje wszechobecny materializm, tracący ostatnie znamiona sensowności, budujący ideał życia tak wyzutego z jakiejkolwiek metafizyki, że wręcz nieznośnego. Oczywiście nieznośnego tylko dla niektórych.

„Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię” uświadamia, że esej zdaje się formą doskonałą dla dygresyjnej, dowcipnej, sięgającej istoty rzeczy narracji Wallace’a. Równoczesne bogactwo tematów dotykanych w ramach pojedynczego tekstu, ba, jednego przypisu czy nawet zdania, i spójna, autorska narracja budują historię wciągającą i pozornie lekką, za której lekkością kryje się prawdziwie krytyczny namysł. Silny jest tutaj wątek autobiograficzny — autor śmiało zwierza się ze swych nieraz irracjonalnych sympatii i antypatii, otwarcie opowiada o swoich intymnych lękach i fascynacjach. Do obnażenia dochodzi także na poziomie metaliterackim: Wallace na każdym kroku demaskuje samą strukturę literackiej konstrukcji pisanego przez siebie eseju, zdradzając czytelnikowi tropy, konwencje i tematy. To zabieg często wykorzystywany w tym gatunku, jednak w postmodernistycznym rozbrajaniu narracji, na każdym z możliwych poziomów, Wallace osiągnął swoiste mistrzostwo. Jego język doprowadza do pewnej zaskakującej neutralizacji absurdu — pretensjonalny, dziwny i nieco przerażający świat staje się pozornie przezroczystym tłem snutej przez pisarza opowieści. Oczywiście, historia literatury uczy, że tego typu zabiegi nie tylko nie prowadzą do faktycznego oswojenia absurdu, ale dodatkowo hiperbolizują obcość i niezrozumiałość opisywanej rzeczywistości. Im bardziej narrator zdaje się przywykać do rytmu rejsowego życia, tym bardziej od niego odstaje i tym bardziej my, obserwujący go jego oczami, pogrążamy się w niemym zdumieniu i rosnącej, pobłażliwej i nieco pogardliwej ironii. Uzyskanie podobnego efektu jest bardzo sugestywne literacko nawet w przypadku narracji dystopijnych, nie mówiąc już o opowieści o rzeczywistości mniej lub bardziej przerobionej, ale jednak niezaprzeczalnie realnej.

Choć zagłębiając się z niezwykle nieraz zmysłowe opisy, nadal nie jesteśmy w stanie na własnej skórze doświadczyć łatwej i perwersyjnej rozkoszy bycia rozpieszczanym na luksusowym pokładzie statku, doświadczamy innej, równie łatwej rozkoszy, nad wyraz powszechnej w popkulturze XXI wieku: pełnej paradoksów przyjemności podglądania życia nieprzyzwoicie bogatych. To dziwne połączenie pogardy, zazdrości i rozbawienia nie jest zapewne obce nikomu, kto choć raz w życiu odczuwał wstydliwą przyjemność oglądając reality show o życiu milionerów (których w telewizji — nawet polskiej — jest naprawdę zaskakująco dużo, co niejako potwierdza tezę o powszechności tego typu rozrywki). Owo uczucie na pewno nie jest obce mnie samej, do czego przyznaję się, podobnie jak Wallace, z nieukrywaną dozą samokrytyki i lekkiego samoobrzydzenia. W ten niezwykle subtelny sposób, bez śladu nachalnego dydaktyzmu czy moralizatorstwa, niejako przypadkiem, autor skłania nas do przejrzenia się w jego narracji, rozszerzając pole swej krytycznej analizy na obecnego po drugiej stronie tekstu czytelnika. Myślę, że docenią to nie tylko fani samego Wallace'a, ale także miłośnicy formy eseju, która w swej naturze powinna skłaniać do autentycznej refleksji i wykraczania poza utarte ścieżki nawykowego ujmowania.
David Foster Wallace: „Rzekomo fajna rzecz, której nigdy więcej nie zrobię”. Przeł. Jolanta Kozak. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2016.