Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Maciej Duda,

LEKCJE ANATOMII ENGELKINGA ALBO LITERACKI AMBALAŻ (WOJCIECH ENGELKING: 'LEKCJE ANATOMII DOKTORA D.')

A A A
„(niepotrzebne skreślić)” – tak brzmi tytuł poprzedniej książki Wojciecha Engelkinga. Nie mogę się pozbyć myśli, że od tego stwierdzenia powinno rozpoczynać się omówienie jego drugiej książki – „Lekcji anatomii doktora D.”. Tak brzmi teza poniższego omówienia. Teraz należy poprzeć ją lekturowymi obserwacjami.

Po lekturze książki, a przed pisaniem tego tekstu postanowiłem sprawdzić recepcję opisywanego tytułu. Wydawało mi się, że w trakcie czytania coś przegapiłem, że musiało mi uciec coś istotnego – powód, dla którego warto tę książkę rekomendować. Okazało się, że autorki i autorzy szkiców na temat „Lekcji anatomii doktora D.” używają prostej argumentacji. Piszą, że jedynym mankamentem powieści jest jej forma – przede wszystkim jej długość, sześćset stron. Według ich opinii umieszczone w niej sensy można by zilustrować, zapełniając połowę jej arkuszy. Podstawą tych szkiców jest zaś linia argumentacji odnosząca się do treści. Tutaj recenzenci przychylają się do obserwacji autora i z akceptacją oraz rozmysłem czytają opisy przemocy, gwałtów, upodleń, przedmiotowego podejścia do innych, a tym, którzy się owym opisom sprzeciwią, z góry postawili zarzut hipokryzji. Po lekturze „Lekcji anatomii doktora D.” trudno zrozumieć lekturą strategię opartą na założeniach: dobre, ale długie; dobre, bo prawdziwe. Podobnie trudno czyta się samą książkę Engelkinga. Z kilku powodów.

Autor wyzyskał w niej parę motywów odwołujących się do historii literatury, a właściwie szeroko pojętej sztuki. Mamy tu motyw bliźniaków – winny i niewinny, dobry i zły, podobny, a jednak różny. Obok par bliźniaków w „Lekcje anatomii…” wpisany jest też układ mistrza i ucznia oraz motyw dorastania, wchodzenia w dorosłość, mężnienia bohatera, co skontrastowane zostało z niedorosłością kobiet, których ciała są tu materiałem do eksploracji, służą podniesienia własnego statusu lub sprawdzaniu genetycznych hipotez. Wydaje się, że książka Engelkinga to klasyczna Bildugsroman z dreszczykiem.

Większość scen obrazować może społeczne różnice występujące między kolejnymi bohaterami. Odrębności sprowadzają się przede wszystkim do ich kondycji ekonomicznej. Wszechwiedzący narrator, posługując się frazą „wie mi się”, ujawnia nam wszelkie fakty związane z finansową sytuacją bohaterów. Ekonomia staje się głównym motywem sprawczym, zarówno w nazistowskich Niemczech, jak i we współczesnej Polsce kreślonej przez Engelkinga. Bohater – bez względu na to, w jakim wcieleniu się znajduje, czy śledzimy jego poczynania w trzeciej i czwartej dekadzie XX wieku, czy też w XXI wieku – dokonuje swoich czynów tylko dlatego, że może ich dokonać. Tę możliwość zapewniają mu pochodzenie, odziedziczony kapitał i wykształcenie (nawet jeśli niepełne), które staje się swoistym alibi dla historycznych i współczesnych eksperymentów dokonywanych na ciałach innych.

Fabularnie jest to prosta historia demoralizacji i upadku. Bez względu na to, czy jest to system nazistowski, czy neoliberalny kapitalizm. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z historycznym lagrem, czy ze współczesnym światem wirtualnym. Nie są to przestrzenie tożsame, ale stosunki panujące w obu mogą być analogiczne. Hierarchia polega na podporządkowaniu tych, którzy uznani zostali za słabszych. Przestrzenią do działania może być ukryte pomieszczenie, w którym spotykają się potajemnie zrzeszeni studenci, obozowy blok albo mieszkanie w jednej z kamienic współczesnej Warszawy. Wydaje się, że na przekór autorowi scenografia nie odgrywa tu dużej roli. Na przekór, ponieważ Engelking włożył sporo trudu w meblowanie kolejnych przestrzeni. Opisał je w szczegółach. Zadbał o historyczną poprawność. Dzięki niemu czytelnik pozna szczegółowe rozkłady kolejnych pomieszczeń, w których rezydują bohaterowie, materiały, z których wykonano meble. Spojrzy na książki, które znajdują się na półkach domowych i studenckich bibliotek, na biurka kolejnych mistrzów. Potrafi wskazać, jak ustawione zostały gabinetowe lampy, na co padało ich światło, jaki odgłos wydawały uderzające o posadzkę buty bohaterów, co wisiało na ścianach kolejnych pomieszczeń. Engelking z dokładnością opisał także faktury tkanin i ubrania bohaterów. Sięgnął do historycznych rejestrów językowych, wyłuskał z nich nieoczywiste już dziś nazwy dla poszczególnych części garderoby. Odwołał się do konkretnych marek, które stały się czytelnym znakiem prestiżu. Problem w tym, że ta szczegółowo zakreślona sceneria pozostała pusta. W podobny sposób złośliwi krytycy opisywali kobiece powieści z końca XIX i początku XX wieku. Nazywali je składem tkanin, bibelotów i mebli, niczym więcej niż spisem dóbr. Same zaś autorki ironicznie przezywali skryptorkami sprzętów, komornikami codzienności.

Możliwe, że w przypadku książki Engelkinga owa pustka jest efektem zamierzonym, że autor w ten sposób zobrazować chciał niespełnienie bohaterów, ich przekonanie o niedocenieniu, prawdopodobny kompleks, który powodować mógł ich wyższościowe wobec innych zachowania. W przypadku „Lekcji anatomii doktora D.” trudno jednak pisać o psychologicznej sylwetce bohaterów. Wszyscy są jak papierowe marionetki wykonujące powierzone im zadania. I znowu, można by to opisać jako działanie zamierzone, stwierdzić, że np. uzależnienie od świata wirtualnego, odcięcie od społecznych kontaktów i pornografia doprowadzają do emocjonalnego otępienia, z którego wyrwać mogą jedynie silne bodźce erotyczne i agresja. Ta niepogłębiona analiza nie broni jednak powieściowego przedsięwzięcia Engelkinga. Wydaje się, że socjalizacja nie jest dla narratora najważniejszym aspektem kształtowania jednostki, toteż przyczyna i skutek działań mogą się tutaj zamienić miejscami. „Lekcje anatomii doktora D.” nie polegają jednak na odrzuceniu konstruktywizmu na rzecz genetyki. Czynnikiem sprawczym pozostaje tutaj coś, co wydobywa się z ciała po śmierci. Czarna mgła, dym, który, choć nie nazwany, kojarzy się z duszą. To jednocześnie sprawca i narrator całej powieści. Ten dym przenika dziesięciolecia i wciela się w kolejnych bohaterów, którzy powtarzają tę samą ścieżkę, jakby byli skazani na bliźniaczy, międzypokoleniowy los.

Książka Engelkinga jest narracją rzemieślnika, który zna przepis na poprawne budowanie scenerii i dialogów. Jak napisałem wcześniej, narrator wprowadza nas do kolejnych pomieszczeń, szczegółowo je oświetlając. Widzimy nawet to, czego nie dostrzegają bohaterowie. Po tym wprowadzeniu następuje dialog. I ten każdorazowo rozpisany jest według jednego schematu. Prym wiedzie mistrz danej sceny, główny interlokutor, który korzysta z własnej pozycji i majeutycznie zadaje pytania uczniowi. Najpierw jednak czyni wstęp, który od właściwego pytania oddzieli retardacja. W jej miejscu pojawi się opis deszczu bębniącego o szybę, oddechu bohatera, dźwięku skrzypiących mebli, kroków. Po tym mistrz ceremonii dopowie kwestię, a uczeń w narastającym napięciu udzieli znanej mu odpowiedzi. Ów zabieg sprawia, że wszelkie dialogi nakładają się na siebie, są bliźniacze, podobnie jak życie kolejnych bohaterów. Ponownie napisać można, że w tym tkwić może celowość Engelkinga. Ilość analogii i przeplotów sprawia, że w kilku odsłonach opisuje on ten sam ciąg zdarzeń, pokazuje zapętlenie i zniewolenie bohaterów. Problem jednak w tym, że ów schemat nie wzbudza czytelniczej ciekawości, a wskazane powtórzenia sprawiają, że czytelnik dokładnie widzi szwy całej powieści.

I to właściwie jest główny problem opisywanej książki. Kolejne szczegółowe, wręcz ociężałe opisy skontrastowane z epizodami seksualnej przemocy sprawiają, że „Lekcja anatomii doktora D.” przypomina ambalaż naciągnięty na pustą walizkę. Przyjęta przez autora forma sprawia, że głównym znakiem staje się tutaj scenografia – przestrzeń, w której bohaterowie także są tylko rekwizytami.

Pustka w ładnym opakowaniu – tak określić można pacjentki kliniki medycyny estetycznej, której właścicielem jest współczesne wcielenie bohatera „Lekcji anatomii doktora D.”. Pustka w ładnym opakowaniu to także dziewczyna, z którą spotyka się współczesny Jakub oraz ubrane w sukienki więźniarki obozu, które zapładniał przodek Jakuba. Może więc uznać wypada, że tę pustkę w ładnym opakowaniu autor intencjonalnie przeniósł także na formalny poziom powieści? Byłaby to ładna konstatacja, tyle że niczego by nie wniosła, a jej rusztowaniem stają się warunkowe założenia. Całkiem jak wspomniany ambalaż, którego rusztowaniem jest (pusta) walizka.

Wydaje się, że lektura tej powieści przypomina czytanie naszpikowanej alegacjami rozprawy pisanej na zaliczenie. Poprawnej, dobrze zbudowanej i z pewnością niosącej pisarską przyjemność. Problem w tym, że nie ma w niej problemu, a wszelkie historyczne i współczesne odniesienia są bezdyskusyjnie i bezrefleksyjnie wplatane w kolejne sceny. Całkiem jak w jednym z epizodów „Lekcji anatomii…”, w którym historyczny Jakub, wygaszając referat na temat książki Freuda, doskonale streścił jego idee. Nie potrafił jednak podejść do nich krytycznie, uruchomić ich. Podobnie dzieje się w treści książki Engelkinga. Jest jak zbiór pustych znaków przeplatanych opisami banalnej przemocy. Może to jest właśnie wiwisekcja pokolenia, o którym pisze Engelking? Nienawiść, pornografia, jednostkowość, uprzedmiotowienie i ból możliwy do zagłuszenia jedynie przez zadawanie bólu innym. Wszystko to składa się na całość żywota, stanowi jego kościec i ciało. Ta hipoteza brzmi znacznie gorzej niż banalność zła przedstawiona przez Arendt, ale może właśnie to próbuje pokazać nam autor, a ja – skutecznie – próbuję tego nie dostrzec.
Wojciech Engelking: "Lekcje anatomii doktora D.". Wydawnictwo Literackie. Kraków 2016.