Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Sara Nowicka,

POEZJA DZIECIĘCYCH WYZWISK (JAMES SCHUYLER: 'ALFRED I GINEWRA')

A A A
Mój ojciec zwykł mawiać, że dobrego pisarza poznaje się po ilości stron jego powieści. Według niego najgrubsze tomy piszą autorzy, którzy w najmniejszym stopniu opanowali sztukę operowania językiem i formą. Prawdziwy talent objawia się w krótkich tekstach, intensywnych i świeżych, gdzie pisarz w minimalnej liczbie słów mieści maksymalną ilość emocji i treści. Słowa taty przypomniała mi lektura „Alfreda i Ginewry” Jamesa Schuylera, krótkiej książeczki, którą czyta się jednym tchem. Jest to literatura tak dobra i soczysta, że nie sposób nie zgodzić się z tezą mojego ojca. Do napisania takiej powieści potrzeba nieprzeciętnego pisarskiego talentu.

Sekret Jamesa Schuylera tkwi w języku. Autor jest jednym z przedstawicieli szkoły nowojorskiej. Sławą przyćmili go bardziej rozpoznawalni członkowie grupy, czyli Frank O’Hara i John Ashbery (który przyjaźnił się z Schuylerem i napisał posłowie do „Alfreda i Ginewry”), jednak przez krytyków właśnie jego poematy były uznawane za ciekawsze i dojrzalsze. „Alfred i Ginewra” to powieściowy debiut Schuylera wydany w 1958 roku. Poeta nie był jeszcze wtedy znany, opublikował zaledwie parę wierszy w mniej lub bardziej poczytnych czasopismach. Dlatego ówcześni recenzenci i czytelnicy mieli niemały problem z klasyfikacją powieści i, jak przytacza Ashbery, zdarzało się, że była uznawana za książkę dla dzieci. Proza Schuylera znalazła zrozumienie u innego przedstawiciela szkoły nowojorskiej, Kennetha Kocha, który w recenzji dla magazynu „Poetry” zestawił „Alfreda i Ginewrę” z poezją autora i znalazł w niej „ekspresję tego samego głosu, który odnajdujemy w wierszach: głosu nostalgicznego i ironicznego zarazem, ale też naznaczonego pokorą wobec przyrody i różnobarwnych drobiazgów życia codziennego” (s. 125). Dorobek prozatorski amerykańskiego pisarza nie jest pokaźny, zaś w Polsce, oprócz „Alfreda i Ginewry”, wydano jedynie „Co na kolację?” (W.A.B. 2012) z posłowiem Andrzeja Sosnowskiego.

„Alfred i Ginewra” jest prostą historią opowiedzianą z perspektywy rodzeństwa: ośmioletniego Alfreda i nieco starszej Ginewry. Powieść złożona jest z krótkich rozmów bohaterów i fragmentów dziennika dziewczynki. Z powodu wyjazdu służbowego ojca i nieobecności matki rodzeństwo wyjeżdża na wieś do babci, gdzie styka się z nowymi znajomymi. Oprócz kłopotów rodzinnych i koleżeńskich, w tle pobrzmiewa poważny rasistowski problem – dzieci widziały ciało zabitego czarnoskórego mężczyzny. Jednak bardziej niż na warstwie obyczajowej Schuyler skupia się na języku bohaterów, przede wszystkim na tym, jak dzieci starają się naśladować mowę dorosłych.

„Alfred i Ginewra” sytuuje się pomiędzy dwoma innymi powieściami, w których dziecięca perspektywa odgrywa najważniejszą rolę, czyli „Zazi w metrze” Raymonda Queneau z 1959 roku oraz „Zabić drozda” Harper Lee, wydanej w 1960 roku. Z amerykańską powieścią książkę Schuylera łączy poruszenie tematu rasizmu i wyraźnie naszkicowane tło obyczajowe. W „Zabić drozda” kwestia uprzedzeń rasowych jest przedstawiona wprost, natomiast w „Alfredzie i Ginewrze” to tajemnica, o której nie wypada rozmawiać przy rodzinnym stole. W powieści Schuylera wiele ważnych obyczajowych aspektów zostaje przekazanych w zawoalowany sposób. Wypowiedziana przez Ginewrę kwestia „przykro mi, że tata cię uderzył” (s. 13), pozwala czytelnikowi snuć domysły na temat przemocy w rodzinie dzieci, jednak autor nie daje mu żadnych kolejnych tropów i wyjaśnień, sprawa zostaje zamknięta w bardzo krótkiej wymianie zdań.

O ile „Zabić drozda” jest powieścią bardzo moralizatorską, o tyle Schuyler tylko sygnalizuje pewne obyczajowe problemy, skupiając się na parze bohaterów, dla których śmierć czarnoskórego człowieka i uderzenie przez ojca są jednymi z wielu równoważnych tematów rozmyślań. W powieści wyczuwa się jedynie podskórny niepokój, czający się daleko w tle zabaw, rozmów i planowania przyszłości.

Podobnie jak „Zabić drozda” i „Zazi w metrze”, „Alfred i Ginewra” to również ciekawa lektura dla osób poszukujących w literaturze wątków feministycznych. Smyk i Zazi były łamiącymi stereotypy grzecznej dziewczynki chłopczycami, Ginewra idzie o krok dalej – jest wyrafinowaną przedstawicielką wykształconej klasy średniej, która chętnie wygłasza pełne sprzeciwu wobec sytuacji kobiet zdania, np. „babcia zmyła mi głowę bo chyba uważa że mężczyźni i chłopcy w ogóle nie powinni sprzątać ze stołu tylko dziewczynki i kobiety jak w średniowieczu” (s. 83), lub: „mniej czasu w kuchni to więcej czasu na ważne sprawy. Moja mama jest przykuta do piekarnika. Duża część jej osobowości nigdy się nie rozwinęła” (s. 109). W opisie swoich planów i ambicji nie omija feministycznego aspektu i już na początku powieści, kiedy przedstawia swoją przyszłość, dowiadujemy się, że „mało współczesnych kobiet ma taki gest jak ona, i jej przykład walnie przyczynił się do poprawy sytuacji kobiet” (s. 8).

Powieść Schuylera, tak jak „Zazi w metrze”, to przede wszystkim zabawa językiem i wprowadzaniem dorosłości do dziecięcego świata. Obie powieści są równie żartobliwe, radosne i łobuzerskie. To pochwała niezważających na konwenanse, jak Zazi, lub nieumiejętnie z nich korzystających, jak Alfred i Ginewra, dzieci. Queneau w swojej powieści uzyskał efekt komiczny przez złamanie stereotypu dziecięcej niewinności i wpleceniem do dziewczęcego języka dwuznaczności, a nawet wulgarności. Schuyler natomiast w bardzo wiarygodny sposób odwzorowuje dziecięce rozmowy. Przekomarzanie się, przezywanie, przechwalanie się rodzicami czy licytowanie przebytymi chorobami to dialogi, które na pewno sami pamiętamy z własnego dzieciństwa. Dorosłość jest dla dzieci pozą, kiedy dziewczynki w rozmowie pytają się wzajemnie „jakie są twoje ambicje?”, czy oznajmiają, że „nie cierpią zazdrośnic. Są takie małostkowe” (s. 41), to ich próby naśladowania wypowiedzi dorosłych odpowiadają chęci bycia postrzeganymi jako lepsze. Jednocześnie daje to bardzo komiczny efekt, np. gdy Ginewra opisuje swoje literackie zachwyty: „kończę czytać Panią Bovary Flauberta. Bardzo dobrze pokazuje jacy naprawdę są ludzie ale sama fabuła nie jest taka dobra. Przypuszczam że moją ulubioną książką pozostanie na zawsze Królowa Margot. Ta kobieta jest moim ideałem. Ćwiczę wciąganie policzków żeby być do niej bardziej podobna” (s. 47).

W „Alfredzie i Ginewrze” Schuyler pokazał swoją wyjątkową wrażliwość na język i doskonale odnalazł się w naśladowaniu dzieci, które bawią się w dorosłych. Jednak oprócz formalnej doskonałości powieść cechuje celność w opisach relacji, szczególnie Ginewry z jej koleżankami, oraz w odwzorowaniu ówczesnej obyczajowości. „Alfreda i Ginewrę” kończą „fajerwerki” – rozmowa, w której dzieci opowiadają poznanej na statku kobiecie o poważnych sprawach, zaś ona, nie zwracając uwagi na temat, wypytuje, czy ich matka należy do wspólnoty kościelnej. Ten fragment doskonale uwydatnia skostnienie dorosłych, ubogość ich mowy w kontraście do żywego języka dzieci, ich otwartości i wyobraźni. Dobrze zatem sięgnąć po „Alfreda i Ginewrę”, aby przewietrzyć umysł od schematów i słownej nudy. Oraz po to, by zachwycić się językowym talentem Schuylera, któremu setki współczesnych pisarzy mogą zazdrościć lekkości i świeżości.
James Schuyler: „Alfred i Ginewra”. Przeł. Marcin Szuster. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2016.