Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Sandra Trela,

(S)C(Z)YTUJĘ MÓJ ŚWIAT (KRISZTINA TÓTH: 'LINIE KODU KRESKOWEGO. PIĘTNAŚCIE HISTORII')

A A A
Wokół. Literatura Europy Środkowej
„Powiedz mi, ile granic musiałaś przekroczyć, zanim się zorientowałaś, że te wszystkie linie już od dawna były na twoim ciele? Powiedz mi o aporii twoich myśli, gdy ciało, stawiając krok na nowym terytorium, bezwiednie unieważniało twoją – jak myślałaś – tożsamość. Już wiesz, że wszelkie granice przekracza się tylko raz: po drugiej stronie czeka na ciebie twoje ty, ty zaczynające mościć się w twoim ciele, nowa linia na dłoni, którą masz od zawsze, ale widzisz ją dopiero teraz, i zaczynasz czytać z niej przynależną tylko tobie, a zapisaną w przeszłości przyszłość”. To wszystko mówi do mnie Krisztina Tóth i wiem, że mówi tylko do mnie. Jej historia jest moją historią (myślę, że właśnie tego by chciała); historią pokawałkowaną na piętnaście mikropowieści, na piętnaście symbolicznych kobiecych żyć i śmierci, które ułożywszy się w kod kreskowy, podlegają i zarazem nie podlegają prostemu sczytaniu, są bowiem palimpsestem prze(bywania) w nowoczesności, której warstwy nakładają się na warstwy moich – jak i każdego czytelnika – doświadczeń.

Pierwsza linia, a zarazem pierwsza opowieść przebiega równolegle na granicach życia i śmierci, przeszłości, która staje się przyszłością, powiedzianego i przemilczanego, poczucia zadomowienia i wykorzenienia. Młoda bohaterka, którą zaprzątają obowiązki codzienne, poniewczasie przyjeżdża do domu swego starego przyjaciela, będącego dla niej niczym ojciec. Napotyka jedynie opustoszałe mieszkanie i czającą się w jego zakamarkach śmierć. Powraca myślami do ich ostatnich rozmów, przywołuje ostatni zapamiętany obraz bliskiego jej człowieka, z którym dzieliło ją sześćdziesiąt lat: „Zdziwiłam się, jak małe stało się jego ciało, jakie ostre niczym okruchy miał kontury, a jego mowa wręcz przeciwnie, była miękka i osypująca się, jakby słowa utraciły swoje zarysy: komunikował się niemal tylko wzrokiem, niezwykle powiększonymi, niebiesko błyszczącymi, wilgotnymi oczami” (s. 6). Wręcz dziecięca mowa umierającego staje się pieczęcią zapętlającą kołowrót życia i śmierci; wspomnienia dotyczące starego przyjaciela nieustannie przeplatają się ze wspominaniem przez bohaterkę słów jej dziecka: „Czterolatek. Kucam przy nim, w ten sposób słucham, co mówi. Z jakiegoś powodu wciąż nazywa bezdomnych niezamieszkałymi. (…) – Bo nie ma mieszkania – odpowiada. (…) Nie ma mieszkania, czyli też nie ma drzwi, które mógłby zamknąć, założyć kłódkę, a zarazem nie ma domu, do którego prowadziłyby te nieistniejące drzwi” (s. 10, 11). Dom na planie symbolicznym urasta ironicznie do rangi współczesnego konsumpcyjnego świata, tytułowy niezamieszkały człowiek jest z jednej strony kimś bezpowrotnie odchodzącym, z drugiej zaś bezdomnym pomieszkującym w kontenerze na śmieci: „ – Da pan radę wyjść? – zapytałam. Spojrzał na mnie z takim wyrzutem, że się zarumieniłam, bo w dodatku (…) w głowie zaświtało mi, że szybko powinnam zrobić zdjęcie: Człowiek bez nóg w śmietniku. Można by tu zamieszkać, dodał, znów przeglądając gazetę. Wyobraziłam to sobie: kłódka na kontenerze” (s. 12).

Wyznaczone w pierwszym opowiadaniu symboliczne linie kondycji człowieka we współczesności, opisywane każdorazowo z kobiecej perspektywy, będą przyjmować swe nowe odsłony w kolejnych opowieściach. Druga z nich, zatytułowana „Piórnik. (Linia postępowania)”, jest powrotem w młodość, w lata szkolne przypadające na czas dogorywającego komunizmu, w którym jakże jaskrawo można było zobaczyć symptomy nadchodzącej ery, swoiste oznaki nieosiągalnego jeszcze dla wszystkich kapitalizmu: „(…) Kinga Janák z klasy «c». (…) Wszyscy znali Kingę, jej tato był sławnym człowiekiem, politykiem. (…) Kinga miała same takie rzeczy, jakie u nas w «a» należały do rzadkości. Na przykład elektroniczny zegarek, pachnącą gumkę do mazania i kolorowe, plastikowe okładki na zeszyty, które ojciec przywiózł jej z zagranicy. I piórnik na magnes (…). Wewnątrz znajdowały się przegródki, oddzielnie na pióro, ołówek i gumkę. Na błyszczącym plastiku widniał obrazek (…), disnejowska Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” (s. 20, 21). „Zachodni” piórnik, zwiastun przyszłości – dobrobytu, nowego lepszego świata, zostaje skonfrontowany ze „wschodnią” mentalnością w momencie opisu jego kradzieży, którego dokonała bohaterka opowiadania. W takim ujęciu linia przecinająca dwa ustroje polityczne została nałożona na granicę dwóch kulturowych światów, dwóch Europ, pośrodku których, na Węgrzech, przyszło dorastać bohaterce. Znów niby w domu, ale nie do końca, znów na granicy przeszłości, w którą wkracza nieoczekiwana i niezrozumiała przyszłość.

Wątek terytorialnego i tożsamościowego usytuowania zostanie wzmocniony trzecią mikrohistorią o znamiennym tytule „Ślepa mapa. (Linia życia)”, niemającą paradoksalnie żadnych rzeczywistych przestrzennych odniesień. Tytułowa mapa jest mapą ciała, z którego można odczytać przyszłość, analizując linie na rękach za pomocą wróżb i zabobonów: „Z pewnością nie pożyję długo. Na lewej dłoni linia życia urywa się w połowie, i choć niżej biegnie dalej, sięgając mi niemal do nadgarstka, to jednak brakującej części nawet przy najlepszych chęciach nie można nazwać ciągłością (…)” (s. 26, 27). Linie na dłoni stają się zapowiedzią tragicznych pierwszych miłosnych doświadczeń dorastającej dziewczyny, która targa się na swoje życie po dotkliwym porzuceniu jej przez ukochanego chłopaka. Gdy zostaje odratowana w szpitalu po podcięciu sobie żył, zauważa nową linię na ręce: „ – Jak się pani czuje? Milczę, nie czuję się, tylko patrzę. Przerwa, głuchy bezdźwięczny pas, ze dwa i pół centymetra nad nadgarstkiem. Była: czyli to jednak chodzi o lewą” (s. 36). I w ten sposób Tóth daje czytelnikowi do myślenia o granicach kultury oświecenia, wciąż podszytej być może nie do końca uświadomioną ciągłą obecnością ludowego myślenia.

Kolejna linia – opowieść – również jest „linią krwi”, linią zazębiającą cierpienie ludzkie i zwierzęce, łącząc je w równoległe i zespolone ze sobą historie. W opowiadaniu „Ogrodzenie” Tóth zaciera granice między dwoma odmiennymi życiami toczącymi się pod wspólnym dachem. To historia o towarzyszeniu psa człowiekowi, o jego cierpliwości i współodczuwaniu bólu, który nijak, choć podlega opisowi, nie wedrze się w szczelinę adekwatnej językowej artykulacji. „To było jednocześnie dziwne i straszne. Staliśmy, mrużąc oczy w neonowym świetle garażu, i patrzyliśmy na jego głowę. Bo wystawała tylko głowa, którą wcisnął przez drzwiczki dla kota, kiedy go gonił. (…) przez dwa dni nie wyszedł nawet spod stołu. Nie można było go dotknąć, drżał, nos miał suchy, oczy natomiast błyszczały szkliście (…)” (s. 37, 38). Rany na korpusie psa zamieniają się w blizny pokrywające ciało jego pana, blizny powstałe na wskutek dawnego wypadku: „Ojca znałam już takiego, z tymi tajemniczymi ścieżkami, prowadzącymi gdzieś daleko, do środka, do tego ciemnego i niemego lasu, z którego nigdy, przez całe moje dzieciństwo nie przeniknął ani jeden dźwięk” (s. 40). Za to dźwięk dzieciństwa bohaterki czytelnik odnajduje w następnym mikrorozdziale zatytułowanym „Mrówcza mapa. (Linia drogi)”. Reminiscencje pomieszkiwania w ubóstwie w domu babci i ciągłe ucieczki do wujostwa w celu pozyskania jedzenia, podleczenia zdrowia, asocjują ponownie linię bezpańskości, wyobcowania, braku przynależności, koło wyjazdów i powrotów, fizycznych i psychicznych ucieczek w obcość, pomieszkiwanie w niezamieszkałym. W ten sposób nieoczekiwanie Tóth przeciąga narracyjną linię w stronę seksualności, pierwszych doświadczeń erotyzmu, pobłysków świata dorosłych, opisując w następnej opowieści stosunek seksualny odbyty przez nauczycielkę na wycieczce szkolnej, który ukradkiem został zauważony przez chorą młodą uczennicę, szukającą w nocy pomocy lekarza („Zamek. [Na pierwszej linii]”): „W mroku mogłam rozróżnić tylko rozgrzebaną pościel wraz z rzuconymi na podłogę ubraniami. Pani Ági po drugiej stronie, nago i z cierpiącą miną stała na podłodze na czworakach, zaś zaraz za nią lekarz, jakby akurat w trakcie zabawy w taczki puścił jej nogi. (…) Nie mogłam zasnąć, w głowie mi huczało, miałam mdłości” (s. 75).

W centralnej historii, zatytułowanej „Letnie mleko. Linie kodu kreskowego”, Tóth rozszyfrowuje bycie w nowoczesności, której symbolem jest wspomniany kod kreskowy. Można go – jak każdą z mikropowieści – sczytać na wiele sposobów. Pierwsza linia interpretacji wiedzie w kapitalizm, w człowieka podlegającego ekonomizacji życia: „(...) dorośli (…) ze szczególnym, nabożnym szacunkiem obchodzili się z każdym przedmiotem, który pochodził z Zachodu: na przykład mój wujek na szczycie kuchennych szafek zbierał puste puszki po piwie, jakby kolorowi żołnierze szpaleru Gösserów i Heinekenów zwycięsko ocalili coś z tego nieosiągalnego, ekscytująco migoczącego świata, w którym pachnące kobiety i szumiące samochody płynęły po ubarwionych reklamami ulicach” (s. 80). Druga linia interpretacji prowadzi w mroczną przeszłość Europy, w reifikację ludzi, w życie zamieniające się w bezbłędne statystyki, skontrastowane z utopijnym dobrobytem kapitalizmu: „(…) przyszedł mi (…) na myśl tatuowany więźniom na przedramieniu numer, z którego odczytać można nazwisko, wiek i płeć danej osoby, tylko że kod kreskowy niósł wieść nie o istnieniu znanego z rodzinnych szeptów piekła, ale [był] również szeptem wspomnianego ziemskiego raju; o istnieniu świata po drugiej stronie, w którym jest wszystko, gdzie wszyscy są piękni i szczęśliwi, a nawet niepojęcie młodzi” (s. 81). Trzecia – symboliczna, moja – droga interpretacji widzi w kodzie kreskowym Księgę, upragnione i niewyczerpane źródło wszechinformacji o życiu i świecie, o byciu w świecie tu i teraz, oto kod kreskowy stający się zwiastunem stałej i pewnej Wiedzy w płynnej ponowoczesności: „Rzeczy przybyłe z Zachodu rozpoznawało się po kodzie kreskowym: małe czarne linie odziewały w magiczną siłę przyciągania nieciekawe, swoją drogą, przedmioty, kod bowiem wywyższał je do roli posłańca innego, niedostępnego w swym istnieniu świata (…). Uważana za wtajemniczoną koleżanka z klasy, której rodzice stale robili zakupy w niedostępnym dla zwykłych śmiertelników sklepie dla dyplomatów, powiedziała tylko tyle, że przy kasie sczytują ten kod i z niego wszystko wiedzą” (s. 81).

W pozostałych mikrohistoriach kod kreskowy będzie wyznaczał przejście w czasy najnowsze, linie będą się rozgałęziać w siatkę doświadczeń i zdarzeń, które obejmują niby typowe, topograficzne prze(życia) i przemieszczenia (w sobie i świecie), jednak za każdym razem rzutowane one będę w sferę intymności i przekraczania jednostkowych wewnętrznych granic. Ostatnią siatką określającą przynależność przestrzenną, jest siatka, na którą składają się komunistyczne blokowiska. W „Czarnym bałwanie. Siatce linii” widnieje opis tak dobrze nam znanych komunistycznych blokowisk, niezbędnego wręcz elementu architektury Europy Środkowej: „(…) całość tej scenografii była dla mnie uspokajająca i znajoma, widziałam to od małego, nieskończona siatka linii, biegnących w każdym kierunku, a jej jaśniejące okienka oznaczały bezpieczeństwo i porządek” (s. 101). Kolejna opowieść będzie próbą wyrwania się z tejże przestrzeni za pomocą podróży wyobraźni, którą funduje zbieranie biletów z różnych stron świata: „(…) od zeszłego roku zbierałam bilety liniowe (…). Trzymałam je w pudełku, miałam już nawet paryski bilet na metro, zaś kolega mamy z pracy przywiózł prawdziwy amerykański, z czerwonym paskiem” (s. 114). W końcu bohaterka podróżuje naprawdę, spędza kilka dni w Japonii, w trakcie których próbuje rozprawić się z własną przeszłością, a ściślej z niezakończonym w sobie związkiem z pewnym mężczyzną. W celu odżegnania się od minionego roznosi po obcym mieście intymne karteczki-pragnienia, które niegdyś spisali dla siebie kochankowie: „Muszę wracać do hotelu, żeby założyć inne buty i przemyśleć dalszy plan pracy: zostało mi siedem karteczek, jutro jest środkowy dzień mojego pobytu, linia graniczna, rów. Po głowie snuje mi się najsmutniejsze zdanie, to będzie zadanie na kolejny dzień, muszę je gdzieś pogrzebać, żebym wreszcie mogła je pogrzebać także w sobie” (s. 143). Próba unieważnienia języka jest zarazem odczarowaniem własnej przeszłości, próbą odnalezienia przeszłej siebie w innej rzeczywistości kulturowej, odnalezieniem właśnie tam nowego ja, zadaniem do wykonania tylko po przekroczeniu kilometrów, które sczytują stare w nowe, będące niezapisaną kartą: „Jestem klonem: pustym ciałem wolnym od ran, cierpień i czasu, idealną kopią pozbawionej historii mnie samej. W moje szeroko otwarte oczy ktoś z góry, z dwudziestego piętra wyświetla na suficie dotychczasowe sceny mojego życia, moje przyszłe wspomnienia” (s. 152).

Następujące cztery historie to dramatyczne linie napięć damsko-męskich. „W Baba Jaga patrzy. Linia jest zajęta” Tóth szkicuje w niezwykle subtelny, pełny niedopowiedzeń sposób wygaśnięcie wieloletniej miłości. Bez wyraźnej przyczyny kochankowie rozchodzą się: „Aż na korytarzu słychać było mój krzyk, ktoś wyprowadził się ze mnie, od tego czasu nie wrócił” (s. 154), „Linia wieczorem też była zajęta, następnego ranka również. Od południa dzwoniłam już co pół godziny. Moja miłość jest zajęta” (s. 157). Z aluzyjnej i nieco chaotycznej relacji bohaterki można domniemać, że powodem rozstania była zdrada jej partnera, niemniej nie tyle to ma znaczenie, co podjęcie przez kobietę próby zerwania z przeszłością, przyjmujące dojmujący obraz porządkowania swojej psychiki za pomocą sprzątania pieca: „Trzeba wygarnąć popiół, trzeba wyjąć wszystko, co się spaliło, żeby w wystygłym ciele znów mógł zapłonąć ogień. Klęczę, grzebiąc głęboko (…)” (s. 164).

„Po czym ten ślad? (Linia bikini)” również prezentuje intymną historię, oscylującą wokół pierwszych doznań seksualnych: „Jest zimno, leżę na piasku pokryta gęsią skórką, pod głową mam plastikową torbę plażową, obok mnie bikini, nade mną gwiaździste niebo, a we mnie poruszający się nieskończenie wolno, zimny, przestraszony nastoletni palec. Jeszcze, jeszcze. Boli. Nie zostawisz mnie nigdy, prawda? Nigdy” (s. 171). Pierwsze cielesne doświadczenia miłosne zostają skontrastowane z cesarskim cięciem – wykonanym właśnie na linii bikini, która staje się symbolem najbardziej doraźnych kobiecych przeżyć: „Widzę nacięcie, krew, ręce w rękawiczkach, pochylającą się co chwila wielką, zieloną plamę – głowę położnika. Tniemy w linii bikini, mówi głos” (s. 172).

Następna narracja to historia kobiety uwikłanej w toksyczną relację z mężczyzną („Lubię tańczyć. Linia ciągła”), w której miłość jest nierozerwalnie złączona z szaleństwem i balansowaniem na granicy stabilności psychicznej: „Zbliżał się zakręt, a ja czułam tylko, że przecinając linię ciągłą, przejechaliśmy nagle na drugą stronę. (…) – Przestań! – wrzasnęłam i złapałam go za rękę, ale nie cofnął samochodu na nasz pas. Uśmiechał się. – Powiedz, że mnie kochasz” (s. 182). Ostatnia zaś z kręgu przeżyć erotycznych i miłosnych uniesień („Take five. Linia uskoku”) opowiada o młodej kobiecie, Węgierce pracującej w Paryżu, wikłającej się w romans z sąsiadem z kamienicy, w której wynajmuje pokój. Ich relacja jest relacją bez słów: choć nie darzą siebie sympatią, spotykają się na seks, nie wypowiadając przy tym ani jednego zdania.

Nakreśliwszy te wszystkie linie, będące zarazem granicami kobiecego odczuwania i przeżywania świata, przeszłości i teraźniejszości, próbą emocjonalnego, prowizorycznego ukonstytuowania we wciąż zmieniającej się rzeczywistości, Krisztina Tóth zamyka tom opowiadań w sposób nieoczekiwany, obierając za tytuł ostatniej narracji biblijny zwrot do Boga: „Miserere. (Odkreślić grubą linią)”. Porównuje w nim świat do tkaniny, nie do kodu kreskowego: „Świat, nawet jeśli się pruje, i tak jest poniekąd tkaniną praw, czasami nieprzejrzystą, czy też siecią powiązań, lśniącą w porannym brzasku jak pajęczyna: końce nici uwiązane są w różnych zakamarkach czasu” (s. 215). Tkanina i pajęczyna, na planie symbolicznym odnoszące się tworzenia kosmosu, snucia nici życia i śmierci, do Arachne wytwarzającej piękne kobierce, mają niezmiernie wiele wspólnego z wytwarzaniem zawsze unikatowego i niezastąpionego tekstu za pomocą ruchu wyobraźni, przekładającego się na ruch kobiecej ręki. Tym właśnie ruchem – duktem pisma, tworzeniem intymnych narracji – Tóth wymienia czarne, zimne i beznamiętne linie kodu kreskowego na sensytywne, czułe i uważne sczytywanie świata, dotyczące również mojego życia, będące zarazem cytatem ze mnie, z ciebie, z każdego czytelnika – tak by zrozumieć, że każda granica ma dwie strony, a każda linia, którą przyszło nam lub przyjdzie przekroczyć, jest niezbędnym wątkiem naszej wciąż na nowo tkanej ponowoczesnej egzystencji: „W mroku, na granicy jawy i snu błysnął fragment tkaniny migoczącej jak pajęcza nić, która mimo wszystko spajała rozpadający się świat, wciągając z powrotem niczym miękka i elastyczna sieć moje wątłe dziecięce ciało, nieustannie próbujące wypaść przez luki w istnieniu” (s. 222–223).
Krisztina Tóth: „Linie kodu kreskowego. Piętnaście historii”. Przeł. Anna Butrym. Książkowe Klimaty. Wrocław 2016.