Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Ryszard Knapek,

STARY, DOBRY BOY (TADEUSZ BOY-ŻELEŃSKI: 'MITY I ZGRZYTY')

A A A
PIW obchodzi siedemdziesięciolecie. Zdaje się, że właśnie przy tej okazji przypomina o jednym ze swoich najważniejszych autorów. Co prawda, Tadeusz Boy-Żeleński zginął 5 lat przed powstaniem Państwowego Instytutu Wydawniczego, ale cóż – PIW też nie obchodzi swoich siedemdziesiątych urodzin w postaci (osobowości prawnej), w której wcześniejsze sześćdziesiąt dziewięć lat funkcjonował. W każdym razie – Boy wraca właśnie w wydawnictwie, w którym Henryk Markiewicz przed laty i przez lata wydawał jego „Pisma”. Było to w sumie 29 tomów tego, co autor „Słówek” (zamieszczonych w pierwszym tomie „Pism”) napisał i wydał oryginalnie, pod swoim nazwiskiem, czyli oprócz potężnego zespołu tłumaczeń z literatury francuskiej i sporego dorobku redakcyjnego piśmiennictwa polskiego. Tym razem Boy wraca w jednym obszernym, ośmiusetstronicowym tomie, który jest wyborem z owych 29 tomów, przygotowanym tym razem – pod smutną nieobecność dotychczasowego redaktora – przez Jana Gondowicza.

Otrzymujemy więc następującą edycję: wybór własny redaktora, dowolny acz bardzo reprezentatywny, układany raczej nie datami publikowania tekstów, ale czasami, których dotyczą. „Pisma”, z których wyławiane są teksty, nie układają się w biografię w tak oczywisty sposób, a w tym zbiorze widać wyraźny klucz chronologiczno-biograficzny. Czas powstania tekstu przegrywa tu z czasem „świata przedstawionego”, ten pierwszy zostaje wręcz ukryty. Cały tom rozpoczyna się od „Pierwszej wódki”, a więc tekstu wspomnieniowego zakończonego jedną z fraz, które Żeleński zostawił w naszym języku – „Pijane dziecko we mgle”. Najpierw są więc młodopolskie wspomnienia krakowskie, później teksty dotyczące świeżej niepodległości, a potem spory – najpierw bardziej polityczno-społeczne, potem bardziej literackie i kulturowo-społeczne, chociaż w przypadku Boya trudno o wyraźny rozdział i co najwyżej można mówić o konkretnej dominancie albo o temacie przewodnim. Ani wybór i układ tekstów, ani kilkustronicowy wstęp redaktora nie mówią nam o Tadeuszu Żeleńskim niczego nowego, czego nie mielibyśmy się spodziewać. Nic nie odkrywają, ale za to sprawnie pokazują jego sylwetkę publicysty, krytyka i historyka literatury.

Dlaczego jednak wznawia się Boya? Po co w ogóle wznawia się piśmiennictwo (trudno o bardziej precyzyjną nazwę dla tego zjawiska), które ma już swoje pełne wydanie krytyczne, do którego nic dodać nie trzeba i które łatwo znaleźć w bibliotekach i w księgarniach internetowych? Najczęściej – tak pewnie i w tym przypadku – motywacje są dwie. Po pierwsze – nadzieja księgarza: bo ktoś będzie chciał to kupić. Po drugie – enigmatyczne, samo nic jeszcze nie mówiące: bo warto.

Zatrzymajmy się najpierw nad tą pierwszą perspektywą, ona sama poprowadzi nas do tej drugiej. „Mity i zgrzyty” nie trafią już raczej na półki „księgarskie” Biedronki i Lidla. Nie ta waga, nie ta okładka, nie ten autor. To raczej tom księgarski, przeznaczony dla tych, którzy mniej więcej już wiedzą „co to Boy”, a teraz chcą tę wiedzę pogłębić i szukają dobrego (o czym dalej) wyboru tekstów. Albo po prostu chcą dołożyć kolejny tom do swojej kolekcji – miłośników Boya w naszym kraju nie brakuje.

Jeżeli kupować „Mity…” jako prezent – idzie sezon! – to jednak nie tylko redaktorom, polonistom i profesjonalnym krytykom. Jest jeszcze pewna – całkiem spora – grupa ludzi, czytelników prasowych i widzów telewizyjnych, którym krytykowanie sprawia instynktowną przyjemność. Dla tych, którzy tak bardzo lubią się oburzać na politycznych ignorantów, na „spasionych biskupów”, na niedowład administracyjny państwa i na kulturalnych mądrych głupców, może to być lektura zupełnie odkrywcza. Cięty humor, siła argumentów i wysoka kompetencja w ujawnianiu idiotyzmów świata kultury, nauki i polityki – w tym Boy przewyższa wszystkich współczesnych publicystów, a wiele jego „rozpraw” po stuleciu, o zgrozo, nie traci na aktualność. Dla świata dwudziestolecia międzywojennego Boy był celebrytą pierwszej kategorii, gwiazdą kochaną i nienawidzoną, autorem i autorytetem, publicystą i aktywistą, mędrcem i błaznem. Dziś media nakazują nam żyć wyłącznie sprawami bieżącymi, ale siłą tekstów Boya jest to, że natychmiast wciągają nas w swój świat i sprawy sprzed lat stają się nagle zupełnie aktualne.

Jak to się dzieje? Jest to, jak sądzę, wynik odpowiedniego doboru i sprawnej retoryki, połączonych niezwykłym zapałem do reformowania i unowocześniania naszego świata. Kilka tematów brzmiących znajomo: komu należy się miejsce na Wawelu (o Słowackim), udział biskupów w życiu płciowym i rozrodzie narodowym, reformy edukacji (po co nam matura?). Dziś oczywiście wiele spraw się zamazało i mogą się one wydać niejasne (przypisy w książce nie wyjaśniają wszystkiego), ale język Boya i w tych zagadnieniach jest tak sprawny, że prawdziwi miłośnicy krytyki i oburzenia mogliby być usatysfakcjonowani nawet wówczas, gdyby w tomie nie pojawiały się kwestie wymienione powyżej. Boy w swoich tekstach doskonale opanował retorykę ujawniania i kompromitacji. Jego argumenty i kontrargumenty są zawsze błyskotliwe i przynajmniej na moment każą nam radośnie im przyklasnąć, nawet jeżeli po zastanowieniu nie możemy lub nie chcemy im ostatecznie przyznać racji. Autor nie waha się przed „nazywaniem rzeczy po imieniu” – co wpisuję w cudzysłów dlatego, że oczywiście jest to zabieg retoryczny, który często polega właśnie na nazywaniu, wymyślaniu nazwy, a następne udawaniu, że tylko się ją odsłoniło. Tak kształtuje się cały stosunek Boya do miejsca religii w życiu nowoczesnego społeczeństwa, ujęty tytułowo w znakomitą retorycznie frazę „nasi okupanci”. Być może najpełniej te umiejętności objawiają się w „Obrachunkach fredrowskich”, z których obszerny wybór znajduje się na końcu omawianego tu tomu. Tam właśnie Żeleński doskonale operuje tym, co na dzisiejszego odbiorcę działa najlepiej – retoryką faktu. Idee, interpretacje, marzenia i wzruszenia swoich adwersarzy (dotychczasowych badaczy dorobku Fredry, Mickiewicza i innych polskich „pomników”) przeciwstawia faktom historycznym, z szeroką dziewiętnastowieczną ramą obyczajową, i informacjom wybieranym wprost z tekstów literackich. Tam, gdzie fredrowski ułan zostanie wyniesiony jako forma anielskiej polskości, przypomina Boy, że w czasie historycznym danego dramatu musiał to być oportunista służący w wojsku austriackim. Wzniosły romantyzm fredrowskich bohaterów zestawia z realiami ekonomicznymi, zauważając, że zwykle najbiedniejsi najszybciej zakochiwali się w bogatych wdowach, itp., itd.

W rozważaniach literackich, którym poświęcona jest największa część tomu i całej tej twórczości, Boy, jeśli nie jest tylko krytykiem, zajmuje zasadniczo dwie pozycje – lekarza albo świadka. Autor, wykształcony i praktykujący przez pewien czas lekarz, nie potrafi powstrzymać się czasem przed diagnozowaniem, choć zasadniczo broni się przed medykalizowaniem i psychologizacją literatury. Ma jednak jedną ulubioną diagnozę – paraliż postępowy, który jako „późne stadium kiły układu nerwowego, charakteryzujące się otępieniem, zanikami pamięci i zaburzeniami psychicznymi” („Wielki słownik języka polskiego”, http://www.wsjp.pl/index.php?id_hasla=36370) doskonale kompromituje zarówno moralnie, jak i profesjonalnie. Najczęściej „schorzenie” dotyczy jednak nie literatury, ale literatów, a obok nich – nauczycieli, polityków i innych „znakomitych” członków konserwatywnego, mieszczańskiego społeczeństwa, które za największą wartość miało dziewictwo swoich córek, a za najmniejszą higienę i bezpieczeństwo stosunków z zupełnie powszechną prostytucją. Mowa tu oczywiście o świecie młodopolskiej Galicji, którą Boy chętnie przeciwstawia pozornie rozwiązłemu, liberalnemu, ale przez to zdrowszemu społeczeństwu dwudziestolecia.

Tam właśnie jest miejsce dla świadka. Kiedy Polska odzyskuje niepodległość, Tadeusz Żeleński ma już 42 lata, jest więc człowiekiem dojrzałym, połączonym i kojarzonym z „tamtymi czasami”. Dlatego często dokonuje porównań i stąd nieraz, im później, tym częściej, uważa za swój obowiązek wyjaśnianie i przypominanie, jak bardzo różniło się życie w austriackim (choć niby wolnym) Krakowie. Często wspomnienia przybierają formę studiów obyczajowych, w których Boy z pozornie błahych faktów (np. brak kieszeni w damskich sukniach) wyprowadza fascynujące spostrzeżenia i rysuje ciekawy obraz. W tej odsłonie autor staje się historykiem i biografistą Młodej Polski – i to zapewne najważniejszym. Nie ma co ukrywać: chociaż kultura akademicka sugeruje raczej czytanie „Legendy Młodej Polski” Stanisława Brzozowskiego, to jednak w naszej zbiorowej pamięci znacznie głębiej zakorzeniło się „Znasz-li ten kraj?” Boya (kilka tekstów z tej książki znajduje się w omawianym tomie). Wystarczy otworzyć dowolny podręcznik szkolny, często całymi frazami przepisywany z tej pracy. Chociaż próby czasu nie przetrwał Przybyszewski, główny bohater tej historii, to nie ma wątpliwości, że atmosfery epoki, tego, jak ją rozumiemy, i tego, co wiemy o jej największych dziełach, z „Weselem” Wyspiańskiego na czele – tego wszystkiego nauczył nas Boy.

Tadeusz Żeleński był więc także, jak się okazuje, historykiem literatury. To jeszcze nie wszystko. Obok rozległych, systematycznych studiów, takich jak „Obrachunki Fredrowskie”, wspomnienia młodopolskie czy teksty zmieszczone ostatecznie w dwóch tomach „Mózgu i płci” (nieobecne prawie w „Mitach i zgrzytach”, bo dotyczące literatury francuskiej), Boy obdarza nas koncepcjami – czasem pojedynczymi konceptami, krótkimi uwagami – sięgającymi dość głęboko w materię tekstu literackiego, czy to w jego „istotowej” formie, czy w przemianach historycznych. Do takich pomysłów należy tekst zatytułowany „Nekrolog rymu”, czyli krótka historia o tym, jak wraz z mocarstwami politycznymi na początku XX wieku upadł… rym. To zdaniem autora rewolucja na wielką miarę – kończy się nagle coś (rym asocjacyjny), co od Jana Kochanowskiego jest podstawą działania poezji. Nie chodzi tu tylko o kunszt, który zaczyna być lekceważony. Wraz z wymogiem asocjacji wygłosów wersów załamuje się cała struktura myślenia „rymotwórcy”, która trzymała go w pewnych karbach i nakazywała konkretne skojarzenia. Skoro tylko w zamknięciu jakiegoś wersu pojawił się „człowiek”, zaraz musieliśmy znaleźć egzystencjalnie nacechowane „powiek”. Dalej wymienia autor (poeta przecież): jesień – uniesień, kamień – omamień, płomień – oszołomień. Boy nazwa to zjawisko „mistyką rymu”, a przy okazji pokazuje, jak w poezji – między innymi w jego „Słówkach” – wygląda struktura pastiszu.

Jest więc Boy także „teoretykiem”. Przypomnijmy, że to też najpłodniejszy chyba w naszej historii tłumacz (chociaż akurat na udowadnianie tego nie ma już w „Mitach i zgrzytach” zbyt wiele miejsca). Podobno Philip K. Dick powiedział o Stanisławie Lemie, że to niemożliwe, aby był pojedynczym człowiekiem – że jest to raczej zespół specjalistów, pracujących pod kryptonimem LEM nad zagarnięciem literatury science fiction dla komunistycznej propagandy. Podobnie wydaje się być z Boyem, czy raczej z BOYem – to nieprawdopodobne, żeby tego wszystkiego dokonać mógł jeden człowiek, we wcale nie tak długim życiu, barwionym jeszcze młodopolskimi przygodami i żmudną pracą lekarską. Tak dobrze widoczne nacechowanie ideologiczne – antykościelne, profrancuskie, liberalne, „nowoczesne” – podsuwa nam tylko jedno. A na dodatek te wyraźne, ostentacyjne zaprzeczenia w jego publicystyce (obecne też w „Mitach i zgrzytach”), które zawsze sugerują pewną przynależność… Czyżby więc – spisek masoński?
Tadeusz Boy-Żeleński: „Mity i zgrzyty. Polemiki, recenzje, wspomnienia”. Wybrał i przedmową opatrzył Jan Gondowicz. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2016.