Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Miłosz Markiewicz,

PRZEPĘDZANIE TEREZJASZA (KONRAD WOJNOWSKI: 'POŻYTECZNE KATASTROFY')

A A A
Pierwszy raz o zagadnieniu „pożytecznych katastrof” usłyszałem pod koniec kwietnia bieżącego roku. Wtedy to również, podczas jednej z kuluarowych konferencyjnych rozmów, nie mogłem dojść do porozumienia z Konradem Wojnowskim w kwestii tego, co obaj rozumiemy pod terminem „katastrofy”. Dopiero teraz, kiedy książka krakowskiego performatyka ujrzała już światło dzienne, zrozumiałem, że grał on ze mną w pewną grę, nie ujawniając jednocześnie wszystkich kart. Okazuje się bowiem, że na potrzeby swojej teorii zdefiniował katastrofę na nowo, wyrywając ją poniekąd ze szponów starożytności i przenosząc w bliższe nam czasy, przy jednoczesnym podkreśleniu jej produktywnego i dynamicznego charakteru.

„Pożyteczne katastrofy” Wojnowskiego trafiają dziś niewątpliwie na podatny grunt. W czasach społecznego i geopolitycznego kryzysu, narastających napięć i uśpionych konfliktów wszyscy mamy chyba poczucie znajdowania się właśnie na krawędzi jakiejś bliżej nieokreślonej katastrofy. Choć akurat z teoretycznego punktu widzenia można zapewne żywić wątpliwości, czy w takim wypadku to, co nadchodzi, moglibyśmy nazwać katastrofą… Jak bowiem pisze autor: „Katastrofy nastręczają człowiekowi bodaj największych problemów pod względem »przedstawialności«, gdyż w sposób nagły i gwałtowny rozrywają horyzont uporządkowanej wiedzy o świecie” (s. 11). Owe nagłość i gwałtowność związane są z niemożliwością przewidzenia nadchodzącej katastrofy – to właśnie stąd wynika jej siła uderzenia, która wręcz rzuca nas na kolana. Tak rozumiane katastrofy istnieją wyłącznie a posteriori, co rodzi także pewne kłopoty z ich teoretyzowaniem. Są nagłe, wywołują chaos, a po chwili wycofują się, pozostawiając zgliszcza. „To potężne bodźce energetyczne i informacyjne, których pierwszym efektem jest dezorganizacja działania różnorakich systemów komunikacji” (s. 11-12). Efekty katastrof odbierają nam mowę, zaburzają na chwilę znany porządek. Są niczym wciśnięcie przycisku „reset” bez ostrzeżenia – nie dość, że się ich nie spodziewamy, to jeszcze potrzebujemy później chwili na ponowny rozruch. Jak więc pisać o takim zjawisku? Wojnowski podjął się niewątpliwie pracy, która wielu by wystraszyła. Postanowił steoretyzować to, co odbiera mowę i zawiesza na chwilę zdolność logicznego myślenia. Co więcej – by użyć tak lubianych przez autora antycznych odniesień – powraca z tego boju z tarczą. Można nie zgadzać się z założeniami Wojnowskiego, jednak na pewno nie można mu odmówić rzetelnie wykonanej pracy, a przede wszystkim – dobrze napisanej książki. „Pożyteczne katastrofy” czyta się bowiem jak „dobrą literaturę”. Znajdziemy tam zarówno zwroty akcji, jak i odniesienia do klasyki czy błyskotliwe metafory („Ruiny i blizny nie są niczym innym, jak nośnikami informacji” [s. 95]). Autor popisuje się erudycją, choć czyni to w sposób nienachalny i budzący uznanie. Swobodnie włada literackim językiem i płynnie przechodzi pomiędzy kontekstami antycznych dramatów a World Trade Center czy tzw. „katastrofą smoleńską”. To niewątpliwie najmocniejsza strona tej książki.

Niejako punktem wyjścia i inspiracją dla Wojnowskiego jest historia Williama Jamesa, amerykańskiego filozofa, który 18 kwietnia 1906 roku przebywał w San Francisco podczas trzęsienia ziemi, a później odnotowywał, że wśród mieszkańców panowało pewne pobudzenie związane z możliwością zbudowania miasta od nowa. I tak jak opisani przez Jamesa Amerykanie, tak i Konrad Wojnowski, próbuje w swojej książce postrzegać katastrofę jako zjawisko pożyteczne, które co prawda rozsadza zastany porządek, jednak po to, by pozwolić się wykształcić nowym zasadom. Za Donną Haraway autor stwierdza, że „uszkodzenie kanału komunikacyjnego staje się warunkiem komunikacji” (s. 165). Inną postacią, która okaże się przydatna w obalaniu pesymistycznej wizji katastrofy, jest Terezjasz, a więc antyczny bohater znany z kart „Odysei” czy „Króla Edypa”. To właśnie jego rola w drugim z tych utworów okazuje się dla Wojnowskiego kluczem do czytania starożytnej (a ciążącej nad nami po dziś dzień) wizji katastrofy. Przerzucenie odpowiedzialności za plagę, która pustoszy Teby, na Edypa, postrzega autor jako gest indywidualizujący katastrofę, spłaszczający ją i przesuwający do sfery tego, co niewyrażalne. Tymczasem sam Wojnowski postrzega ją jako węzeł splatający w sobie różnorodne media i sieci komunikacyjne. Ważny jest nie tylko moment katastrofy, ale też cały narosły wokół niej później dyskurs – medialne doniesienia, przekazy, które rozprzestrzeniają się na całą planetę. Katastrofa żyje, jest dynamiczna, reaktywna i produktywna. To statyczna kultura nie może za nią nadążyć.

Tak rozumiana katastrofa byłaby rzeczywiście siłą napędową swoistego rodzaju postępu, który może kojarzyć nam się chociażby z filozofią Gillesa Deleuze’a i Félixa Guattariego. I blisko ich wizji rzeczywiście próbuje się usytuować Wojnowski, przekraczając dodatkowo granice dyscyplin i śmiało sięgając do teorii spoza nauk humanistycznych czy społecznych. Uprawia flirt z ryzykiem i przypadkowością, sugeruje, że afirmacja tego, czego do tej pory się lękaliśmy, może wyrwać nas z otępienia oraz sztywnych ram, w których zostaliśmy osadzeni.

By nas przekonać do swoich tez, autor dzieli książkę na dwie części – w pierwszej opisuje „Teorię pożytecznych katastrof”, a w drugiej „Przypadki pożytecznych katastrof”. O ile pierwsza poświęcona jest głównie rozważaniom z zakresu performatywności i pracom nad wyklarowaniem nowej definicji katastrofy, o tyle druga stanowi już próbę udowodnienia działania owej definicji w praktyce. Wojnowski skupia się tu na modernistycznym urbanizmie, komputerowych wirusach, teatralnym „zablokowaniu” sytuacji widz–aktor, a także na grach komputerowych i filmach. Gromadzi wiele przykładów, a wykonana przez niego praca nosi znamiona rzetelności i solidności.

Nie zmienia to jednak faktu, że – choć wierzę autorowi „Pożytecznych katastrof”, bo jego rozumowanie jest mi bliskie – można odnieść wrażenie niewypowiedzianego „ale…” zawieszonego na końcu jego teorii. Za każdym razem, kiedy myślę o sieciach rozwijanych przez nagłą, niespodziewaną i przypadkową katastrofę, przed moimi oczami staje obraz komara, który w 1942 roku podróżuje na glonie po Nilu, by stać się źródłem wybuchu epidemii malarii w Egipcie (Latour 2009: 7-8). W myśleniu sieciowym i relacyjnym, praktykowanym przecież przez Deleuze’a i Guattariego, Latoura czy Braidotti, wszystko współfunkcjonuje ze sobą w sposób nieustanny. Nie ma próżni – jest po prostu cały świat nie-ludzkich relacji, które pozostają dla nas niezrozumiałe. Jeżeli gdzieś ma miejsce katastrofa, to znaczy, że złożony ciąg sieciowych połączeń do niej doprowadził. Kiedy patrzymy na świat w ten sposób, nagłość i nieprzewidywalność zanikają. Co więcej, trudno oprzeć się wrażeniu, że katastrofa nie tworzy nowych możliwości, a jedynie je ujawnia. Że one „tam” zawsze były, pulsowały pod skorupą, którą w końcu udało się rozbić. Jak najbardziej zgadzam się z koncepcją pożyteczności katastrof. Mam jednak problem z tezą o ich produktywności sugerującą, iż są one czymś na kształt Wielkiego Wybuchu, od którego dopiero wszystko się zaczyna.

Zdałem sobie właśnie sprawę, że chyba nawet dziś – gdy jestem po lekturze książki Konrada Wojnowskiego, przed którą z szacunkiem chylę czoła – nie doszlibyśmy do porozumienia…

LITERATURA:

Latour B.: „Polityka natury”. Przeł. A. Czarnacka. Warszawa 2009.
Konrad Wojnowski: „Pożyteczne katastrofy”. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2016 [seria: Horyzonty nowoczesności, t. 119].