Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Monika Glosowitz, Robert Rybicki, Dawid Kujawa,

RZYGI STARDUST

A A A
Monika Glosowitz: Jak się czujesz, Ryba?

Robert Rybicki: Stabilnie. Mam dobre łowy na śmietniku Biedronki, mam okres aktywności twórczej. Badam starożytne stopy metryczne. Zastanawiam się nad przerzuceniem stopy na całą szerokość wersu, np. trzynastozgłoskowiec z jedną stopą metryczną albo z trzynastoma stopami metrycznymi, i wtedy kryterium iloczasu polskiego jebnie na amen.

M.G.: Myślisz, że jakiekolwiek kryteria teoretyczno- czy historycznoliterackie mogą jebnąć tak, żeby tąpnięcie wymusiło reorganizację struktur społecznych?

R.R.: Wystarczy spojrzeć na historię rock'n'rolla na świecie. Ruch hipisowski i ruch punkowy doprowadziły do pewnych przeorganizowań w świadomości społecznej, tę samą rolę odgrywa rap. Czego w takim razie brakuje poezji? Tak naprawdę niczego nie brakuje poezji. Rozwój kolei przyczynił się do szerzenia idei komunistycznej, rozwój elektryczności, a więc światła, chyba do popularności prozy w XIX wieku. Likwidacja analfabetyzmu w Polsce po 1945 roku dobrze przysłużyła się praniu mózgów w związku z zerżniętą jak dziwka do cna ideą komunistyczną przez żądnych władzy pasibrzuchów z Komitetów Centralnych. W przypadku poezji brakuje odpowiedniego do aktualnych czasów nośnika, książka z wierszami dla szerokiego ogółu społeczeństwa jest totalnym zbytkiem, lepiej mogą wybrzmieć rzeczy poprzez net, ale nie jako audiobooki, ino jako filmiki, coś do odsłuchania. Poezję trzeba wyprowadzić ze szkoły, żeby stała się zakazanym owocem, i wtedy będzie smakować inaczej. Ponadto lepiej na ulicy czytać ludziom wiersze, czyli po prostu wyjść do ludzi, a nie ściągać na siłę do bibliotek, teatrów, bo tam chodzą tylko „określone grupy społeczne“. Może nie kryteria krytyczne, ale sposób popularyzacji przez krytyków. Nie trzeba znać się na poezji, żeby móc się ożywić, rozruszać wewnętrznie poprzez wiersz? Radio Poezja? Związek Zawodowy Poetów? Może inaczej, nie ma kanału pomiędzy nadawcą (poetą/ką) a odbiorcą (czytelnikiem/czką, słuchaczem/czką). Poezja sama z siebie może być popularna, ponieważ wszystko jest możliwe dla otwartego umysłu, jeśli ten umysł jest otwarty, a nie zamknięty np. przez ideologię, która w swej strukturze ma już zakodowane wykluczanie innych ideologii. Ale jak otworzyć umysły zideologizowane? Pierdyknąć Anarchistyczną Bombę Nuklearno-Mentalną między neurotransmitery? Poezja może być popularna bez umizgiwania się lub uśredniania mowy (poezja środka, obła? zgniło-obła?); można jebnąć po prostu w strukturę mowy, wynieść ją do śpiewu. Skonstruować język poetycki tak, by swoim kształtem oddawał rytm fal (np. że jamb wyrażał złośliwość; albo to, że w Chinach wymawia się samogłoskę „a“ na cztery sposoby), dlatego myślę na nowo o starożytnych stopach metrycznych.

Dawid Kujawa: Rozmawialiśmy już kiedyś chwilę o odzyskiwaniu metryki, o konieczności nowego przemyślenia jej w perspektywie napięć między awangardą i klasycyzmem. Wydaje mi się, że spory o to, co jest innowacyjne, a co konserwuje, powinniśmy odłożyć na bok, mamy inny problem – czy nie jest tak, że postmodernistyczny filtr (aparat liberalnej ideologii) całkowicie zmienił nasz sposób myślenia o poetyckiej formie, odebrał jej zdolność emanowania na to, co pozaliterackie? Mówi się o niej jak o błahostce: pantumy i sestyny pisać można na wyścigi; z jednej strony ciągle fetyszyzuje się nowatorstwo, ale w podręcznikach szkolnych nikt nie przypomina, że Peiper grzmiał: „mój rym jest socjalistyczny”. Co nam zostało z Majakowskiego? Schodki? Poszukiwanie nowych rozwiązań jest w cenie, ale pod warunkiem, że zostajemy w sferze poetyckiej autonomii; spora część „profesjonalnych czytelników” głupio się uśmiecha, kiedy mówimy o odnajdywaniu w języku rytmu oddechu, fal, kroków, maszyny fabrycznej, rozklekotanej spacji.

R.R.: Mimesis? Bardziej myślę o języku zdolnym naprowadzać na nieuświadomione napięcia w człowieku i w relacji człowieka z zewnętrzem. Wolę myśleć o zaangażowaniu społecznym w sferze działania, a poezja niech se gada, jak chce. Z innej strony, ile jest entuzjazmu, frenezji, jakiegoś rozwibrowania życia, energii witalnej, właśnie samego życia języka, języka z życia we współczesnej poezji, bo przecież nawet „zdawczość“, sprawozdawczość języka poezji już jest jej służebną rolą. Pewnie zostanie tej poezji maksymalnie konfesyjna rola. Wpływ na rzeczywistość? Tylko spoza systemu, z perspektywy anarchistycznej jest to możliwe, można wtedy zaznaczyć pole wydarzeń, gdzie czai się zło, a ono działa zawsze zza czyichś pleców. Wyobraźcie sobie kogoś, kto w poezji precyzyjnie w języku angielskim obnażyłby gówno tego świata do tego stopnia, że pokazałby machinacje dobólowo, acz bez dantejskich zaryków, w wykwintny, mistrzowsko poetycki sposób, i miał/aby do tego dobrą ogólnoświatową promocję np. w MTV. Czy to możliwe? Dla przykładu nieco różnią się punkty widzenia europejskich i arabskich anarchistów. „Trzeci Świat“ dla przykładu nie dociera do Europy ze swoim czuciem świata, typowego menela z ulicy nikt nie będzie słuchał, bo przecież on funkcjonuje na prawach kastowości jako parias – nietykalny! Bo brudny i śmierdzi! To kogo będzie obchodzić jego opowieść trzewi losu?

D.K.: Pozostaje więc kwestia: czym byłoby mówienie spoza systemu i jak jest to twoim zdaniem możliwe? Masz na myśli wyjście poezji poza system, tzn. uznanie jej suwerenności, czy usytuowanie autora w pozycji kogoś, kto nie sprzedaje swojej siły roboczej, nie podporządkowuje się kapitalistycznym warunkom produkcji? Czy mówisz o czymś jeszcze innym?

R.R.: Myślę, że udało mi się to zrobić w wierszu „HAPPY DADA”, gdzie zmiksowałem sześć języków (zza ucha mi gadali skopceni Arabowie, jak im to przeczytałem po napisaniu, to stwierdzili, że skonstruowałem wiersz po arabsku...), a więc pozbawiłem siebie dyktatu języka ojczystego, co jest uwolnieniem od własnej kultury, oraz w wierszu „LEKCJA POEZJI (śpiew czeskich ptaków)”, gdzie nie ma ani jednego ludzkiego słowa w toku liryki. Chodzi mi o mówienie spoza systemu języka, spoza konwencji literackich, choćby i to miało być tylko przekonywaniem siebie samego, że tak jest, a niekoniecznie wcale tak musi być. Nie mówię o tym, żebym coś odkrył, ale o osiągnięciu dwóch skrajów we własnym poszukiwaniu twórczym. Dryfuję w stronę muzyczności poezji, niż w stronę tego, co mam powiedzieć, czy kogoś zagrzać. W „Darze Meneli“ jest skromny postulat anarchizmu w czwartej części wiersza „Błczarz”.

https://vimeo.com/162207146

Autorki: Kristina Va a Katarina Va

M.G.: Czyli to wyjście poza język, poza syntaksę i semantykę, miałoby być jednocześnie wyjściem poza stosunki podporządkowania – logice, kapitałowi, hierarchii i władzy: „najwyższy / stan umysłu / to keine Ahnung” („Błczarz”)? Co w takim razie będzie fundować nową platformę porozumienia? „Miłoćś”?

R.R.: Surrealizm. Albo mimika i gesty. Niech język będzie do zabawy (patrz: poezja, piosenka), a do współpracy przy „czymkolwiek“ spojrzenie, gest, szybkie dogadanie się na migi. Gadam wedle tego, co znam, o tym jak może wyglądać wspólna praca; a przy okazji, płaszczyzną porozumienia niech będzie rzeczywistość, a nie świat wirtualny, który jest tylko narzędziem (a staje się światem przedstawionym).

D.K.: Zatrzymajmy się tu na moment: jakieś dwa, trzy miesiące temu Marcin Czerkasow opowiadał mi w rozmowie dla artPapieru o swojej własnej definicji surrealizmu; określił go wtedy jako szerszą sytuację języka, w któej nie jest on ograniczony do funkcji reprezentacji, do sensu, znaczenia, a co za tym idzie do pewnej społecznie i ekonomicznie użytecznej idei komunikacji. Sądzę, że ta definicja dobrze określa rónież twój sposób myślenia o poezji –mowie niepodporządkowanej, umykającej wszelkim mechanizmom zawłaszczenia, eksploatacji, sprzedaży. Nie masz wrażenia, że to, co stało u podstaw surrealizmu (eksperymenty z percepcją, sposobem widzenia świata prowadzone w duchu radykalnej polityki), jest przez historię literatury powoli z niego rugowane? Komunizm Aragona czy anarchistyczne fascynacje Desnosa nie muszą być dla nas najistotniejsze, ale przecież były one rdzeniem surrealizmu jako projektu szerszego niż wyłącznie estetyczny.

R.R.: No przecież dadaiści byli rozeźleni mową nienawiści w prasie europejskiej podczas pierwszej wojny światowej, surrealizm też wykluwał się w opozycji do instytucjonalnej przemocy jako mowa wolna; obecnie mamy podobną sytuację – wojna niby się gdzieś dzieje, nie u nas, więc mamy reprezentację tego w prasie, zły ISIS, Kurdystan, to ludzie ćpają. Ten myślany komunizm czy anarchizm mógł prowadzić do budowy nowego społeczeństwa, bez kieratu. Czy ten postulat ośmiogodzinnego dnia pracy gdzieś jest u nas w kraju respektowany w firmach prywatnych? Nie chcę tu mówić o ludziach pracujących w aparacie administracyjnym typu budżetówka. Nota bene: widziałem obrazy neosurrealistyczne, tam nie ma tego napięcia, ducha jakiegoś, to są jakieś kalki, nowomoda. Mówisz o eksperymentach z percepcją – powinna sobie cała ludzkość wziąć peyotl albo ayahuascę i zupełnie inaczej spojrzy na rzeczywistość. Możliwe, że system dąży do zmonopolizowania wyobraźni (obrazy wojny, zniszczenia, horrory do inkubowania strachu?) i może być tak, że w ludzkim wnętrzu nie będzie radości i nieskrępowania. Zwykłe dupczenie kobiety i mężczyzny będzie mechaniczne, obrazkowe po prostu.

M.G.: U mnie w pracy respektuje się ośmiogodzinną szychtę, wbrew temu, co wiemy o firmach prywatnych. Wbrew temu, co wiemy o systemie i kontrsystemowym ruchu, ty w którymś momencie powiedziałeś halt!: „chodźcie tu do mnie kurwy / porozmawiajmy o parytecie / wśród bezdomnych” (*** szeroka fraza świadczy o dostojności). Jak ma się ta postulowana nowa platforma porozumienia i „wspólna praca” do nieodpowiedniości reprezentacji i sprzecznych interesów środowiska poetyckiego?

R.R.: Co do tych interesów i reprezentacji, udaje nam się w Krakowie fajnie robić różne rzeczy związane z literaturą; są to osoby o raczej lewicowych sympatiach, chociaż tu bym nie generalizował, gdzieś po prostu schodzą się nasze ścieżki, wyobrażenia, wytwarzają się luźne dyskusje literackie, robimy OPEN MIC, czasami coś się dzieje w Pracowni na Lea 44, i mnie to jara; nie wszystko zostało opanowane przez akademizm i medialność. Rynek promocji, ci od reklamy, okradają poetów z należnych procentów od zysku, o! Huzia na Józia na tych od reklamy! O, wspólny pozew artystów całego świata przeciwko branży reklamy – czy nie brzmi to obłąkańczo wspaniale? Dlaczego mam gadać o tym, jak powinno coś wyglądać, skoro my to w Krakowie robimy, między innymi gadamy o wspólnym pozwie przeciwko branży, która trzepie kesz! I dlatego związek zawodowy poetów!

M.G.: No dobra, a OPEN MICi, dyskusje literackie nie są formą promocji? I jeżeli wspólny pozew to jednak nie tylko przeciw komuś, ale też w czyimś interesie. Pytam, dlatego że jako obserwująca mucha siedząca na myszy (vide „Pogo i breakdance”) wypracowałeś tę pozycję, ten punkt widzenia, który nie daje się tak łatwo zawłaszczyć i zamknąć w narracje eksplikujące Twoje motywacje i kontestacje, myślę o narracji o zaangażowaniu, formułach spoken word, o pewnych wspólnotach symbolicznych etc., nie wspominając nawet o nurtach, trendach i środowiskach. Co z tym „ja”, o którym Dawid pisze w eseju, że jest odrzucone, które podlega procesowi nieustannego przemianowywania, które w ciele Rybickiego migruje, sprzymierza się i odskakuje?

R.R.: Ja „sprzymierzone“? Akurat zima teraz tęgo ciśnie. W to zaangażowanie dobrze się wpisuje Szczepan Kopyt, przykład najlepszego zaangażowania to chyba byłby postulat, żeby cała ludzkość zniknęła z tej planety. Mam taki tekścik, o którym zapomniałem, i chciałbym go przytoczyć: „Wy, ten pierdolony jeden procent ludzkości, te zasrane siedemdziesiąt milionów ludzi posiadających dziewięćdziesiąt dziewięć procent całego kapitału, jesteście kurwami: chujami i pizdami, niczym więcej. Kiedyś te dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludzkości, które ma mniej niż jeden procent całego udziału w dobrach doczesnych, wkurwi się i wywiesza was wszystkich jak psy na szubienicach, na hakach, zapierdoli Was kijami, prętami metalowymi, sztachetami, zajebią Was i tych Waszych jebanych policjantów i żołnierzy. To będzie ostatnia rewolucja. Skuteczna. Nikt z nas tego nie przeżyje.“ Nazwałem go „Bredzenie wkurwionego“. Tyle mam do powiedzenia na temat zaangażowania. Jeśli posługujemy się kryteriami takimi jak partia polityczna czy jakieś konwencjonalne środki wpływu etc. (Avaaz?), prędzej czy później one się zdegenerują, a wypracowywanie metod, które miałyby działać przez np. trzydzieści lat, po prostu mnie nie jara. Mieszkam w tym kraju tylko po to, żeby dopilnować od czasu do czasu, jak przebiega proces wydawania mojej książki, a i tak to wszystko jest żenada w tym zafajdanym faszyzującym państwie, w którym pojęcie stabilności jest abstraktem. Mówię nie tylko w swoim imieniu. Po co mnie dociskacie z tym zaangażowaniem? Nie jestem żadnym specem od zaangażowania mimo swoich sympatii anarchistycznych czy mieszkania na skłotach. Gdy czytam prostym ludziom swoją poezję, oni to czują bardziej niż krytycy akademiccy.

M.G.: O czucie, o życie mi chodziło, nie o dociskanie dla etykiety. I właśnie o to, że akademia ma z tym czuciem i życiem problem, a stabilność funkcjonująca na prawach abstraktu w jej ramach akurat w zupełności wystarcza, a nawet umożliwia sprawne funkcjonowanie. I ten skodyfikowany system lekturowy wypluwa „masakrę kalaczakrę”, bo sobie z nią nie radzi. Pamiętam, jak 11, może 12 lat temu po spotkaniu Klubu Literackiego w Domu Kultury w Chwałowicach mówiłeś, że postawiłeś sobie za cel wydanie pierwszej książki poetyckiej przed ukończeniem 33 roku życia. Jak jest dzisiaj?

R.R.: Chciałem ostatnią wydać przed czterdziestką, tak myślałem dwa albo trzy lata temu; po co wydawać trzydzieści książek z wierszami, które niczego nie zmieniają. Wesoły Klub Literacki mam zamiar kontynuować w Krakowie. Potem zostanę Rzygi Stardustem i będę srał publicznie przed galeriami handlowymi i urzędami miast. Przed tymi zakłamanymi japami. Czy to dobry pomysł na życie? Chyba tak! Może wymyślę coś innego, pójdę z buta do Hiszpanii. System produkuje dla nas zmartwienia. Ale martwieniem się nic nie zmienisz w życiu. Banan na ryj i do przodu!

fot. Arek Łuszczyk