Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Anna Katarzyna Dycha,

TACO HEMINGWAY W HOTELU MARMUR

A A A
Taco Hemingway był jednym z największych odkryć polskiej sceny hiphopowej ostatnich miesięcy. Okazał się błyskotliwym obserwatorem, który potrafi mówić o tym, co jest „tu i teraz”. Wydał kilka płytek, m.in. słynną „Trójkąt warszawski” i „Umowa o dzieło”. Słynie też z błyskotliwych tekstów. Dysponuje również nietypowym flow - rapuje leniwie, po swojemu, nie jest niewolnikiem mód.

Początek debiutanckiego albumu jest obiecujący. Bohater płyty Filip Szcześniak (tak naprawdę nazywa się Taco Hemingway) przyjeżdża pociągiem do Trójmiasta i dociera do hotelu Marmur, w którym ma „napisać płytę, pić herbatę i się czuć jak starzec”. Portier zachęca do uczestnictwa w wieczorku tanecznym (udział obowiązkowy), a na pytanie gościa o ładowarkę, odradza korzystanie z technologii. W niespełna minutowym „Witaj w hotelu Marmur” bohater stwierdza, że ma cieszyć się szumem fal, wypocząć, poznawać gości. W „Żyrandolu” hotelowa zabawa trwa w najlepsze. Barman leje alkohole, panowie grają w pokera i mają oko na młode panny.

Z każdym jednak numerem pomysł na koncept-album się rozmywa. Dostajemy opowieści o kobietach, siwiejących włosach czy rymowany życiorys. Słuchacz może być nieco zdezorientowany.

Są oczywiście mocne momenty. Należy do nich niewątpliwie „Świat jest WFem”. „Świat jest WFem, a ja nie mam stroju / Świat to liceum, ja mam lewe zwolnienie / Świat jest WFem, a ja chcę do domu / Grajcie w te gry, a ja lecę do siebie” – celnie rapuje Taco, mówiąc o swoim miejscu w życiu. To najciekawszy refren na płycie.

Wyróżniają się też „Świecące prostokąty”, zainspirowane życiem zdominowanym przez technologię. Smartfony, tablety, Internet i Facebook. „Chciałbym zepsuć te świecące prostokąty / kiedyś tańczyliśmy” – konstatuje Taco.

W „Żywocie” przedstawia się tym, którzy tak koniecznie chcą biografii”. „Szcześniak, ’90. Miejsce urodzenia? Kair / Małżeństwo rodziców? Legło w dwa tysiące czwartym / Od tego czasu swe problem chronię żartem”- zaczyna. To fajna, rymowana biografia. Opowieść o wzlotach i upadkach, o sercowych podbojach, o marzeniach. Jeden z najmocniejszych momentów na tej płycie.

Wreszcie przebojowy „Deszcz na betonie”, który zapowiadał wydawnictwo, ale niewiele ma z nim wspólnego. Powraca Taco energetyczny, a z drugiej strony pełen tęsknot, rozmarzony. Zdradza swoje rozdarcie: „W mojej głowie dwa się różne gryzą światy / Chcę być poza głównym nurtem, ale kusi widmo platyn / Z jednej strony chciałbym kiedyś znów się wzruszyć pisząc rapy / Z drugiej chciałbym robić hajs, nie czuć w sumie nic poza tym”. Dzięki melodyjnemu refrenowi utwór zaistniał w radiostacjach.

Jaki jest problem z tym albumem? Zdaje się, że Taco przekombinował. Hotelowa opowieść wydaje się być sztuczną konstrukcją. Brakuje świeżości, spontaniczności. Dość pretensjonalnie brzmi też narrator. To wydane wcześniej EP-ki ugruntowały sytuację artysty. Taco miał więc dość trudne zadanie – sam sobie wysoko zawiesił poprzeczkę. Nie udało się jej przeskoczyć.

Zaskoczeniem jest też długość płyty. Wcześniej Taco gustował w półgodzinnych wydawnictwach. Teraz rapuje przez blisko godzinę, na płycie jest aż 17 ścieżek. Oczywiście artysta ma dar do opowiadania, ale w wielu momentach to nie wystarczy, by słuchacz nie był znużony. Tęskni do mięsistych, skondensowanych opowieści o miejskim życiu, w którym zagubieni dwudziestolatkowie poszukują własnego miejsca.

„Marmur” to propozycja dla tych, którzy twórczość Taco Hemingwaya dobrze znają. Tym, którzy jakimś cudem nie słyszeli o zdolnym młodzieńcu polecamy „Trójkąt warszawski” lub „Umowę o dzieło”.
Taco Hemingway: „Marmur” [Wydawnictwo własne, 2016].