Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (313) / 2017

Michał Paweł Urbaniak,

PRZETRWAĆ ŻAŁOBĘ (BILL CLEGG: 'CZY MIAŁAŚ KIEDYŚ RODZINĘ?')

A A A
Ślub Lolly Reid i Willa Landisa miał być wspaniałym wydarzeniem w małym miasteczku Wells. Przygotowania pochłonęły wiele czasu i pieniędzy. A jednak do ślubu nie doszło. W noc przed uroczystością w rodzinnym domu Lolly wybuchł gaz. W pożarze zginęli niedoszli nowożeńcy, a także Adam, ojciec Lolly i Luke, partner jej matki. Policja podczas śledztwa nie znalazła jednoznacznych dowodów wskazujących na winę konkretnej osoby. Ruiny domu zburzono. Tymczasem matka Lolly, która jako jedyna z rodziny ocalała, wyjechała z Wells, aby uporać się z żałobą. Tak zaczyna się nominowana do Nagrody Bookera debiutancka powieść Billa Clegga „Czy miałaś kiedyś rodzinę?”.

Amerykański pisarz przedstawia tę historię na szerokim tle. Pokazuje, co się dzieje po pierwszym szoku z uczestnikami czy świadkami dramatycznych zdarzeń. Dla tych, których strata nie dotknęła bezpośrednio, życie szybko wraca do normy. Z czasem tragiczna historia zostaje opowiedziana na nowo, zniekształcona przez plotki i przypuszczenia, staje się sensacyjną anegdotką odpowiednią do podzielenia się ze znajomymi przy popołudniowej kawie. Ludzie zaczynają ferować wyroki w oparciu o uprzedzenia. Większość obarcza winą Luke'a Moreya. To klasyczna figura „obcego” w małej społeczności – ciemnoskóry, bliżej nieznany, wykluczony, jak stwierdziła jedna z bohaterek: „zupełnie niepodobny do miejscowych”. Luke od początku był w pewien sposób napiętnowany. Jego narodzinom towarzyszył skandal obyczajowy ze zdradą małżeńską w tle. Późniejsze zdarzenia (pobyt w więzieniu za handel narkotykami, związanie się z zamożną, dużo starszą kobietą) i rzekome winy tylko ugruntowały ten osąd. Po pożarze zmarły Luke został okrzyknięty „miejscowym zbirem”, któremu łatwo było przypisać winę za wzniecenie pożaru. Jak to ujął jeden z mieszkańców: „Na co ludziom prawda, skoro mieli Luke'a, byłego więźnia, ciemnoskórego bękarta miejscowej puszczalskiej, który wylądował jak u Pana Boga za piecem ze starszą cizią z miasta”. Wykluczenie, trwanie w mylnym przekonaniu – to bardzo ważny wątek w tej powieści.

Bill Clegg oddaje głos wielu postaciom, mniej lub bardziej związanym z tragicznymi wydarzeniami w Wells: krewnym, przyjaciołom, znajomym, sąsiadom, pracownikom (niektórzy pojawiają się tylko w pojedynczych epizodach). To m.in. piętnastoletni Silas, który porządkował ogródek w posiadłości Reidów przed weselem, Edith Tobin prowadząca lokalną kwiaciarnię, Rick z firmy cateringowej przygotowującej potrawy na planowaną uroczystość, Rebecca i Mary, właścicielki motelu Moonstone (gdzie zatrzymali się wcześniej Lolly i Will, a później June), Dale Landis, ojciec Willla czy pracująca w motelu Cissy.

Jednak w zasadzie głównymi bohaterkami tej powieści są June Reid i Lydia Morey. Obie tracą całą rodzinę, pierwsza – córkę, partnera, byłego męża oraz niedoszłego zięcia, druga – niedawno odzyskanego syna. Przeżywając żałobę, wycofują się z życia. Lydia, pozornie silna, wytrwała kobieta, zostaje w Wells, ale odcina się od innych, pogrąża się w samotności i poczuciu winy. Nieodwołalna pustka prowokuje ją do rozrachunku z własnym życiem („Kim ja jestem? – myśli Lydia. – Nikim. Zawsze byłam tylko czyjąś sprzątaczką, córką, żoną, dziewczyną lub matką, w każdej z tych ról zawiodłam i teraz nie gram już żadnej roli”). Musi się ona także skonfrontować z niepisanym ostracyzmem społecznym, efektem przeżytej tragedii. W jej życiu nieoczekiwanie pojawia się tajemniczy Winton. Z kolei June po pogrzebach najbliższych wyjeżdża z miasta. Nie umie się odnaleźć po stracie rodziny. Jest tak, jak gdyby i ona umarła („Nikt nie ocalał”, odpowiada nachalnej dziennikarce, która chce porozmawiać z June jako z tą, która dzięki zbiegowi okoliczności przeżyła pożar). Clegg rysuje portret psychologiczny bohaterki z dużą przenikliwością. Ma ona w sobie coś z lunatyczki – z trudem rejestruje teraźniejszość. Funkcjonuje wśród wspomnień, żali i wyrzutów sumienia: „To jakieś półżycie, podzielony na dwoje czyściec, w którym jej ciało i umysł współistnieją, lecz zajmują osobne rzeczywistości. Jej oczy widzą to, co się przed nią pojawia – drogę, zwalone drzewo – umysł natomiast przeczesuje przeszłość, ocenia każdą podjętą decyzję, przeżywa na nowo każdą porażkę, roztrząsa wszystko, co przeoczyła, co potraktowała jako oczywistość i nie zwróciła na to dostatecznej uwagi. (…) Wraca do tych wspomnień i odtwarza je w głowie raz po raz, analizuje każde zapamiętane słowo, przeżywa na nowo każdy błąd. Kiedy wyczerpuje jedno wspomnienie, pojawia się drugie. Zawsze się jakieś pojawia”. Czy June i Lydii uda się przetrwać żałobę? Kto przyjdzie im z pomocą?

Mogłoby się wydawać, że najważniejsze w „Czy miałaś kiedyś rodzinę?” okaże się rozwiązanie tragicznej zagadki, dojście do tego, co zdarzyło się w noc przed planowanym ślubem. I oczywiście, prawda w końcu zostanie ujawniona. A jednak mamy tu do czynienia przede wszystkim z dobrą powieścią psychologiczną. Dla Clegga dramat rodziny (czy raczej kilku rodzin) stanowi punkt wyjścia do przejmującej uniwersalnej opowieści o przeżywaniu żałoby, wybaczaniu, innym i sobie, (nie)dochodzeniu do siebie po traumatycznych wydarzeniach i konieczności rozpoczęcia życia na nowo. Niemal każdy z bohaterów tej powieści – nie tylko June i Lydia – doświadczył dojmującej straty. Kwiaciarka Edith spędziła długie lata na opiece nad powoli umierającą matką. Ojciec Ricka zginął w wypadku. Penny, przyjaciółka Rebekki, została brutalnie zamordowana. George musiał się zmierzyć ze śmiertelną chorobą żony. Cissy owdowiała. Śmierć bliskich miała ogromny wpływ na ich życie i kondycję psychiczną.

Tytuł powieści nie jest jedynie gorzko-ironicznym komentarzem do sytuacji, w jakiej znalazły się główne bohaterki. „Czy miałaś kiedyś rodzinę?” – to pytanie zrezygnowana, zagubiona June zadaje swojej znajomej po kolejnej ostrej kłótni z Lolly. Clegg stopniowo odsłania wcześniejsze rodzinne dramaty, rodzicielskie, małżeńskie, związkowe. Brak zrozumienia (za którym często stoją najlepsze intencje, chęć ochrony tego, kogo się kocha), obranie niewłaściwej drogi, bezbronność wobec uczuć, błędy, których nie sposób wybaczyć – to wszystko buduje późniejszą obcość, niechęć i nienawiść. Zarówno June jak i Lydia chciały naprawić krzywdy wyrządzone ukochanym osobom – splot nieszczęśliwych przypadków sprawił, że nie zdążyły.

A jednak z tej powieści przebija nadzieja. W żałobnej czerni ostatecznie znajdzie się także trochę światła. Nie ma w tym jednak patosu czy banalnych, łatwych rozwiązań fabularnych. Znaczący jest ostatni rozdział, w którym Rebecca i Mary – dwie lesbijki prowadzące motel – biorą ślub i tym samym w świetle prawa tworzą nową rodzinę. Uroczystość gromadzi tych, którzy kilka miesięcy wcześniej chcieli się zebrać na ślubie Willa i Lolly. June i Lydia mają szansę wrócić do życia – bo pomagają sobie wzajemnie i otwierają się na pomoc innych. Znaczące są słowa, które w finale padają z ust nieprzystępnej i prostej, ale obdarzonej ogromną mądrością Cissy: „każdy powinien jakoś wytrzymać i odegrać swoją rolę do końca. Nawet jeśli ta rola polega na zakaszleniu się na śmierć od papierosów czy spaleniu się za młodu (…) na oczach własnej matki. Czy nawet na byciu tą matką. Bo potem komuś może przydać się wiedza o tym, jak przez to przeszliśmy. Albo my możemy przydać się komuś, kto zjawił się nie wiadomo skąd”.

„Czy miałaś kiedyś rodzinę?” jest znakomitą prozą psychologiczną traktującą o przeżywaniu żałoby w cieniu poczucia winy. Bill Clegg pokazuje z dużym wyczuciem (tak psychologicznym, jak i literackim), jak trudno jest nosić ciężar śmierci bliskiej osoby (w tym przypadku to ból zwielokrotniony, gdyż dotyczy straty całej rodziny). Ta powieść to dojrzały, bardzo interesujący debiut.
Bill Clegg: „Czy miałaś kiedyś rodzinę?”. Tłum. Maciej Płaza. Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016.