Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (313) / 2017

Natalia Gruenpeter,

CZY WERNER HERZOG ŚNI O KOŃCU?

A A A
Ubiegły rok okazał się wyjątkowy dla Wernera Herzoga, który po nietrafionej „Królowej pustyni” powrócił do formuły dokumentalnej i zrealizował aż dwa filmy, udostępnione na platformie Netflix. Niemiecki reżyser przygląda się w nich dwóm całkowicie odrębnym zjawiskom, które – ujęte jako filmowe tematy – nie tylko pokazują różne oblicza współczesnego świata, ale i całkiem sporo „mówią” o samym Herzogu. W „Into the Inferno” dokumentalista podróżuje do podnóży wulkanów i żyjących tam społeczności, które w zderzeniu z nieokiełznanymi siłami przyrody kształtują swoje wierzenia, mity i rytuały. Z kolei w „Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci”, wydanym w Polsce także na DVD, niemiecki filmowiec zgłębia tajemnice Internetu.

Trudno o bardziej wymowne przykłady zjawisk, które przywołują opozycję natury i kultury, tak istotną dla twórczości Wernera Herzoga. Okazuje się jednak, że wulkany i sieć internetową w oczach Herzoga niejedno łączy, dlatego – choć trudno tu mówić o jakiejś wyrazistej filmowej dylogii – warto spojrzeć na ubiegłoroczne propozycje jak na dokumenty wzajemnie się oświetlające.

Nie trzeba znać całego dorobku Herzoga, żeby stwierdzić, że bliższy jego sercu jest temat podjęty w „Into the Inferno”. Natura i ludzie próbujący na różne sposoby zgłębić jej tajemnice to tematy obecne w wielu jego filmach, zarówno fabularnych, jak i dokumentalnych. Filmowa podróż do piekielnych czeluści wulkanów stanowi zresztą wyraźne nawiązanie do filmu „Pod wulkanem” z 1977 roku, a także nowszych „Spotkań na krańcach świata”. Towarzyszem Herzoga jest Clive Oppenheimer, wulkanolog poznany dekadę temu właśnie podczas realizacji „Spotkań...”. W „Into the Inferno” Oppenheimer staje się wręcz współtwórcą, a nie bohaterem filmu; niejednokrotnie to na jego barkach spoczywa ciężar prowadzenia rozmów ze spotkanymi ludźmi. Film nawiązuje do „Spotkań...” w jeszcze jednym wymiarze: żywioł wulkanicznego ognia przeciwstawiony jest lodowatej Antarktydzie, stanowiącej miejsce spotkań osobliwej społeczności naukowców.

„Into the Inferno” nie dorównuje jednak „Spotkaniom...”. W mojej opinii jego słabość leży właśnie w odejściu od formuły wnikliwego, drążącego spojrzenia, które skupione jest nie tylko na jednym temacie, lecz także na jego konkretnej, ulokowanej w czasie i miejscu, manifestacji. Inaczej niż w „Spotkaniach...” czy w „Grizzly Man”, Herzog nie wnika w głąb, ale niczym szachowy skoczek porusza się po różnych częściach świata, aby przyjrzeć się rozmaitym wulkanom. Wspólnym mianownikiem nie są tutaj ani lokalne społeczności i ich wierzenia, ani naukowcy, lecz szczególny stosunek Herzoga do magnetycznej siły wulkanów.

Reżyser transponuje na obraz lęk i fascynację, a w samym sercu swojego dokumentu umieszcza archiwalne fragmenty filmów Katii i Maurice’a Krafftów – wulkanologów, którzy zginęli w piroklastycznej lawinie na początku lat 90. ubiegłego wieku. „Byli znani z niesamowitych zdjęć wulkanów” – podpowiada Herzog. – „Ale to wymagało od nich podchodzenia niebezpiecznie blisko ognia. Jak się w końcu okazało – zbyt blisko”. Niemiecki filmowiec nie popełnia tego błędu. Odnosi się do wulkanów z rewerencją, która – jak sądzę – nie pozwala mu naiwnie wierzyć, że człowiek może przeniknąć ich tajemnicę. Postawa ta znajduje wyraz w warstwie wizualnej oraz muzycznej. Hipnotyczne ujęcia dymu i lawy pozostawiają widza z poczuciem patrzenia na coś, co przekracza ludzkie pojmowanie świata, natomiast towarzyszące obrazowi kompozycje (m.in. Wagnera, Vivaldiego czy Rachmaninowa) często przywołują kłopotliwą dla interpretatorów dzieł Herzoga kategorię wzniosłości. Niemiecki reżyser proponuje widzowi nie tylko percepcję obrazu, lecz także jego doznanie, angażujące wyobraźnię i wywołujące niemalże cielesną odpowiedź. Wobec tak wyrazistej, pięknej i znaczącej strony wizualnej „Into the Inferno”, pozostaje tylko żałować, że film nie zagościł na ekranach polskich kin.

Wizualna strona podjętych przez Herzoga tematów to interesujący wątek w kontekście filmu „Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci”, który poświęcony jest technologii niewidocznej, choć wszechobecnej. Okazuje się, że podjęte w ubiegłorocznych dokumentach Herzoga tematy dzieli nie tylko dychotomia natury i kultury, ale i tego, co widzialne i niewidzialne, namacalne i nieuchwytne. Sieć internetowa jest wszechobecna, ale pozostaje niewidoczna, manifestuje się w miliardach rozmaitych sytuacji, ale trudno dotrzeć do jej istoty. Serce Internetu nie bije przecież ani w miejscu jego narodzin, czyli w sterylnym pokoju na Uniwersytecie Kalifornijskim w Los Angeles, ani w olbrzymich serwerowniach, które, odpowiednio sfilmowane, mogą stać się pomnikami technowzniosłości. Herzog wprawdzie idzie tym tropem, ale bez przekonania. Albo z domieszką właściwej sobie ironii.

W „Lo i stało się...” reżyser, przywiązany do tajemnic obrazu, pozbawiony zostaje narzędzi, które najlepiej mu służą. Przyjmuje więc strategię, która wprawdzie nie owocuje wybitnym dokumentem, ale pozostaje w zgodzie z logiką cyfrowego świata. Herzog próbkuje swój temat. Dzieli go na mniejsze fragmenty, aby przyjrzeć się różnym manifestacjom sieci układającym się w binarny system pod względem ludzkich reakcji. Mamy więc entuzjastów i sceptyków, którzy w sieci widzą – odpowiednio – możliwości i zagrożenia. Moralne, prawne czy filozoficzne pytania towarzyszące refleksji nad nowymi technologiami są ważne, ale nie wydają się niczym nowym. Sądzę, że na prawdziwą „żyłę złota” Herzog natrafia dopiero w rozmowach z astronomką Lucianne Walkowicz i kosmologiem Lawrencem Kraussem, którzy mówią o nieprzewidywalnych wybuchach na Słońcu i burzach magnetycznych zagrażających usieciowionemu światu.

W obydwu filmach Herzog podejmuje zatem temat budowania na czymś, co w każdej chwili może ulec zniszczeniu. Nie chodzi tu oczywiście o tani katastrofizm, ale właśnie o namysł nad tym, jak nieoczywista, niestała i krucha jest ludzka egzystencja. Albo o wyobrażanie sobie tego, co może się stać, kiedy podejdziemy zbyt blisko. W „Lo i stało się” Herzog pyta swoich rozmówców, czy Internet zaczął już śnić o sobie samym. Podskórnym wątkiem zrealizowanych w ubiegłym roku dokumentów wydaje się jednak inne pytanie: czy śnimy o naszym końcu? 
„Into the Inferno”. Reżyseria: Werner Herzog. Produkcja: Austria, Wielka Brytania 2016, 104 min.
„Lo i stało się. Zaduma nad światem w sieci” („Lo and Behold: Reveries of the Connected World”). Reżyseria: Werner Herzog. Produkcja: USA 2016, 98 min.